Adrian Goldsworthy, Orzeł i lew. Rzym, Persja i wojna nie do wygrania
Książka Adriana Goldsworthy’ego pod tytułem Orzeł i lew to świetna historia o mankamentach starożytnej dyplomacji pomiędzy dwoma imperiami – Rzymem a Partami, których zastąpili Sasanidzi. Autor w cudowny sposób kreśli nam dzieje wojen, współpracy lub konfliktów o naturze gospodarczej, militarnej, kulturalnej, a czasem i religijnej.
Ale to nie tylko historia tych gigantów, ale i państewek, które były skazane na lawirowanie pomiędzy nimi. A wierzcie mi, że było ich co niemiara. Kapadocja, Pont, Armenia, państwa hellenistyczne, Nabatejczycy, Państwo Hasmoneuszy, królestwa Międzyrzecza, wreszcie na państwach arabskich kończąc. A przecież gdzieś na horyzoncie majaczyli Kuszanie, Chińczycy i liczne plemiona stepowych nomadów.
Antyk przez duże „A”
I wiecie co? Jestem ogromnie wdzięczny za taką pozycję. Śmiało mógłbym narzekać, że tak ciekawą kwestię można byłoby opisać znacznie szerzej. A można byłoby, ale wtedy rys ogólny, kwintesencja zagadnienia zostałaby zakryta przez inne problemy. Zresztą już na wstępie sam Autor tłumaczy dlaczego dokonał selekcji pewnych zagadnień. Dlaczego niektóre pominął, a innym poświęcił więcej miejsca.
Przeczytaj u nas fragment książki:
W zasadzie pomyślałem wtedy, że już wszystko w takim razie wiem, i nie będę specjalnie zaskoczony tym, co znajdę w środku. Na szczęście – byłem w ogromnym błędzie. W środku było wiele niespodzianek, i tak po chłopsku – zakochałem się w tej publikacji.
Zresztą Adrian Goldsworthy ma to do siebie, że naprawdę świetnie pisze. Nie bawi się z nami w kotka i myszkę. I choć jego słownictwo jest bardzo bogate, to bogactwo to nie przyćmiewa prostoty, wykrystalizowanej do tego stopnia, że człowiek odrywa się od lektury z ciężkim sercem.
Co więcej, w tekście znaleźć można wiele zwrotów i odniesień do naszej współczesnej kultury, co nie tylko dodatkowo ubarwia lekturę, ale i sprawia, że wszystkie opisywane zagadnienia i problemy, stają się łatwiejsze w odbiorze. Zwłaszcza dla czytelników mniej obytych z Partami czy Sasanidami.
Choć to książka opowiadająca o Rzymie, to mnie najbardziej zafascynowały sprawy opisujące właśnie Partów i Sasanidów oraz mniej lub bardziej efemeryczne twory państwowe. To moja dziecięca pasja, jednak w Polsce ciężko jest coś konkretnego zdobyć. A to, co jest łatwo dostępne, sięga czasem nawet PRL-u. A przecież w tym czasie dokonano tylu odkryć! Tyle spraw przeinterpretowano… Tak więc, „Orzeł i lew…” jest książką, której długo szukałem. Naprawdę było warto!
Partowie
Wraz ze śmiercią Aleksandra Wielkiego jego imperium stało się areną walk kolejnych pretendentów do spuścizny po nim. Najpierw najważniejszymi graczami byli wodzowie Aleksandra, zwani diadochami. Jednak w miarę kolejnych podziałów imperium macedońskiego, na szachownicy zaczęli pojawiać się nowi gracze.
Jednym z nich byli koczownicy, zwani Parnami, którzy zdołali opanować dawną satrapię partyjską. Nowa dynastia Arsacydów, skądinąd zwana dynastią partyjską, w szybkim tempie przystąpiła do zbierania ziem Bliskiego Wschodu. Systematycznie ścierali się z coraz słabszymi królami państwa Seleucydów, a także wasalizowali kolejne księstwa i królestwa w regionie (choćby wspomnieć tutaj o Elymaidzie).
W I wieku p.n.e., gdy cały Bliski Wschód wrzał aż do posad, Partowie zaczęli spoglądać ku ziemiom nad Morzem Śródziemnym. Nieoczekiwanie dla nich, wyrósł im nowy przeciwnik, z którym nie mieli już tak łatwo jak dotychczas. Chodziło o Rzymian, którzy czynili świat na swoje podobieństwo. Nic więc dziwnego, że wkrótce oba państwa musiały się ze sobą zetrzeć.
Do pierwszego znaczącego starcia doszło w 53 roku p.n.e., gdy jeden z rzymskich triumwirów, mało znany Krassus, wyruszył przeciwko Partom. Do decydującego starcia doszło pod Karrami, gdzie armia rzymska starła się z wojskiem jednego z partyjskich arystokratów, niejakim Sureną. W tym czasie król partyjski walczył w sprzymierzonej z Rzymem Armenii.
Krassus podjął szereg złych decyzji, które przyniosły mu porażkę. W trakcie odwrotu poległ sam triumwir, a jego głowa stała się rekwizytem teatralnym na partyjskim dworze. Rzymianie utracili wówczas blisko 20 000 żołnierzy, a kolejnych 10 000 wzięto do niewoli. O dziwo, sytuacja na granicy rzymsko-partyjskiej na jakiś czas ucichła.
Skutki batalii, choć król Orodes nie wykorzystał swego zwycięstwa, były dalekosiężne. Pompejusz i Cezar, pozbawieni języczka u wagi, czyli Krassusa, który utrzymywał wpływy obu w równowadze, zaczęli coraz wyraźniej dążyć do wojny. Koniec końców – w wyniku serii wojen, powstało cesarstwo rzymskie. Zastanawiające jest, czy gdyby nie partyjska „pomoc” w likwidacji Krassusa, nadtybrzańskie imperium by powstało? A jeśli tak, to w jakiej formie?
Goldsworth kreśli nam dalsze losy obu imperiów. I choć naznaczone są one konfliktami, to przecież stosunki pomiędzy nimi nie zawsze były złe. Bardzo często oba państwa współpracowały między sobą. przykład – w I wieku n.e. władcy Rzymu i Partów wspólnie decydowali o tym, kto będzie zasiadał na tronie Armenii. Razem, mniej lub bardziej, zwalczali arabskich rozbójników. Partowie kilkukrotnie prosili Rzymian o wsparcie, gdy walczyli z koczownikami, którzy najechali ich ziemie…
I przyznam, to jest naprawdę mocny punkt tej książki. Bo choć jest tu wiele o wojnach, to jednak nie są one najważniejsze. Autor starał się ukazać nam skomplikowane nieraz stosunki dyplomatyczne, które utrzymywały sporą część świata we względnej równowadze. I względnym pokoju. Nawet jeśli Rzymianie nie lubili Arsacydów, to jednak traktowali ich z szacunkiem. Czego nie da się powiedzieć o żadnym innym przeciwniku cesarstwa, aż do nastania państwa Sasanidów.
Sasanidzi pierwsze starcie
Trzeci wiek cesarstwa rzymskiego był okresem brzemiennym w skutki. Na granice cesarstwa napierały liczne ludy barbarzyńskie, Germanowie, Sarmaci czy kolejne ludy wyłaniające się ze stepów nadkaspijskich. Imperium rozrywane było niemal nieustającymi wojnami domowymi, a w państwie szerzyła się ogromna inflacja. Wszystko to sprawiło, że Rzym stanął na krawędzi zagłady.
Co gorsza, na Wschodzie cesarstwu wyrósł nowy przeciwnik – Sasanidzi, którzy obalili imperium partyjskie (224-226 rok n.e.). Ambitni władcy nowej dynastii powołując się na achemenidzkie dziedzictwo, pragnęli odtworzyć perskie imperium szachinszachów. Rzymska Azja Mniejsza, Syria czy Egipt wcześniej należały przecież do państwa Achemenidów, a Sasanidzi bardzo chcieli wskrzesić dawną ich potęgę.
Takie nastawienie sprawiło, że niemal natychmiast po ustanowieniu nowych porządków na Bliskim Wschodzie, Sasanidzi rzucili Rzymianom bezpośrednie wyzwanie. Już w 258 roku Szapur podporządkował sobie Armenię, dotychczas państwo sprzymierzone z cesarstwem. Wkrótce zaatakował rzymską Antiochię. Wprawdzie cesarz rzymski zdołał wyprzeć Persów z miasta, ale było to dopiero preludium do tragedii.
W 260 roku cesarz Walerian ze swą armią stanął naprzeciw króla Szapura I pod Edessą. Batalia zakończyła się rzymską porażką. Ku większemu pohańbieniu Rzymu sam cesarz dostał się do niewoli i stał się ofiarą niesamowitego upokorzenia – odtąd, aż do swej śmierci, miał służyć władcy perskiemu jako podnóżek…
W międzyczasie Brytania i Galia oderwały się od cesarstwa, tworząc tak zwane „Cesarstwo Galijskie”. Na wschodzie imperium szybko pojawili się pretendenci do najwyższej władzy – tak zwanych „30 tyranów”. W tej sytuacji perski szachinszach mógł przypuszczać, iż odbuduje dawne imperium perskie. Jednak na drodze stanął mu niejaki Odenat, rzymski zarządca niewielkiej, ale bogatej Palmiry.
W szybkim tempie odparł Szapura i skupił w swych rękach władzę nad sporą częścią wschodniej części cesarstwa. Władcy Palmiry skutecznie szachowali Persów, stając się znaczącą siłą w regionie. Stan ten miał trwać do 274 roku, gdy Palmira ostatecznie została podbita i włączona do odnowionego cesarstwa rzymskiego.
Co było dalej?
Stan napięcia, ale i względnej współpracy między Sasanidami a Rzymianami, trwać miał jeszcze długo, po tym fakcie. I choć sam Rzym upadł w V stuleciu, to jego rolę przejął Konstantynopol, kontynuując stabilną politykę duopolu na Bliskim Wschodzie.
Jednak kontakty Bizancjum i państwa Sasanidów nie były już jednak takie „pokojowe”. Szachinszach Chosroes II podjął kolejną, i chyba najbardziej efektywną próbę zajęcia ziem rzymskich, które dawniej wchodziły w skład imperium Achemenidów. Nie tylko zmontował wielką koalicję przeciwników Wschodniego Cesarstwa, którzy uderzyli na nie od północy, ale i sam podszedł aż pod Konstantynopol. Wydawało się, że państwo to wkrótce runie. Nic jednak bardziej mylnego. Sprytny Herakliusz, nowy cesarz, podjął genialny ruch, uderzając od flanki w samo serce Persji… Historia wprost idealny na świetny scenariusz filmu.
Kto by pomyślał, że ten konflikt przyniesie tak opłakane skutki. Skończyło się na zachowaniu status quo. Jednak oba państwa weszły w okres kryzysów, który dla Sasanidów zakończyć się miał całkowitym upadkiem.
Póki co, nikt nie mógł przypuszczać, jak długo potrwa stan względnej równowagi pomiędzy oboma imperiami. Zapowiadało się na kontynuację dotychczasowych losów… Wszystko odmienił natchniony arabski prorok, który zjednoczył dotychczas zwalczające się plemiona arabskie w nową siłę, która zniszczyła dawne układy i przebudowała sporą część świata na własne podobieństwo. Ale to już inna, równie fascynująca historia.
Orzeł i lew – podsumowanie
Książka liczy sobie 640 stron. Podzielona jest na dziewiętnaście większych rozdziałów. To książka dla pasjonatów dziejów starożytnych i wczesnego średniowiecza. Polecam ją każdemu. I życzyłbym sobie, aby ta pozycja trafiła do wszystkich polskich bibliotek. Czemu? Bo Goldswort pisze tak, że chyba nie ma człowieka, którego nie wciągnie w magiczny świat minionych czasów. Publikacja jest rzeczowa, a jednocześnie prosta, pisana z niezwykłą pasją i zacięciem.
Powtórzę jeszcze raz – zakochałem się w tej książce! Jest w niej tak wiele ciekawych wątków, że naprawdę musiałem mocno się ograniczać, aby nie zdradzić w recenzji za wiele. Naprawdę, gorąco polecam!
Wydawnictwo Rebis
Ocena recenzenta: 6/6
Ryszard Hałas
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Rebis. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.