Marc Morris, Anglosasi. Historia początków Anglii
W naszym kraju o dziejach Wysp Brytyjskich wiemy niewiele. O ile jednak dzieje najnowsze coś tam nam mówią czy sugerują, dzieje najdawniejsze pozostają skryte murem milczenia. I to wcale nie z tego powodu, żebyśmy mieli kiepskich historyków. Dotychczas ten temat traktowany był po macoszemu, i to, co publikowano, docierało tylko do wąskiego grona pasjonatów. Tym większy zaszczyt przychodzi mi zaprosić was do lektury książki Marca Morrisa pod tytułem „Anglosasi. Historia początków Anglii”.
Pozycja pisana jest z pasją, momentami ze swadą, pięknym literackim językiem, ale bez zadęcia. I choć jest tutaj niewiele ilustracji, które mogłyby odciążyć nasz wzrok, to i tak czyta się wyśmienicie, i aż żal odłożyć ją na bok, by wrócić do codziennego życia. Ale do rzeczy.
Anglosasi
Wyspy Brytyjskie już co najmniej od IV stulecia naszej ery, borykały się z powtarzającymi się napadami piratów wywodzących się z Sasów, Anglów, Jutów czy Fryzów. Napadali oni zresztą nie tylko wybrzeża Anglii, ale i Galii czy Hiszpanii. Niemal równocześnie nasiliły się ataki celtyckich Piktów i Szkotów na północy wyspy, dając się we znaki i tak już osłabionej rzymskiej administracji.
Gdy Brytanię opuścili Rzymianie, na wyspie rozpoczął się czas walk o schedę po cesarstwie. W kraju namnożyło się wielu lokalnych przywódców, którzy pragnęli wykroić dla siebie jak największy kawałek ziemi. Jeden z przywódców Brytów wezwał na pomoc Sasów, oferując im w zamian ziemie w późniejszym Kencie (ok. 455 rok). Nikt nie mógł wtedy przypuszczać, że w ten sposób zacznie się dramatyczny proces kolonizacji anglosaskiej w Brytanii.
Germańscy najeźdźcy pozostawiali za sobą spaloną ziemię. Jednocześnie w zdecydowany sposób niweczyli pozostałości dawnego rzymskiego porządku. Niszczono chrześcijańskie przybytki, zmieniano strukturę społeczną Wysp, a także stosunki ekonomiczne tutaj panujące. Legendy mówiące o Rycerzach Okrągłego Stołu są niejako odbiciem oporu bryto-chrześcijańskiego wobec pogańskich Germanów, którzy zdołali zająć większą część Brytanii. W trakcie licznych wojen, nieraz bratobójczych, w Brytanii powstało setki malutkich państewek.
W przeciągu VII-IX wieku dochodziło do jednoczenia i scalania ziem w Brytanii, wobec czego wytworzyła się względna równowaga sił, zwana heptarchią. Jednak najsilniejszymi królestwami anglosaskimi były Northumbria, Mercja i Wessex. Pod rządami króla Egberta (802-839) Wessex zdominował wszystkie inne organizmy w Brytanii i tak już miało pozostać, aż do podboju Anglii przez Wilhelma Zdobywcę. Niemniej pod koniec jego rządów Brytania zaczęła borykać się z coraz częstszymi najazdami Duńczyków, którzy mieli nadać Wyspie nowy charakter.
Jednym z najważniejszych anglosaskich dokonań jest ponowna chrystianizacja Wysp. Wprawdzie chrześcijańscy zakonnicy pod „wodzą” Augustyna z Canterbury, zostali wysłani przez papieża Grzegorza Wielkiego, ale zapoczątkowało to blisko 80-letni okres konwersji władców, a później i ich poddanych, na chrześcijaństwo obrządku rzymskiego.
Zapewne poszłoby szybciej, jednak, ze względów politycznych wiele anglosaskich dworów wahało się z podjęciem jednoznacznej decyzji. Zresztą wpływy dawnych kultów nadal były silne. Niemniej ludzie mieli dosyć nieprzewidywalnych decyzji starych bogów – woleli oddać się pod opiekę nieco strasznego, ale stałego Boga, który zdobywał coraz większą władzę wśród okolicznych ludów i państw.
Wkrótce do tego procesu włączyli się zakonnicy irlandzcy, którzy z terytorium Northumbrii rozpoczęli swe zbożne dzieło. Dokonali tego tak sprawnie, że już w VII wieku anglosascy zakonnicy rozpoczną misje nawracania swych sąsiadów – Fryzów czy Sasów.
O tym, i o wielu innych ciekawych zagadnieniach przeczytacie właśnie w tej publikacji.
Treść książki
Marc Morris swą opowieść snuje ze swadą, sprawiając, że czytelnik, zwłaszcza polski, zaczyna czuć pociąg do dziejów ludów zamieszkujących wczesnośredniowieczną Brytanię. Fajnie czyta się o Rzymianach, o różnej maści watażkach czy królach, którzy tworzyli swe efemeryczne państwa na przełomie VI-VII stulecia.
Ciekawy był również rozdział opisujący króla Mercji, Offę (757-796), panującemu w czasach Karola Wielkiego, z którym korespondował i wymieniał się poselstwami. Co ciekawe, czuł się równy statusem z cesarzem Franków. Zresztą ten sam władca pozostaje jednak tajemnicą, bowiem o jego dokonaniach i panowaniu, zachowało się niewiele rodzimych źródeł. Więc kim tak naprawdę był – megalomanem, wizjonerem…? Niemniej rekonstrukcja, nawet jeśli pobieżna, przyciąga uwagę czytelnika.
Warto również zauważyć, że pomimo kilkusetletniego panowania na Wyspach, Anglosasi nie pozostawili po sobie trwalszych śladów. Wyjątkiem jest chrześcijaństwo, ale to już całkiem inna historia. Większość czytelników skupi się zapewne na ostatnim akordzie anglosaskich dziejów, czyli z podbojem Anglii, najpierw przez Kanuta Wielkiego, a później przez Wilhelma Zdobywcę. Dwóch wielkich ludzi, ale efekt zupełnie odmienny. Co mam na myśli? O tym musicie przekonać się już sami
Trzeba przyznać, że rozdział jest bogato opisany, i jest jedną z najmocniejszych części publikacji. Aż mnie paluszki swędzą, aby się nad nim nieco rozpisać. Ale w ramach wyjątku, odpuszczę.
Trochę brakuje
Książka choć świetnie napisana, ma pewne drobne mankamenty. Pierwszy z nich to pisanie dziejów Wyspy z perspektywy króla i jego państwa, które akurat zdobyło hegemonię. Liczyłem, że te mniejsze, słabsze państwa również będą ujęte w tekście.
Po drugie – trochę trudno znaleźć tutaj opisy życia społecznego Anglosasów. Dostępna tutaj wiedza, w zasadniczym rysie, opisuje tylko życie dworskie – monarchów, jakiś poważniejszych wojowników, czy życie duchowieństwa, które w znacznym stopniu zdeterminowało charakter stosunków panujących w Brytanii. A ja bardzo chciałbym poznać w jaki sposób płynęło życie zwykłych chłopów, kobiet… No cóż, głównym wątkiem publikacji jest rys historyczny.
Po trzecie – mało znajdziemy tutaj zabytków anglosaskich, które pozwoliłyby nam uzmysłowić sobie, jak mogło wyglądać życie tych ludzi. To, co jest, znajdziemy w odcieniach szarości. Podobny zarzut mam do map. Wprawdzie jest ich dosyć sporo, jednak ukazują raczej siatkę urbanizacyjną niż jakieś granice polityczne. A w tym przypadku to ogromna wada. Przeciętny polski czytelnik nie ma pojęcia jak wyglądał układ polityczny na Wyspach w omawianym okresie. A ci, co posiadają, będą zawiedzeni, że ich brak. Szkoda, wielka szkoda.
Podsumowanie
Książka liczy sobie 528 stron. pogrupowana jest na dziesięć większych rozdziałów tematycznych. Jak dla mnie, to jedna z ciekawszych książek o wczesnych dziejach Anglii. I nie oddałbym jej za żadne skarby świata. Mimo pewnych mankamentów (które nie deprecjonują treści i wartości książki), czytało się świetnie, z zacięciem i zaciekawieniem. Życzyłbym sobie znacznie więcej tego typu książek, które tylko uświadamiają nam, jak mało wiemy o naszym, europejskim dziedzictwie historycznym. Gorąco polecam.
Wydawnictwo Astra
Ocena recenzenta: 6/6
Ryszard Hałas
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Astra. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.