Internirung

Internirung |Recenzja

Dariusz Węgrzyn, Internirung. Deportacja mieszkańców Górnego Śląska do ZSRS na tle wywózek niemieckiej ludności cywilnej z Europy Środkowo – Wschodniej do sowieckich łagrów pod koniec II wojny światowej

Książka Internirung Dariusza Węgrzyna jest pracą monumentalną, wielowątkową, którą mimo wielkości (632 strony) czyta się z nieustającym zaciekawieniem. Początkowo nieco obawiałem się tej pracy. Wydawała się ogromna i jak to często bywa z publikacjami IPN-u – trudna. Jednak już kilkanaście pierwszych stron przekonało mnie, że nie będzie tak źle, i że w książce znajdę wiele odpowiedzi na nurtujące mnie dotąd pytania.

Choć pochodzę z Górnego Śląska, a dokładniej z Pszczyny, to kwestia powojennego porządku na tych ziemiach pozostaje nadal tematem tabu. Choć starsi sąsiedzi, czy moi dziadkowie opowiadali o tym, co się działo po zakończeniu II wojny światowej, to ciężko było mi gdzieś uzyskać jakieś szersze wiadomości. A przecież moi dawni sąsiedzi znikali, gdy sowieckie wojsko przychodziło ich zabrać. Niektórzy wrócili, ale nigdy nie opowiedzieli, co przeżyli w głębi ZSRR. Kilkunastu – nie wróciło nigdy.

Tło historyczne

II wojna światowa przyniosła ogromne straty materialne i ludnościowe. Jednak koniec tego największego konfliktu w dziejach wcale nie przyniósł spokoju. Wraz z upadkiem III Rzeszy, wiele państw, zwłaszcza w środkowej części Europy, przystąpiło do przymusowych przesiedleń niemieckiej ludności. Były to tak zwane dzikie przesiedlenia, mające miejsce w czerwcu i lipcu 1945 roku. Ich celem było pozbycie się Niemców z pogranicza, zniechęcenie ich do pozostawania na ziemiach, które już nigdy nie miały być niemieckie.

Wysiedlono wówczas około miliona Niemców z ziem Polski i Czechosłowacji. Mimo to, problemu nie udało się rozwiązać definitywnie, bowiem wyniszczone wojną państwa nie posiadały ani środków, ani możliwość do przeprowadzenia operacji. Przy okazji, dopuszczano się na ludności niemieckiej różnego rodzaju ekscesów – rabunków, samosądów, gwałtów, z którymi nie próbowano nawet walczyć.

W wyniku porozumień pomiędzy aliantami wprowadzono bardziej „humanitarne” i zorganizowane przesiedlenia ludności, zarówno niemieckiej, jak i innych narodów środkowo-europejskich. Józef Stalin potrzebował rąk do pracy, dlatego też starał się ściągnąć w głąb Związku Sowieckiego jak najwięcej ekspertów i pracowników do radzieckich fabryk. Do Rosji ściągnięto nie tylko dawnych żołnierzy niemieckich, ale i Ślązaków, których postrzegano jako „zdrajców”, zakamuflowanych Niemców, albo przynajmniej ludzi niepewnych etnicznie, kulturowo i politycznie.

Niemieckie losy po zakończeniu wojny

Lata 1945-1949 to czas ogromnych przesiedleń ludności na terytorium Europy. Problemem w przemieszczaniu się ludności były zniszczenia taboru kolejowego, dewastacja dróg czy mostów. Wielu ludzi starało się wrócić do swych ojczyzn na własną rękę. Byli to przymusowi robotnicy więźniowie, żołnierze.

Gdy w styczniu 1945 roku Czerwonoarmiści przekroczyli linię Wisły, niemieckie władze ogłosiły ewakuację ludności niemieckiej na wschód od Odry. Wielu Niemców w popłochu, pozostawiając swe majątki, opuszczało te tereny. Pierwsze wojskowe wysiedlenia Niemców odbyły się jeszcze przed obradami konferencji poczdamskiej. W czasie tej „dzikiej deportacji” wysiedlano Niemców z terenów Pomorza czy Dolnego Śląska.

Po rzeczonej konferencji rządy Polski, Czechosłowacji i Węgier przystąpiły do planowych akcji przesiedleńczych. Liczba przesiedlonych z tak zwanych „Ziem Odzyskanych” szacuje się od 2,5 do nawet 4 milionów osób.

Choć w XIII klauzuli protokołu konferencji poczdamskiej zapewniono o humanitarnym przeprowadzeniu akcji deportacyjnych, to daleko było od realizacji tego postulatu. Dochodziło do licznych gwałtów, samosądów, zarówno ze strony żołnierzy sowieckich, jak i wkraczających tutaj Polaków czy Żydów.

Dla wypędzanych Niemców urządzono ponad 1000 obozów przejściowych. Czarną sławą okrył się ten znajdujący się w Łambinowicach. Przesiedlanych bito, okradano, gwałcono… W transportach, głównie z powodu zimna, zmarło kilkaset osób.

Ogólnie rzecz biorąc, na terytorium obu państw niemieckich, przesiedlono łącznie ponad 10 milionów osób. Przeszli oni gehennę obozów przejściowych, gdzie doznawali różnego rodzaju upokorzeń ze strony ludności wcześniej prześladowanej przez III Rzeszę.

Z publikacji dowiedziałem się wielu naprawdę ciekawych kwestii. O ile problem mniejszości niemieckiej i jej powojennego przesiedlenia na Węgrzech czy w Rumunii był dla mnie dosyć jasny, o tyle kwestia mniejszości niemieckiej na Bałkanach w ogóle nie istniał w mojej świadomości.

Podobnie miała się sprawa Niemców zamieszkałych na terenach Związku Sowieckiego. Poza literaturą łagrową, dotychczas nie miałem możliwość uzyskania większej wiedzy odnośnie represji radzieckich wobec tutejszej mniejszości niemieckiej. Tak czy owak, w książce można również przeczytać o kłopotach, jakie czekały przesiedlanych Niemców w ich rodzinnym kraju. Bieda, głód, brak miejsc do spania…

Strach przed wkroczeniem Armii Czerwonej

Autor przytacza opinie mieszkańców Górnego Śląska, których dotknęły represje ze strony wkraczających na te ziemie Sowietów. Opisuje ogromny strach przed „barbarzyńcami ze Wschodu”, a później także gwałty, rabunki i inne pożałowania godne występki Czerwonoarmistów.

Strach był wynikiem nie tylko realnych czynów, ale i zakorzenienia się w świadomości Ślązaków niemieckiej propagandy. Pozwolę sobie przytoczyć pewien fragment z książki: „Sukcesy przeciwnika na froncie wschodnim, które rozpoczęły się po przełomie pod Stalingradem, propaganda nazistowska tłumaczyła terrorem, jakiemu byli poddawani krasnoarmiejcy ze strony „czerwonych komisarzy i Żydów”.

Na to wszystko nakładały się uprzedzenia rasowe. Joseph Goebbels twierdził, że Rosjanie nie byli narodem, a „zbiegowiskiem zwierząt”. Była to według niego rasa podludzi, kontynuujących dzieło swych historycznych poprzedników – Hunów, Tatarów czy Mongołów” (s. 182).

I ciąg dalszy; „Równocześnie potęgowany strach miał skonsolidować wszystkich Niemców na rzecz prowadzonej przez nich wojny totalnej (…). Propaganda niemiecka w 1945 roku mówiła już nie tylko o obronie III Rzeszy przed zagrożeniem ze Wschodu, ale o dziejowej misji ocalenia całej Europy. Symbolem owej „propagandy grozy” było wykorzystanie masakry dokonanej 21 października 1944 roku na mieszkańcach wioski Nemmersdorf w Prusach Wschodnich” (s. 184).

Jak się miało okazać, część tej propagandy znalazła swoje spełnienie choćby podczas masakry w Miechowicach niedaleko Bytomia, która pochłonęła życie 380 osób. Obie moje babcie, gdy już poszedłem na studia, zaczęły szeroko opowiadać o tym, co Czerwonoarmiści robili z mieszkańcami Górnego Śląska. Gwałty, rabunki, a czasem zabawne historie o tym, jak rosyjscy żołnierze kradli krany uważając je za niemal magiczne instrumenty, które będą działały w każdym miejscu i czasie, nawet bez dostępu do rur…

Gdy przeszedł już front, zakończyła się wojna, władze polskie, często pod wpływem żądań radzieckich, musiały przeprowadzić weryfikację ludności regionu. Sprawdzano, czy ktoś nie jest Niemcem, czy brał udział w wojnie, czy nie był partyzantem lub wrogiem komunizmu. Dla potrzeb radzieckiego przemysłu normy te były powiększane na szkodę polskiej gospodarki i potencjału ludnościowego. Jak to się u nas mówiło „Do Iwana” podążał sprzęt, jedzenie oraz ludzie.

Internirung

Górnoślązaków, jako element „żywych reparacji wojennych” wywieziono na początku 1945 roku, gdy Stalin podczas konferencji jałtańskiej otrzymał pozwolenie pozostałych aliantów na potraktowanie ludności niemieckiej jako elementu odszkodowania za straty wojenne. Od 12 lutego 1945 roku na Górnym Śląsku zaczęły pojawiać się plakaty wzywające mężczyzn do stawienia się z zapasem żywności na 10-15 dni oraz ubraniami na zmianę. Karą za niestawienie się była groźba zsyłki na Sybir.

Do pracy przymusowej na terenie Związku Radzieckiego zmuszano Ślązaków, należących do rodzin uznanych przez komunistyczny reżim za wrogów ustroju, synów inteligencji, kułaków oraz działaczy organizacji niepodległościowych. Wysyłano ich między innymi do kopalni węgla, uranu czy kamieniołomów.

Celowano w mężczyzn w wieku 16-50 lat. NKWD zbierała całe zmiany grup robotniczych z ich miejsc pracy. Na wsiach organizowano regularne łapanki. Zatrzymani gromadzeni byli m.in. w więzieniach w Bytomiu czy w koszarach w Gliwicach.

Mieli oni w ramach batalionów roboczych odbudowywać zniszczenia wojenne, zwłaszcza na ziemiach białoruskich i ukraińskich. Robotnicy niewykwalifikowani, rolnicy i budowlańcy mieli trafić do pracy na Białorusi, gdzie mieli zajmować się m.in. karczowaniem lasów, kopaniem torfu, pracą w kołchozach i na budowach. Górnicy, hutnicy i robotnicy wykwalifikowani zostali skierowani do Donbasu i Doniecka (ówcześnie Stalino), gdzie mieli odbudowywać lub tworzyć nowe fabryki, zakłady pracy…

W tym czasie deportowano mniej więcej 46-48 tysięcy mieszkańców Górnego Śląska. „Byli to w zdecydowanej większości mężczyźni, którzy jako tzw. żywe reparacje mieli, pracując przymusowo w ramach kary zbiorowej, odpokutowywać winy ludności niemieckiej za spustoszenia, jakich dokonali hitlerowscy najeźdźcy na ziemiach sowieckich” (s. 12).

Praca przymusowa Górnoślązaków była niezwykle trudna. Często sami musieli budować obóz, a gdy to już uczynili, brakowało w nim łaźni, stołówki czy miejsc do odwszenia. Więźniowie konali z wycieńczenia pracą (6 dni w tygodniu), cierpieli od różnych chorób zakaźnych, które rozprzestrzeniały się szybko w warunkach przepełnienia, braku opieki medycznej czy zachowania podstawowych zasad higieny. Zresztą sama organizacja pracy pozostawiała wiele do życzenia. System pracy był źle zorganizowany, a żmudna praca niejednokrotnie nieefektywna lub wręcz niepotrzebna.

Powrót

Ciężka sytuacja w obozach pracy przymusowej sprawiła, że wielu Górnoślązaków ciężko chorowało. Ci, którzy byli zdolni do pracy, nie mogli zarobić na utrzymanie chorych. Z tej przyczyny zaczęto zwalniać niezdolnych do pracy i odsyłać ich do domów (połowa 1945 roku). Początkowo robiono to niechętnie, z pewnymi oporami. Ale sytuacja ciągle się pogarszała, więc władze radzieckie nie miały wyboru. Najsilniejsi Ślązacy trudzili się w ZSRS aż do 1950 roku…

Spora część wypuszczonych Górnoślązaków nie przeżyła drogi powrotnej. Część zmarła zaledwie kilka dni po powrocie do domu. Znawcy tematu szacują, że internirungu nie przeżyła 1/3 deportowanych z Górnego Śląska. Ci, którzy wrócili i przeżyli, byli niejednokrotnie złamani psychicznie i zdrowotnie. Ale kogo to wówczas obchodziło.

Internirung – podsumowanie

Książka składa się z dziesięciu rozdziałów, a całość sumuje się na 632 stronach. W publikacji znajdziecie sporo tabelek oraz zdjęć z epoki. Trochę szkoda, że wszystko w odcieniach czerni, bieli lub szarości, ale zdecydowanie polepszają stopień recepcji książki, która bez nich byłaby pozycją męczącą wzrok. O dziwo, nawet przypisy mi się podobały, gdyż nie były zbytnio naukowe, pisane pod kątem zaspokojenia potrzeb intelektualnych badaczy tematu.

Z książki dowiedziałem się sporo interesujących, choć strasznych faktów z dziejów regionu. Jednocześnie jestem mocno zdziwiony, że tak niewiele się o tej tematyce nadal mówi. A przecież już od 30 lat nie jesteśmy pod butem Moskwy. Co gorsza, wielu starszych ludzi, którzy coś wiedzieli, zdążyło odejść z tego świata. A ci, co jeszcze żyją, wkrótce też znikną. Szkoda zmarnować taki potencjał historyczny.

Tak więc, publikacja Dariusza Węgrzyna bardzo mi się podobała, i ta książka pozostanie ze mną na zawsze. Gorąco polecam. Być może uda się wam nie tylko odkryć przemilczane przez PRL kwestie historyczne, ale i natrafić na ślady przodków?


Wydawnictwo IPN
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas


Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa IPN. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.