Beksińscy. Portret podwójny | Recenzja

Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny

Tekst zamieszczony na tylnej okładce Podwójnego portretu Beksińskich mówi, że nie jest to książka ani o znanym malarzu, który tworzył mroczne obrazy, ani też o jego synu, który był tak zafascynowany śmiercią, że zdecydował się sam sobie ją zadać. I że nie jest to książka o obsesjach, fobiach, depresjach i artystycznych szałach. Że to dzieło głównie o ogromnej samotności i poszukiwaniu miłości. Mogę się z tą opinią zgodzić tylko w części. Owszem, jest to biografia ludzi, których zagmatwane losy toczyły się ścieżkami pełnymi pustki i duchowego osamotnienia. Ale jest ona też oddaniem tego wszystkiego, czego opisem – wedle słów przytoczonych na oprawie – wcale ma nie być.

Książka do nabycia w księgarni Wolum.pl – Beksińscy. Portret podwójny

Magdalena Grzebałowska, z wykształcenia historyk, zdążyła już zaistnieć w świecie literatury. W roku 2011 wydawnictwo Znak opublikowało napisaną przez nią biografię księdza Jana Twardowskiego. Wydaje mi się jednak, że ukończony trzy lata później Portret podwójny…, traktujący o Zdzisławie i Tomaszu Beksińskich, jest tym, co jak dotąd wzbudziło wokół niej największe zainteresowanie.

Kim byli opisywani ludzie? Odnoszę wrażenie, że jeżeli ktoś sięga po tę książkę – lub też zaczyna czytać jakąś jej recenzję – to jest osobą doskonale zdającą sobie sprawę, o kim rzeczona biografia opowiada. Zawsze mam poczucie, że zarówno sztuka tworzona przez Zdzisława Beksińskiego, jak i muzyka popularyzowana przez jego syna są tak charakterystyczne, iż interesować się może nimi jedynie dość wąska, odpowiednio ukierunkowana grupa. Że może nie są to dziedziny skrajnie niszowe i poza tą „ukierunkowaną grupą” owszem, ci ludzie też są znani. Jednakże na samej świadomości tego, że gdzieś w polskiej kulturze Beksińscy egzystują, ta wiedza ogółu się kończy. Być może moje odczucie jest mylne; niemniej to, że zainteresowania i losy rodziny Beksińskich mogą nie być czymś łatwo wpasowującym się w gust każdego człowieka, uznaję za bezsprzeczność.

Abstrahując od tego, co napisałem w akapicie wyżej, dla mniej zorientowanych przytoczę, kim Beksińscy tak właściwie byli, co sobą reprezentowali i dlaczego ktoś przelewa na papier wiedzę o ich losach. Tak więc proszę wyobrazić sobie rodzinę, której głową jest pochodzący z Sanoka artysta, spadkobierca splendoru szanowanego tam rodu. Został wychowany przez ojca, będącego beznamiętnym inżynierem, oraz matkę, głęboko wierzącą katoliczkę. Tworzy on mroczne obrazy, na których obsesyjnie umieszcza wizerunki krzyży, upiorów, ludzkich zwłok oraz atrybutów rozkładu i śmierci. Eksperymentuje też z filmem, rzeźbą i fotografią. Z kolei jego syn to inteligentny, utalentowany humanista, kochający ciężką muzykę, film i – niejako przy okazji – będący wykształconym tłumaczem języka angielskiego. Zaistnieje on w Programie III Polskiego Radia, gdzie – prowadząc swoje autorskie audycje – zdobywa nie mniejszą od ojca sławę i staje się idolem młodzieży zasłuchanej w mroczniejsze podgatunki rocka. Obraz rodziny dopełnia żona artysty: kobieta-cień, żyjąca jakby w tle męża i syna. Żyjąca w tle i dźwigająca ciężar jakiejś klątwy, która, zdawałoby się, zawisła nad domem.

Tomasz Beksiński, prezenter radiowej „trójki”, nadwrażliwiec zmagający się z coraz głębszą depresją i bez powodzenia usiłujący odnaleźć kobietę życia, popełni samobójstwo po którejś z kolei próbie. Stanie się to w wigilię 1999 roku. Jego matka, już wcześniej poważnie chora, umrze około roku przed tym wydarzeniem. Osamotniony ojciec-artysta zostanie zaś zamordowany pięć lat później.

Nie dziwi więc chyba nikogo, iż wokół tej rodziny z czasem narosło wiele mitów. Niejeden musiał ją postrzegać – i pewnie wielu do dziś tak ją sobie imaginuje – jako pewnego rodzaju przeniesienie na polski grunt serialowych państwa Addamsów. Posępne obrazy Zdzisława Beksińskiego i przytłaczające muzycznie audycje Tomasza, który zresztą dumnie paradował w wampirzej pelerynie, z pewnością nie nadawały tym wyobrażeniom zbyt wielu jaśniejszych kolorów. Ba, po tragicznej śmierci członków rodziny zapewne znalazły się osoby, które stwierdziły: „Beksińscy zasłużyli sobie, sami się swoim ponuractwem psychicznie zniszczyli i doprowadzili do strasznego końca”. Portret podwójny… jest tu więc ważnym dokumentem; ważnym, bo obalającym wszelkie istniejące wokół Beksińskich stereotypy i błędne skojarzenia.

W tym miejscu chcę zaznaczyć, że książka stworzona przez Magdalenę Grzebałowską jest dziełem wzorowo obiektywnym. Autorka w swoich wypowiedziach nie utożsamia się z żadnym z bohaterów. Jedynie, strona za stroną, podaje suche, ścisłe fakty. Pochodzą one z bogatego wachlarza źródeł, do którego zaliczają się liczne dokumenty, korespondencja i prywatne zapiski członków rodziny, a także informacje uzyskane w prywatnych rozmowach z przyjaciółmi i znajomymi bohaterów. Na marginesie mogę dodać, że badająca dzieje Beksińskich pisarka nie omieszkała nawet zajrzeć do zawalonej śmieciami, zapomnianej studni, która stoi na opuszczonym placu po ich dawnym, sanockim domu.

Co jednocześnie stanowi wielki plus biografii, to fakt, że – wspomniana w akapicie wyżej – pewna beznamiętność w przedstawianiu co raz to kolejnych informacji nie sprawia, iż czytelnik czuje się, jakby czytał encyklopedyczny biogram. Jest zupełnie inaczej – tekst książki wciąga w taki sposób, że odbiorca może odnieść wrażenie, iż samemu wkrada się w wir losów opisywanych ludzi. Słowa Grzebałowskiej szybko uruchamiają wyobraźnię, która zaczyna przedstawiać niemalże rodzajowe sceny z życia, prawie że – co wielu pewnie zadziwi – przeciętnej, polskiej rodziny czasów PRL-u.

Wracając do kwestii podważanych mitów i uzupełnianych niedopowiedzeń, stwierdzam, że autorka poprzez przytaczane informacje całkiem sprawnie utwierdza to, co według jej wiedzy w obiegowych opiniach dotyczących klanu Beksińskich jest prawdą, a zarazem zdecydowanie rozprawia się z dotyczącymi ich życia stereotypami. Wystarczy tu wspomnieć, że popularne twierdzenie, jakoby apokaliptyczna tematyka obrazów Zdzisława miała mieć swoje źródło w traumatycznych, wojennych przeżyciach artysty, jest w Portrecie… obalane w całej swojej bezpodstawności. Odsuwa je sam artysta w przytaczanych przez Grzebałowską wypowiedziach. Tak samo autorka przedstawia choćby odpowiedź na pytanie o to, dlaczego nastoletni Tomasz Beksiński rozwiesił w Sanoku klepsydry informujące o jego śmierci. Lub o to, czy prawdą jest, że Zdzisław – jak niektórzy dziś twierdzą – był skrajnym egoistą, który nigdy nie wykrzesał cieplejszych uczuć wobec syna. I czy jego żona była pozbawioną radości ofiarą, beznadziejnie tkwiącą w kieracie wyniszczających obowiązków.

Chyba tylko jedna rzecz podczas czytania Portretu… okazała się być dla mnie uciążliwą. Jako, że nie jestem recenzentem malarstwa ani zawodowo nie param się sztuką, to nijak nie interesowały mnie przytaczane wypowiedzi krytyków, będące przeróżnymi, fachowymi deskrypcjami dzieł Beksińskiego. Podobnie nie wciągały mnie informacje dotyczące różnych niuansów życia polskiego świata sztuki. I jednych, i drugich nie było zbyt wiele; atoli gdzieniegdzie się pojawiając, potrafiły skutecznie wybić mnie z płynnego przyswajania losów bohaterów, które karmiona tekstem wyobraźnia odtwarzała mi niczym oparty na faktach serial.

Komu mogę Portret podwójny polecić? Przede wszystkim tym, których dzieła Zdzisława – bądź muzyka popularyzowana przez jego syna – zainteresowały, zafascynowały i zainspirowały. Książka ta może stać się dla nich doskonałym tłem, na podstawie którego będą mieli możliwość szerokiego i obiektywnego analizowania pozostawionych przez obu panów pamiątek. Biografia ta jest również wskazanym tytułem dla tych, którzy lubią przedstawiać Beksińskich w sposób zanadto wyidealizowany. Mogą po nią sięgnąć także te osoby, które z opisywanymi bohaterami nie miały dotąd żadnej styczności i chcą poznać ludzi, którzy – z której by strony nie patrzeć – zostawili w polskiej kulturze widoczne piętno. Tutaj jednak powtórzę to, o czym pisałem wyżej – zarówno Zdzisław, jak i Tomasz Beksińscy byli postaciami na różne sposoby kontrowersyjnymi, a ich twórczość może nie zostać zaakceptowana przez każdy gust. Dodatkowo ich historia nie jest opowieścią zawierającą chociażby cień happy endu. Tak więc ci, którzy wcześniej charakteryzowanych postaci nie znali, sięgając po Portret podwójny… muszą wziąć na to odpowiednią poprawkę.

Na sam koniec muszę stwierdzić, że książka ta ma jeszcze jedną zaletę. Zawiera potencjał, aby skłonić czytelnika do zastanowienia się nad kruchością ludzkiego życia i istnieniem w nim jakiegoś sensu. A także do zainteresowania się niegłupią muzyką lub oryginalną sztuką. W każdym razie ja z pewnością – jak to zresztą robię od lat – za chwilę włączę radiową „trójkę”. Albo sięgnę po jedną z tych płyt, których słuchałem już niezliczone ilości razy, a które zarazem w swoich audycjach popularyzował Tomasz Beksiński. Lub może nawet zastanowię się nad kolejnym wyjazdem do Sanoka, gdzie w muzeum – obok przyprawiającej o dreszcze kolekcji ikon i dawnych zabytków z nieistniejących już cerkwi – znajduje się największa galeria obrazów Zdzisława.

Ocena recenzenta: 5/6

Krzysztof Jan Rudy

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*