Adam Robiński, Faronauci. Dookoła Bałtyku
Piasek w butach, wiatr, gość drący się „kawa, herbata, napoje!”, zapach smażonych ryb, morskiej bryzy (każdy z nas wie, jakiej), gofrów… Tak pachnie nasz polski Bałtyk. Niby wszystko wiadomo, a potem przychodzi taki Adam Robiński i spokojnie rozbraja ten obraz Bałtyku, który znamy, w swojej książce Faronauci.
Bierze morze, które wydaje się oswojone, i pokazuje, że za wakacyjnym skrótem kryje się znacznie większa opowieść: o ptakach, lodzie, językach, wyspach, dawnych mapach, latarniach, morświnach, pomiarach poziomu wody. I ludziach, którzy patrzą na tę samą linię brzegu zupełnie inaczej.
„Faronauci. Dookoła Bałtyku” zaczynają się od chłopca stojącego na plaży. Jest piasek, fala, strach przed wodą i horyzont, który od razu robi w głowie zamieszanie. Co tam jest? Jak daleko leży Szwecja? Czy za linią wody naprawdę zaczyna się inny świat?
Z tego dziecięcego patrzenia Robiński wyprowadza całą książkę. Z potrzebą sprawdzenia, jak wiele można jeszcze zobaczyć w miejscu, które zbyt łatwo uznaliśmy za znane.
Spokojna książka, która zostawia ślad
Robiński jest uważny. Zatrzymuje się przy ptaku, nazwie, wyspie, lodzie, latarni, mapie, człowieku spotkanym po drodze. Czasem robi to powoli, naprawdę powoli. Autor sprawdza, co pojawia się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje traktować morze jako miejsce na urlop.
W litewskiej „Lagunie” Robiński jedzie do delty Niemna z Witkiem Muchowskim, przewodnikiem i znawcą ptaków. Są bieliki, gęsi, siewki złote, jezioro Krokų Lanka, przylądek Ventė, luneta i cierpliwe uczenie się krajobrazu. Przyroda ustawia tutaj sposób patrzenia. Bez niej miejsce byłoby płaskie, ale z nią zaczyna oddychać.
W kolejnych rozdziałach zmieniają się kraje, krajobrazy i punkty zaczepienia: łotewskie wybrzeże, estońska Keri, rosyjski Kronsztad, fiński lód, szwedzkie Wysokie Wybrzeże, duńskie morświny, niemieckie kurorty i polska Wyspa Estyjska. Raz prowadzi legenda, raz pomiar, raz zwierzę, raz lód, raz literatura, raz zwykłe zmęczenie drogą. Robiński nie robi z tych miejsc jednej wielkiej tezy. Układa je obok siebie i pozwala im mówić własnym głosem.
Bałtyk przeżywany i opowiadany jako multiwersum
Autor ściąga z Bałtyku tę polską oczywistość. Morze, które w naszej wyobraźni często kończy się na urlopie, nagle ma kilka stron, kilka języków, kilka historii i kilka różnych temperatur emocjonalnych. Dla kogoś będzie północą. Dla kogoś innego zachodem albo wschodem. Dla ptaków trasą migracji. Dla mieszkańców wysp codziennością. Dla naukowców akwenem do obserwowania i mierzenia. Dla autora powrotem do pytania, które zaczęło się w dzieciństwie. Co jest za horyzontem?
Książka powstawała z podróży, rozmów, notatek, lektur i pomocy ludzi spotykanych po drodze. Widać to w konstrukcji całości. Nie dostajemy dziennika z trasy ułożonego grzecznie według dat. Dostajemy opowieść złożoną z warstw. Trochę jak morze po sztormie: na powierzchni fala, pod spodem ruch, osad, prądy, ślady rzeczy przyniesionych z daleka.
Robiński potrafi zacząć od mokrego piasku, skowronka, łopotu skrzydeł albo oddechu morświna, a potem przejść do historii, geografii, literatury i pamięci. Np., kiedy w duńskim rozdziale pojawia się morświn, Bałtyk dostaje dosłownie ciało, oddech, zagrożenia i własną obecność, której zwykle nie dostrzegamy.
Robiński przygląda się drobiazgom. Ptakowi na mokradłach. Latarni na wyspie. Lodowi, pod którym pracuje lęk. Mapie. „Faronauci” mają świetny rytm; prowadzą od sceny do myśli, a nie odwrotnie.
Bywają też partie gęstsze, mocniej eseistyczne, oblepione lekturami i odniesieniami. Robiński chętnie zaprasza do tekstu literaturę, historię, geografię i cudze opowieści. Bałtyk w tej książce działa jak sieć połączeń. Wyspa odsyła do latarni. Latarnia do nawigacji. Nawigacja do kosmosu. Morświn do historii polowań i współczesnej ochrony przyrody. Sztuczna wyspa do polityki, ptaków i naszej potrzeby ustawiania świata pod własne plany.
Bałtyk większy w głowie
Po książce zostaje przede wszystkim myśl o miejscach zbyt dobrze znanych. Takich, które niby mamy w pamięci, ale właśnie przez to przestajemy je widzieć. Robiński pokazuje, że skróty są wygodne, ale bardzo ubogie.
„Faronauci” przywracają Bałtykowi złożoność. Przez ptaki, lód, wyspy, latarnie, mosty, mapy, sztuczne lądy, mierzenie poziomu morza i ludzi, którzy patrzą na tę samą wodę z innych stron. Narracja książki płynie spokojnie, ale nie sennie. Bardziej jak długi spacer brzegiem, podczas którego dopiero po czasie człowiek orientuje się, ile rzeczy zobaczył mimochodem.
Robiński pokazuje Bałtyk jako morze wielu brzegów i wielu spojrzeń: znajome z dzieciństwa, a jednak wciąż zdolne zaskoczyć. Warto sięgnąć po tę książkę, jeśli lubisz książki uważne, eseistyczne i mocno osadzone w krajobrazie. „Faronauci” nie są lekturą do szybkiego połknięcia między jedną sprawą a drugą. Lepiej czytać ją powoli, bo Robiński buduje sens z warstw: wspomnienia, podróży, przyrody, literatury i rozmowy.
Po tej książce pojęcie „nasze morze” brzmi już zupełnie inaczej. Bałtyk u Robińskiego krąży między ludźmi, ptakami, lodem, statkami, wyspami i horyzontem, który wciąż odsuwa się o kilka kroków. Bardzo podoba mi się ta perspektywa!
Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 5,5/6
Agnieszka Cybulska
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.