Situation room. Pokój, w którym ważą się losy świata

Situation Room. Pokój, w którym ważą się losy świata |Recenzja

George Stephanopoulos, Lisa Dickey, Situation Room. Pokój, w którym ważą się losy świata

Kiedy w telewizji widzimy prezydenta w ciasnym pokoju pełnym ekranów, rzadko zastanawiamy się, kto w panice układa dla niego informacje. Książka Situation Room. Pokój, w którym ważą się losy świata zagląda właśnie do tej dyżurki pod Białym Domem i pokazuje mechanikę decyzji podejmowanych pod presją czasu, ludzkiego błędu i amerykańskiego przekonania o własnej wyjątkowości.

Situation Room. Pokój, w którym ważą się losy świata opowiada o miejscu, które kojarzymy z filmów i zdjęć z Białego Domu, ale w praktyce wiemy o nim tyle, co nic. George Stephanopoulos zabiera czytelnika do sali kryzysowej – w rzeczywistości nie jednej, spektakularnej nory w skałach, tylko kilku niskich, raczej mało efektownych pokojów, gdzie od sześćdziesięciu lat lądują najważniejsze meldunki ze świata.

To tam ludzie na dyżurach składają w całość strzępy informacji, żeby prezydent Stanów Zjednoczonych mógł podjąć decyzję, zanim kolejny kryzys wymknie się spod kontroli. Zamiast legendy o „superbohaterskim bunkrze” dostajemy historię bardzo konkretnej instytucji: od jej narodzin u boku Kennedy’ego, przez kolejne modernizacje i technologiczne skoki, aż po to, jak reagowała na największe wstrząsy – od kryzysu kubańskiego, przez zakładników w Iranie, koniec zimnej wojny, 11 września i polowanie na bin Ladena, po atak na Kapitol 6 stycznia 2021 roku.

Stephanopoulos buduje narrację według prezydentów. Zaczyna ostro: od dnia szturmu na Kapitol, widzianego nie z mediów społecznościowych, tylko z miejsca, w którym nagle trzeba przejść w tryb „utrzymać ciągłość państwa, choć wszystko płonie”. Potem cofa kamerę do Kennedy’ego i wyjaśnia, skąd wziął się pomysł, by w piwnicach Białego Domu stworzyć centrum zarządzania kryzysowego.

Każda administracja to inny katalog lęków: wojna atomowa, Teheran i zakładnicy, Saddam, Bałkany, Al-Kaida, a wreszcie Trump, który jednym tweetem potrafi wygenerować mini-kryzys. Na pierwszym planie pojawiają się dwie kategorie postaci: prezydenci oraz ich polityczne otoczenie, a obok nich – ludzie z „sitroomu”: oficerowie dyżurni, analitycy, specjaliści od łączności. To właśnie ci drudzy są dla autora najważniejsi, choć w realu pozostają niewidoczni.

Sam Stephanopoulos nie jest ani generałem, ani człowiekiem ze służb. To były szef komunikacji Billa Clintona, a dziś gwiazda telewizji informacyjnej. Ma więc coś, czego brakuje wielu historykom – doskonałe wyczucie politycznego spektaklu i doświadczenie człowieka, który zna Biały Dom od środka. Rozumie, jak naprawdę wyglądają relacje prezydent – zaplecze, gdzie kończą się procedury, a zaczynają humory, ego i panika. Jednocześnie patrzy na temat jak reporter, a nie emerytowany oficer wywiadu: bardziej interesuje go opowieść, mechanika decyzji i kulisy sceny niż techniczne szczegóły działania systemów.

Styl jest wyraźnie „telewizyjny”. Książka przypomina długi, świetnie zmontowany materiał do programu newsowego: krótkie sceny, szybkie przeskoki, dużo dialogów i fragmentów dokumentów. W momentach takich jak zamach na Kennedy’ego, godziny po 11 września czy narada przed akcją w Abbottabad tempo robi swoje – czyta się to jak political thriller.

Jednocześnie autor dba o to, żeby nikt się nie zgubił: stale przypomina kontekst, przedstawia bohaterów, podpowiada, o co naprawdę toczy się gra. Cieniem tego stylu jest pewna „gładkość”: chwilami wszystko wygląda jak perfekcyjnie wyprodukowany dokument – angażujący, ale trochę zbyt grzeczny wobec głębszych pytań.

Stephanopoulos gra va banque: chce naraz opowiedzieć dzieje instytucji, rozbroić hollywoodzką mitologię Situation Roomu i postawić pomnik ludziom, którzy tam pracują. Historię samej machiny przedstawia rzetelnie: widać kolejne ulepszenia infrastruktury, zmiany procedur po wpadkach, przejście od papieru i telexów do epoki ekranów, algorytmów i sztucznej inteligencji, która w finale książki zaczyna autora szczerze niepokoić.

Rozbijanie mitu też działa: sala kryzysowa przestaje być futurystycznym bunkrem z kina sensacyjnego, a okazuje się dość zwykłym biurem z kiepskim sufitem i wiecznym brakiem snu. Decyzje zapadają tu w hałasie, pod presją czasu i przy niedoborze informacji, a nie w sterylnym „centrum wszechwiedzy”. Najmocniejszy jest jednak portret ludzi z dyżurów: tych, którzy 11 września nie uciekają z posterunku, analityków świadomych, że jedno źle sformułowane zdanie może przełożyć się na realne ofiary, osób pracujących bez nazwisk w gazetach, bez medali, często bez prawa, żeby rodzinie powiedzieć, czym tak naprawdę się zajmują.

Czy autor dowozi wszystkie swoje ambicje? W dużej mierze tak, ale bez rewolucji, jaką sugeruje polski podtytuł. To nie jest książka, po której inaczej zobaczymy całą historię ostatnich dekad. Jeśli ktoś liczy na pakiet zupełnie nieznanych operacji i przełomowych przecieków – będzie rozczarowany.

Stephanopoulos opowiada o kryzysach, które są już opisane w literaturze: Kuba, wojny na Bliskim Wschodzie, koniec ZSRR, 11 września, zabicie bin Ladena, Kapitol. Jego wartością dodaną są szczegóły z wnętrza systemu, dynamika pracy sali, emocje i napięcia na linii prezydent – doradcy – ludzie z „sitroomu”. To właśnie ten poziom „mięsa z zaplecza” najmocniej odróżnia książkę od wcześniejszych publikacji.

Na plus trzeba też zapisać równowagę polityczną. Choć autor pracował dla Clintona, nie robi z książki listu pochwalnego dla demokratów. Potrafi docenić profesjonalizm Busha seniora i Obamy, ale przypomina ich porażki i wpadki. Przy Trumpie nie udaje neutralności na siłę – pokazuje chaos, ryzyko i niebezpieczne konsekwencje rządzenia poprzez impuls i media społecznościowe. Całość jest solidnie udokumentowana: dziesiątki rozmów z byłymi pracownikami, sięganie po mało znane stenogramy, rozsądne użycie cytatów tak, by to czytelnik mógł wyciągnąć własne wnioski.

Słabe strony? Po pierwsze, klasyczne amerykańskie „my i nasza wyjątkowość”. Stephanopoulos ciągle podkreśla, jak niepowtarzalny jest Situation Room, jakby podobne centra nie działały w innych stolicach czy choćby w wielkich firmach. Z perspektywy czytelnika spoza USA bywa to momentami irytujące.

Po drugie, przy najcięższych pytaniach – o liczbę ofiar decyzji podejmowanych w tym pokoju, o długofalowe skutki interwencji, o moralny bilans „kliknięć w przycisk” – autor raczej miękko prześlizguje się po powierzchni, zamiast wchodzić w spór. To jest książka o logistyce i psychologii władzy, nie o jej sumieniu. Po trzecie, końcówka o sztucznej inteligencji i przyszłości systemu wygląda jak obowiązkowy, modny dodatek – poprawna publicystyka, ale bez specjalnie świeżych wniosków.

W ostatecznym rozrachunku Situation Room to bardzo sprawnie napisana, dynamiczna opowieść o tym, jak naprawdę wygląda zarządzanie kryzysem, kiedy zamiast hollywoodzkiej kopuły nad głową masz po prostu sufit z jarzeniówkami i telefon, który nie ma prawa milczeć.

To lektura dla tych, których interesuje kuchnia amerykańskiej polityki, geopolityka i współczesna historia – i którzy chcą zajrzeć między nagłówek „Prezydent podjął decyzję” a moment, gdy ktoś na dyżurze wciska konkretny przycisk. Jeśli szukasz dobrze udokumentowanego, błyskotliwie napisanego reportażu o tym, jak działa władza pod presją – to bardzo solidny strzał. Jeżeli natomiast czekasz na wielkie „ujawniamy sekrety Białego Domu”, lepiej od razu nastawić się na raczej przyziemne, choć wyjątkowo ciekawe kulisy niż na fajerwerki.


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ocena recenzenta: 6/6
Agnieszka Cybulska


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.


Comments are closed.