Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi

Polska sarmacka |Recenzja

Mateusz Wyżga, Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi

Sarmacja wróciła na salony, ale w Polsce sarmackiej Mateusza Wyżgi salony są najmniej interesujące. Tu liczy się kurz z karczemnej podłogi, gniew chłopa pod wąsem i czułość ukryta w aktach sądowych. Wyżga nie idealizuje przeszłości, ale pokazuje ją w pełnym świetle: brutalną, zabawną, przewrotną i zaskakująco ludzką. Sarmacja przestaje być mitem – staje się miejscem zamieszkałym przez prawdziwych ludzi i ich codzienne bitwy o godność.

Jeśli ktoś naprawdę chce zrozumieć kraj, niech zacznie od jego zapachów. W staropolskiej Rzeczypospolitej pachniało dymem, wilgotnym zbożem, tanim piwem, kwaśnym mlekiem i strachem przed sąsiadem, który miał zbyt ciężką rękę. Życie toczyło się pomiędzy progiem karczmy a brzegiem pola, gdzie każdy furman, każda białogłowa i każdy młokos znali swoje miejsce w hierarchii – i równie dobrze wiedzieli, jak się z niej wymknąć.

To był świat pełen energii, gniewu i humoru, w którym codzienność była ważniejsza niż wielkie sejmowe mowy. Dzisiaj, kiedy próbujemy odnaleźć siebie w tej plątaninie historii, warto zejść na poziom tych, którzy nie mieli szansy zapisać własnych wspomnień – ale zostawili ślady wystarczająco mocne, by wciągnąć nas w swoją opowieść.

Rok sarmackiego comebacku

Rok wydania Polski sarmackiej nie jest przypadkowy: 2025 to moment wyraźnego „powrotu Sarmacji”. Na półkach obok opasłego tomu Wyżgi ląduje Sarmatia. Czarna legenda złotego wieku Artura Wójcika – książka, która rozbiera mit sarmatyzmu od góry, z poziomu szlachty, politycznej kultury i symbolicznych klisz, bawiąc się jednocześnie jego czarną legendą.

Polska sarmacka idzie dokładnie z przeciwnej strony: nie interesuje jej przede wszystkim salon, sejmik i dwór, lecz kuchnia, karczma, podwórze, ława sądowa i pole pańskie. W tym sensie obie książki tworzą ciekawy duet: Wójcik zajmuje się tym, co sarmacja zrobiła z polską wyobraźnią, Wyżga – tym, jak w sarmackiej Rzeczypospolitej naprawdę żyli ludzie, którzy tę wyobraźnię codziennie dźwigali.

Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi to próba odtworzenia codzienności mieszkańców Rzeczypospolitej szlacheckiej od XVI do XVIII wieku. Autor konsekwentnie patrzy „od dołu”: interesują go chłopi, mieszczanie, drobna szlachta, ludzie z cienia, którzy w klasycznej narracji politycznej pojawiali się co najwyżej jako tło folwarcznego systemu.

Zakres tematyczny jest szeroki: przemoc i przestępczość, życie rodzinne i seksualne, praca i gospodarka, relacje władzy na wsi, struktura stanowa i mobilność, religijność ludowa, kultura codzienna, nałogi, zabawa, lęki i emocje.

To nie jest drobna monografia wsi pod Krakowem, lecz syntetyczna opowieść oparta na bogatym materiale archiwalnym z różnych regionów i dziesięcioleci. Zamiast klasycznej chronologii Wyżga wybiera układ problemowy – interesuje go to, co w staropolskim świecie było uparte, powtarzalne, odporne na zmiany koniunktury.

Od piekła przemocy do „Człowieczeństwa”

Książka rozpisana jest na dziesięć rozdziałów tematycznych, ułożonych w przemyślaną, wyraźnie literacką strukturę. Autor sam przyznaje, że inspirowała go Boska komedia Dantego: czytelnik schodzi najpierw w mroki „piekła” ludzkich relacji, by stopniowo wychodzić ku coraz jaśniejszym obszarom zwykłej normalności.

Początkowe partie to ponury, ale dobrze udokumentowany obraz świata, w którym „wojna wszystkich przeciwko wszystkim” jest czymś więcej niż metaforą. Przemoc fizyczna, napaści, rozboje, zajazdy, krwawe sąsiedzkie porachunki, brutalność panów wobec poddanych, chłopskie bunty – to codzienność, którą odsłaniają księgi sądowe.

Dopiero później narracja przesuwa się ku sprawom pozornie spokojniejszym: seksualności i rodzinie (dobór partnerów, małżeństwa, role kobiet, intymność); pracy i „energii społecznej” (organizacja folwarku, etos pracy, siła robocza pańszczyźniana i najemna); zarządzaniu majątkami ziemskimi i relacjom między panem, dzierżawcą a ludźmi przywiązanymi do ziemi.

W kolejnych rozdziałach Wyżga analizuje strukturę społeczną i mobilność – zarówno pionową (awans, degradacja), jak i poziomą (migracje). Interesuje go przenikanie się światów szlacheckiego i plebejskiego, przypadki zacierania granic stanowych, ale także sytuacje skrajne: epizody niewolnictwa, handel ludźmi, próby prawnego „unieruchomienia” chłopów.

Ważnym wątkiem jest tu poddaństwo jako instytucja, mechanizmy zwalniania z poddaństwa, ucieczki ze wsi, próby odzyskania wolności osobistej i kontrolowania migracji przez właścicieli dóbr.

Osobny blok dotyczy pamięci i komunikacji – piśmiennictwa, przechowywania dokumentów – oraz bezpieczeństwa zbiorowego: ochrony własności, samoobrony wspólnot lokalnych, form oporu i buntu. W przedostatnim rozdziale na plan pierwszy wychodzi kultura codzienna: praktyki „sarmackie” w życiu powszednim, rozrywki, alkohol i inne nałogi, ludowe religijności i wyobrażenia piekła, a także fenomen miasta w kraju zasadniczo wiejskim.

Punktem dojścia jest rozdział dziesiąty, „Człowieczeństwo”. To kulminacja całej dantejskiej drogi – miejsce, w którym autor skupia się na emocjach, relacjach międzyludzkich, poczuciu honoru i godności (także wśród niepiśmiennych), codziennych troskach, nadziejach, sposobach przeżywania natury i szukania sensu życia. W tym finale wyłania się obraz zbiorowej „polskiej duszy” – nie w znaczeniu esencjonalnym, lecz jako suma doświadczanych przez wieki wzorów zachowań, reakcji i wartości.

Lud, który nie daje sobą pomiatać

Trzon książki stanowi kilka mocnych tez o społeczeństwie staropolskim. Pierwsza dotyczy podmiotowości zwykłych ludzi. Wbrew stereotypowi chłopa jako biernej ofiary pańszczyzny w źródłach sądowych i gospodarczych Wyżga widzi ludzi, którzy mają poczucie własnej godności, wiedzą, gdzie przebiega granica tego, co „jeszcze można” i potrafią reagować, kiedy ktoś ją przekracza.

Józef Rafacz pisał przed laty, że chłop znad Wisły „nie był znowu takim potulnym barankiem” – Wyżga dostarcza dziesiątki przykładów, które tę obserwację wypełniają treścią. Chłopi potrafią pozywać panów, negocjować ciężar świadczeń, sabotować pracę na pańskim, kiedy się da, a prawdziwą energię zostawiać „na swoim”. To nie rewolucjoniści, tylko ludzie, którzy w ramach dostępnych narzędzi bronią własnego interesu.

Druga linia teoretyczna dotyczy płynności granic stanowych. Autor pokazuje, jak bardzo fałszywy jest obraz społeczeństwa sztywno podzielonego na trzy zamknięte na siebie stany. Demografia, małżeństwa mieszane, przypadki awansu i degradacji, migracje – wszystko to składa się na obraz świata, w którym szlachcic i chłop potrafią znaleźć się po tej samej stronie konfliktu, a rodziny chłopskie z czasem wchodzą w towarzystwo zubożałej szlachty.

W niektórych regionach XVIII wieku tylko około co trzecie nowe małżeństwo zawierano w obrębie własnego stanu. Jeśli więc nad Wisłą miałaby wybuchnąć rewolucja na wzór francuskiej, „lud” miałby spory problem ze wskazaniem klarownej listy głów, które powinny trafić na szafot – struktura społeczna była pełna półcieni i przenikających się zależności.

Trzecia teza dotyka poddaństwa i folwarku. Wyżga nie rezygnuje z moralnego wymiaru ucisku, ale pokazuje równocześnie, że system pańszczyźniany pełnił funkcję mechanizmu regulującego przepływ ludności w warunkach gospodarki ekstensywnej i chronicznego niedoboru ludzi względem ziemi. Przypisanie chłopa do gruntu miało zapewnić ciągłość produkcji żywności; głód i presja demograficzna powracają w książce jako tło buntów, przestępczości, migracji zarobkowych. Nie chodzi o usprawiedliwienie przemocy, lecz o uchwycenie logiki epoki, w której brak rąk do pracy jest realnym problemem strukturalnym.

Czwarta teza dotyczy mentalności. W ostatnich rozdziałach Wyżga kreśli obraz staropolskiego ludu jako społeczności, w której krzyżują się cechy sarmackiej dumy i plebejskiej pragmatycznej zaradności. Umiłowanie wolności i niechęć do zewnętrznej kontroli idą w parze ze skłonnością do współpracy w ramach małej wspólnoty.

Poczucie humoru, ironia, potrzeba skracania dystansu, odwaga połączona z codzienną łagodnością i gotowością do wybaczania – wszystko to autor wiąże z konkretnymi warunkami życia: stosunkowo obfitymi zasobami żywności, umiarkowanym klimatem, gęstą siecią lokalnych powiązań. Zastrzega przy tym, że obok ludzi uczciwych byli okrutnicy, i to w każdym stanie. Mimo to wiele z cech, które dziś chętnie przypisujemy „narodowi” – upór w obronie wolności, duma, honor, gościnność, ale i skłonność do ciągłych sporów o ziemię i prawa – ma swoje korzenie w tej właśnie, dobrze udokumentowanej codzienności.

W efekcie Polska sarmacka rozbraja dwa skrajne obrazy: bajkę o „szlacheckiej Arkadii” oraz czarną wizję „ciemnego ludu” skazanego wyłącznie na cierpienie. W ich miejsce dostajemy świat pełen sprzeczności, ale spójny we własnej logice – świat, w którym przemoc sąsiaduje z solidarnością, a ucisk nie eliminuje ludzkiej godności.

Jak Wyżga opowiada o dawnych ludziach?

Jednym z najmocniejszych atutów książki jest język i sposób prowadzenia narracji. Wyżga bardzo świadomie łączy warsztat naukowy z literackim sznytem. Już we wstępie zapowiada, że chce zaprosić czytelnika „zarówno na salony, jak i do kuchni h istorii”. To nie jest czcza deklaracja: książka pełni rzeczywiście podwójną funkcję – jest rzetelną monografią opartą na źródłach, a zarazem książką do czytania, a nie tylko do cytowania w przypisach.

Narracja ma charakter eseistyczny, momentami niemal powieściowy. Autor z reporterskim zacięciem rekonstruuje sceny z przeszłości – napady, procesy, zemsty, historie w rodzaju „zagłady domu Gorączkiewiczów” – po czym wraca do chłodniejszej analizy, pokazując, co z takich epizodów wynika dla zrozumienia mechanizmów społecznych. Nie boi się bezpośrednich zwrotów do czytelnika.

Metafory i porównania nie są tu ozdobnikiem, tylko sposobem uporządkowania materiału. Obraz ksiąg sądowych jako pędzącej „na strusich nogach” wanny, z której przy każdym wstrząsie wylewają się najbardziej dramatyczne sprawy, pozwala uchwycić strategię autora: zanurza się w tej kipieli, żeby szukać w głębinie „pulsu zwykłego życia zwykłych ludzi”.

Odwołania do Carlo Ginzburga i jego idei badania „anomalnych przypadków, czytanych między wierszami”, do Beksińskiego, filmu Między słowami czy literatury pięknej budują kontekst, ale nie dominują – mają ułatwić czytelnikowi zrozumienie, czym w praktyce jest mikrohistoria.

Struktura książki – z dantejskim przejściem od mroku do światła – sprawia, że finałowe rozważania o „polskiej duszy” nie wiszą w próżni. Po kilkuset stronach konkretnych historii, liczb i epizodów czytelnik wie, skąd biorą się takie, a nie inne uogólnienia. To nie jest esej publicystyczny pisany z głowy, lecz próba wydobycia sensu z ogromnej masy materiału.

Między lunetą a mikroskopem

Wyżga otwarcie mówi o tym, jak pracuje. W posłowiu-metodologicznym zatytułowanym „Spowiedź nekromanty: esej o metodzie” opisuje swoją strategię jako „historię odśrodkową”. Chodzi o połączenie spojrzenia szerokokątnego – lunety demografa historycznego patrzącego na całe społeczeństwo – ze spojrzeniem przez mikroskop, czyli uważną analizą pojedynczych przypadków, jak u klasycznych mikrohistoryków.

Ruch „odśrodkowy” polega na tym, że autor zaczyna od drobiazgów: konkretnego procesu, konfliktu o miedzę, nietypowego małżeństwa, spektakularnej ucieczki chłopa. Z takich szczegółów wychodzi następnie ku ogólniejszym wnioskom o normach prawnych, obyczaju, mechanizmach kontroli i oporu. Abstrakcyjne przepisy testuje na realnych sytuacjach: co robił husarz, gdy nie brał udziału w bitwie? Jak wyglądał dzień chłopki, gdy akurat nie opiekowała się noworodkiem? To pytania z pozoru banalne, ale odpowiedzi na nie odsłaniają, jak naprawdę działał system społeczny.

Z naukowego punktu widzenia imponuje skala kwerendy. Podstawą są księgi sądowe – grodzkie i ziemskie – ale obok nich pojawiają się dokumenty gospodarcze, inwentarze, kontrakty, listy, akta parafialne. Przykłady pochodzą z Małopolski, Mazowsza, Wielkopolski, Żuław i innych regionów, co pozwala odróżnić lokalne osobliwości od zjawisk powszechnych.

Aparat przypisów jest gęsty, ale nie dławi narracji; autor wyraźnie szukał „złotego środka” między rzetelnością a komunikatywnością. Sam zauważa, że nagromadzenie „mnóstwa pojedynczych ludzkich zdarzeń” może chwilami spowalniać opowieść „jak zastygająca lawa”, ale to właśnie w takim zwolnionym tempie widać strukturę.

W tekście obecny jest też dyskretny, osobisty ton. Wyżga nie ukrywa, że był kiedyś sołtysem, wspomina o własnej młodzieńczej kopii obrazu Beksińskiego powieszonej w domu ludowym. To nie są dygresje dla dygresji, lecz sposób na pokazanie, że historyk nie jest zimną maszyną do przetwarzania danych, tylko człowiekiem, który próbuje nawiązać kontakt z dawno zmarłymi.

Wprost pisze, że podczas pracy „wciąż myśli o czytelniku”, chce „uhumanistycznić opowieść, nadać jej literacki sznyt, zaintrygować czytelnika i wzbudzić u niego empatię”. I to widać – bohaterowie akt sądowych czy inwentarzy przestają być „przedmiotami badań”, a stają się partnerami rozmowy.

Naukowość plus czytelność to rzadkie połączenie

Pod względem naukowym Polska sarmacka jest książką bardzo solidną. Oryginalność kwerendy, sięgnięcie po rozproszone rękopisy, konsekwentne osadzanie tez w konkretnych przykładach – to wszystko sprawia, że trudno zarzucić autorowi dowolność. Jednym z jasno sformułowanych celów było wydobycie „dużej liczby faktów na ogół nieznanych” z możliwie szerokiego terytorium i okresu – ten cel został spełniony. Każda ogólniejsza obserwacja ma pod sobą twardy fundament.

Istotny jest też wkład metodologiczny: przetestowanie mikrohistorii w ramach tak obszernej syntezy o Rzeczypospolitej szlacheckiej nie było dotąd w polskiej historiografii czymś częstym. Wyżga pokazuje, że da się opowiedzieć o całym społeczeństwie, nie gubiąc przy tym jednostkowych historii. Jego „historia odśrodkowa” to propozycja, z którą będą musieli zmierzyć się następni badacze – choćby po to, by ją rozwinąć, skorygować albo zastosować do innych epok.

Literacko książka również trzyma wysoki poziom. Język jest żywy, obrazowy, ale nie przesadnie ozdobny. Wyżga unika patosu i pustych formuł, woli konkret niż wielkie słowa. Narracja płynie równym rytmem, a dobrze dobrane anegdoty, cytaty i porównania robią swoje – czytelnik wciąga się w historię, mimo że na marginesach gęsto od przypisów. Momentami książka przypomina sagę o losach ludu: mamy bohaterów, konflikty, dramaty, momenty zawieszenia, a wszystko to oparte na źródłach, a nie na fabularnych wymysłach.

Subtelne poczucie humoru i ironii pojawia się tam, gdzie trzeba. Porównanie sarmackiej brawury do dzisiejszej brawury na drogach, aluzje do literackich pijaków zestawione z realiami chłopskiej karczmy – to nie są żarty dla samej zabawy, tylko sposób na pokazanie ciągłości pewnych wzorów zachowań.

Na tle innych opowieści o Sarmacji

Na tle wcześniejszych prac o epoce staropolskiej książka Wyżgi jest wyraźnym przesunięciem perspektywy. Przez długie lata historiografia koncentrowała się na elitach: królach, magnaterii, wielkich rodach, ideologii sarmatyzmu jako szlacheckiej tożsamości. Chłopi i mieszczanie pojawiali się głównie w rozdziałach o gospodarce folwarcznej, podatkach i pańszczyźnie. Albo w „fantastyce”, nie podpartej źródłami, a własnymi fantazjami. Polska sarmacka odwraca ten porządek – nie po to, żeby zignorować szlachtę, ale żeby pokazać, że świat „zwykłych ludzi” był równie złożony i sprawczy.

W szerszym pejzażu nowszych ujęć – chociażby wobec głośnej Ludowej historii Polski Adama Leszczyńskiego – książka Wyżgi wpisuje się w nurt „historii ludowej”, ale z inną dynamiką. Leszczyński konstruował szeroką, syntetyczną opowieść przede wszystkim na podstawie badań innych historyków.

Wyżga idzie do archiwum i buduje narrację oddolnie, z mikrofaktów. Ludowa historia Polski mocno akcentowała ciągłość wyzysku i przemocy symbolicznej, Polska sarmacka mocniej eksponuje codzienne negocjacje, półśrodki, taktyki przetrwania i pola współdziałania między klasami. Wspólny mianownik jest jasny: przywrócenie widzialności tym, którzy dotąd byli tłem.

Na tym tle ciekawie rysuje się zestawienie z Sarmatią. Czarną legendą złotego wieku Artura Wójcika, również wydaną w 2025 roku. Wójcik bierze na warsztat mit szlacheckiej Sarmacji jako źródła zarówno dumy, jak i kompleksów; rozbraja stereotypy, pokazuje, jak sarmatyzm był wykorzystywany w różnych momentach historii, i pyta wprost, czym dziś jest Sarmacja i co mówi nam o nas samych.

Wyżga robi coś komplementarnego: zamiast zajmować się przede wszystkim wyobrażeniem Sarmacji, rekonstruuje materialny i społeczny fundament, z którego ten mit wyrósł. Sarmatia patrzy na sarmatyzm „z góry”, z poziomu idei i symboli, Polska sarmacka – „z dołu”, z poziomu życia ludzi uwikłanych w system.

Wyżga pozostaje też w dialogu z badaniami z zakresu historii społeczno-prawnej i demografii historycznej. Ustalenia dotyczące płynności stanów czy lokalnego prawa zwyczajowego korespondują z pracami badaczy takich jak Piotr Guzowski czy Andrzej Januszek, a porównania między Żuławami a Małopolską – prowadzonymi m.in. z Jaśminą Korczak-Siedlecką – pokazują, że pewne mechanizmy adaptacji społecznej miały charakter ponadregionalny. Książka lokuje się więc na styku historii regionalnej, ogólnokrajowej i porównawczej.

W obszarze mikrohistorii Polska sarmacka unika pułapki anegdotyczności. Przypadki nie są tu opowiadane dla samej barwności, tylko po to, by ilustrować i testować ogólniejsze tezy. To wpisuje książkę w najlepsze tradycje historii społecznej: opowieść i analiza idą razem.

Mocne strony

Zalety Polski sarmackiej są wyraźne. Po pierwsze, skala i kompleksowość ujęcia: od przemocy po religijność, od pracy po emocje. Książka może pełnić funkcję nowoczesnej syntezy historii społecznej staropolskiej Rzeczypospolitej – takiej, która pokaże studentowi, ale i zaawansowanemu amatorowi historii, jak wyglądało życie dawnych ludzi w różnych wymiarach.

Po drugie, odkrywczość materiałowa. Lektura pełna jest epizodów, które wciągają same w sobie: bójki w karczmach, nietypowe procesy o czary, zajazdy, skomplikowane sprawy spadkowe, buntownicze strategie chłopów. To nie są tylko „ciekawostki z dawnych ksiąg”; razem składają się na nowy, gęstszy obraz epoki.

Po trzecie, wyważony ton. Autor nie uprawia ani nostalgicznego kultu dawnej szlachty, ani czarnej legendy pańszczyzny. Pokazuje okrucieństwo systemu, ale równocześnie codzienne strategie radzenia sobie, małe zwycięstwa, przestrzenie wolności. Świadomie unika przykładania współczesnych miar moralnych tam, gdzie one nic nie wyjaśniają; interesuje go przede wszystkim mechanizm działania społeczeństwa w jego własnych kategoriach.

Po czwarte, komunikatywna forma. Mimo objętości (ok. 800 stron wraz z aparatem naukowym) książkę da się czytać bez poczucia, że tonie się w przypisach. Układ rozdziałów, gęste, ale logiczne śródtytuły, literacki język – wszystko to ułatwia lekturę. To rzadki przypadek monografii, którą równie dobrze może czytać badacz, nauczyciel historii, student, jak i „zwykły” czytelnik zainteresowany przeszłością.

Po piąte, innowacyjność metodologiczna. Jasne nazwanie i opisanie własnej metody – „historia odśrodkowa” – oraz esej o warsztacie na końcu książki sprawiają, że praca jest nie tylko źródłem wiedzy o przeszłości, ale też przyczynkiem do refleksji o tym, jak w ogóle pisać historię.

Słabsze strony wynikają w dużej mierze z ambicji projektu. Objętość i szczegółowość mogą przytłoczyć czytelników, którzy szukają lżejszej popularyzacji bez dat, nazwisk i statystyk. Miejscami natłok przykładów rzeczywiście spowalnia lekturę – trzeba lubić wchodzenie w szczegóły spraw sądowych, żeby w pełni docenić, co z nich wynika.

Niektórym może też brakować wyraźnej narracji chronologicznej. Różnice między XVI a XVIII wiekiem są sygnalizowane – np. w kwestii kar śmierci czy stosunku do czarów – ale nie stanowią osi opowieści. Kto chce mieć „od deski do deski” opowiedziane, jak zmieniało się życie ludu w kolejnych dekadach, może poczuć niedosyt. Z drugiej strony to świadomy wybór: celem było uchwycenie długiego trwania i stałości, a nie kronika zmian.

Najbardziej dyskusyjny punkt to zapewne uogólnienia dotyczące „polskiej duszy”. Wyżga opiera je na materiale źródłowym i formułuje z ostrożnością, ale zawsze można zapytać, na ile da się z akt sądowych wyczytać np. specyficzne poczucie humoru czy „łagodne usposobienie” chłopów. To jednak pole do dalszych badań i polemik, nie powód, by odrzucać całość wizji.

Czy to TA książka o Sarmacji?

TAK. I tyle mogłoby wystarczyć.

Czy Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi jest tą książką o Sarmacji, na którą w 2025 roku czekaliśmy? Jeśli przez „książkę o Sarmacji” rozumieć opowieść o tym, jak ten mit wygląda „od dołu”, z perspektywy ludzi, którzy ora­li, handlowali, modlili się, kłócili i kochali w cieniu wielkiej polityki – odpowiedź jest twierdząca. W duecie z Sarmatią. Czarną legendą złotego wieku Wójcika dostajemy w tym roku zestaw niemal kompletny: jedną książkę o tym, jak Sarmacja żyje w naszych głowach, i drugą o tym, jak wyglądała w realnym doświadczeniu społecznym.

Wyżga napisał książkę, która spełnia jego własne zapowiedzi: prowadzi czytelnika i na „salony”, i do „kuchni historii”, pozwalając zobaczyć zarówno wielkie struktury społeczno-ekonomiczne, jak i smak chłopskiej polewki w wiejskiej chacie. Po lekturze mamy wrażenie, że ludzie sprzed kilku stuleci nie są już anonimowymi „poddanymi”, tylko „całkiem normalne, dość sympatyczne osoby”, które przeżywały swoje życie z taką samą intensywnością jak my.

Polska sarmacka to więc nie tylko kolejna cegła do biblioteczki o Rzeczypospolitej szlacheckiej. To mocny kandydat na podstawową lekturę dla wszystkich, którzy chcą zrozumieć, skąd wzięły się nasze współczesne przyzwyczajenia, lęki, żarty i konflikty – i czym tak naprawdę była ta mityczna „Sarmacja nad Wisłą”, zanim została zamknięta w szlacheckich wyobrażeniach i szkolnych kliszach.


Wydawnictwo Znak Horyzont
Ocena recenzenta: 6/6
Agnieszka Cybulska


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Znak Horyzont. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Czytaj również:

Comments are closed.