Adam Stawicki, Korona carów
Tron, władza, seks, miłość, pieniądze, intrygi, wojna, śmierć… To tylko nieliczne z tematów, które porusza najnowsza powieść Adama Stawickiego pod tytułem „Korona carów”. To niemalże epicka podróż do XVII-wiecznej historii Rzeczypospolitej, która za rządów Zygmunta Starego była najważniejszym graczem w Europie Środkowowschodniej. W tym przypadku zaglądamy za kulisy tak zwanych dymitriad i Wielkiej Smuty, która wstrząsnęła państwem moskiewskim na początku wieku. Tak więc trzymajcie się, bo dzieje się naprawdę sporo.
O czym jest fabuła?
Jednym z głównych bohaterów powieści jest niejaki Andrzej Kołakowski, rotmistrz i „”poseł w służbie Maryny Mniszchówny, przyszłej carycy. U swego boku ma Jerzego Wołodyjowskiego (ojca znanego nam z szkoły Michała) i Onufrego Zagłobę, którzy jednak nie mogą odwieść serca swego przyjaciela od zapałania płomienną miłością do kniaziówny Katarzyny Łukomskiej.
Tuż po weselu dochodzi do rzezi polskiej załogi na Kremlu, a Andrzej trafia na daleką syberyjską północ. Wbrew oczekiwaniom, bo przecież może wydawać się, że już gorzej nie będzie, nasz bohater wpada w jeszcze większe tarapaty – zostaje posądzony o zdradę. W poszukiwaniu ukochanej Kołakowski musi stawić czoła nie tylko dzikiej, surowej przyrodzie Rosji, ale i zamieszkom i walkom, które rozgorzały w państwie carów.
Silne strony
Spiski, zarówno bojarów, jak i polskich magnatów, walki, polityczne intrygi przeplatają się z poszukiwaniami miłości, wspieranej przez przemyślne wybiegi imć pana Zagłoby (w pewnym momencie staje się najważniejszą postacią, która pomaga rozwiązać zagadkę bytności pani Katarzyny). Czyta się świetnie, z pasją. Czasem bywa arcyśmiesznie, gdy Zagłoba sieje zamęt i wpuszcza innych w maliny. Ten wariant tej postaci zdecydowanie bardziej mi odpowiada, niż postać z trylogii Sienkiewicza. Choć muszę przyznać, że ciężko byłoby uwierzyć, że Zagłoba, przebrany za mnicha, bezceremonialnie i swobodnie, wędruje po rosyjskich klasztorach, szukając ukochanej Kołakowskiego.
Autor nie tylko świetnie operuje językiem, pełnym barwnych opisów, z batalią kłuszyńską na czele, ale i doskonale orientuje się w zawiłościach historyczno-społecznych XVII-wiecznej Środkowo-Wschodniej Europy. Jego historia jest przekonująca, barwna i rzewna. No cóż – nie dało się uniknąć pewnej heroizacji opisywanych wydarzeń, wpisujących się w wariant „pokrzepienia serc”. Ale w tym wypadku to wcale nie przeszkadza. Jest wręcz odwrotnie.
Jakby tego było mało, mamy tutaj sporo opisów dramatycznej rozłąki ukochanych, którzy cierpią nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. No i jest jeszcze piękna, rozwiązła bojarówna Ksenia, której poczynania pozostawiają (z naszej perspektywy) wiele do życzenia. Niemniej, ot co – prawdziwa, wielka miłość, szarpana zazdrosnym losem.
Powieść jest niezwykle ciekawa, tym bardziej, że toczy się w niesamowicie skomplikowanych, a przez to nad wyraz intrygujących czasach. Jednocześnie Autor rzuca nieco więcej światła na system polityczno-społeczny panujący w państwie moskiewskim. Jest więc o bezgranicznym okrucieństwie, ślepym dążeniu do wielkości państwa, nawet kosztem jego własnych poddanych. I przy lekturze tego „stanu rzeczy” nasuwa się jedna trudna myśl – jak niewiele się zmieniło od tego czasu. Zupełnie jakby Rosja zamarła w tym swoim zacietrzewieniu i pragnieniu wielkości…
Za to ukazanie polskich porządków jest nieco zbyt optymistyczne. Wcale nie byliśmy aż takimi „krzewicielami kultury” jak można byłoby wynieść z kart książki. Jednak w zestawieniu z Moskwianami, i tak wypadamy o niebo lepiej. Niemniej warto poświęcić temu zagadnieniu nieco więcej uwagi.
Dymitriady – początek
Pod koniec 1604 roku Dymitr Samozwaniec wyprawił się na Moskwę, chcąc zdobyć dla siebie czapkę Monomacha. Gdy carewicz przekroczył granicę polsko-moskiewską, okazało się, że niemal straceńcza wyprawa ma szansę wielkiego powodzenia. Wiele z tutejszych miast (i spore grono bojarskich rodzin) poddawało się bez walki, a opór stawiła tylko niewielka armia Borysa Godunowa, który zresztą wkrótce zmarł. W związku z tym w 1605 roku Dymitr został koronowany na cara, a rok później poślubił Marynę Mniszchównę, córkę polskiego kniazia.
Nowy car, wbrew obawom rodaków, i ku zdumieniu Polaków, nie stał się marionetką – ani w polskich rękach, ani w bojarskich rozgrywkach. Mimo to, car starał się zachować dobre stosunki z Rzeczpospolitą, co jednak nie wzbudzało miłości u jego poddanych. Raziły ich również jego zachowanie i brak poszanowania dla rodzimej tradycji. Dymitr nie tylko nie nosił brody (ówczesny symbol szlachectwa), nosił się też po „europejsku”, i co gorsza – okazywał miłosierdzie dla pokonanych. Tej słabości nie można było mu wybaczyć.
W 1606 roku niezadowoleni bojarzy wywołali zamieszki, rozgłaszając pogłoskę, jakoby Polacy czyhali na życie cara. W ich czasie bojarzy zamordowali Dymitra, a na tron wstąpił Wasyl Szujski. Wkrótce wybuchło też wielkie chłopskie powstanie Bołotnikowa, a w imperium rozeszła się pogłoska, jakoby Dymitr cudownie przeżył zamach. Kraj carów począł sypać się w gruzy.
Nic więc dziwnego, że w kraju pojawili się kolejni samozwańcy, w tym Dymitr II Samozwaniec, który w 1607 roku uzyskał poparcie polskich magnatów kresowych. Maryna Mniszchówna „cudownie” rozpoznała swego niedoszłego, zmarłego męża. Nowy Dymitr na czele polskich posiłków wtargnął do Rosji, zajmując jej sporą część. Nie zdecydował się jednak zająć samej Moskwy, gdzie nadal panował Wasyl Szujski. Tak więc Rosja miała dwóch władców, jednego z Moskwie, a drugiego w Tuszynie (około 12 km od Moskwy), wpieranego przez Polaków i różnej maści najemników.
Wasyl Szujski obawiając się Polaków, dążył do zawarcia porozumienia z królem Szwecji, Karolem Sudermańskim. W zamian za pomoc, oba państwa zawarły pokój wieczysty, a car uznał szwedzkie panowanie w Inflantach. W ramach wsparcia szwedzki król wysłał do Moskwy 5000 swoich żołnierzy., którzy mieli wspierać Szujskiego. jednak krok ten zdecydował, że Zygmunt III zdecydował się na rozpoczęcie otwartej wojny z Moskwą…
Aż chciałoby się napisać więcej, ale ograbiłbym Was nie tylko z fantastycznej historii Smoleńska czy Kłuszyna, ale i świetnej zabawy z powieścią Adama Stawickiego. A tego nie mogę Was pozbawić. Myślę, że Autor aż nadto wciągnie Was w swój świat.
Podsumowanie
Książka liczy sobie 440 stron tekstu. To jedna z najciekawszych polskich powieści historycznych. Pełna pasji, wartkiej akcji, nieoczekiwanych zwrotów akcji i to wszystko osadzone w realnych wydarzeniach historycznych. Czego można chcieć więcej? Gorąco polecam. W moim odczuciu jest zdecydowanie lepsza od książek Henryka Sienkiewicza.
Wydawnictwo Astra
Ocena 6/6
Ryszard Hałas
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Astra. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.