John Steinbeck, Dziennik z Morza Corteza
Są takie książki, które potrafią zaciekawić czytelnika pomimo faktu, iż bardzo mocno odbiegają od jego prywatnych zainteresowań. Tego typu pozycją jest książka Johna Steinbacka pod tytułem „Dziennik z Morza Corteza”. Autor tej pozycji sprawił, że przeniosłem się do zupełnie innej rzeczywistości – świata wewnętrznych rozterek, przemyśleń, przyjaźni i powiązań między człowiekiem a Matką Naturą. Wiele z opisywanych tutaj spraw ma głębszy sens, niemalże egzystencjalny charakter i to pomimo faktu, że opisuje rzeczy – w zasadzie – przyziemne.
Metafizyczna podróż w głąb człowieczeństwa
Na samym początku muszę się przyznać, że to moje pierwsze spotkanie z tym Autorem. Nigdy wcześniej nie było okazji, a przecież o nobliście słyszałem co nieco. Dlatego sięgając po tę publikację podchodziłem do tego z pokorą, ale i nieukrywanym zaciekawieniem, cóż też ten człowiek mógł stworzyć. I wiecie co? Uszczknąłem czegoś, czego nie jestem w stanie opisać słowami. Coś, o czym można byłoby pisać niemal bez końca, a i tak nie dałoby się wyczerpać wszystkich spostrzeżeń, przemyśleń czy wniosków.
Czytając tę pozycję nie da się nie ulec specyficznemu czarowi. Nie dość, że człowiek bezpośrednio spotyka się z wielką literaturą, to jeszcze ma możliwość spojrzenia na świat przez pryzmat ludzi, którzy na jakiś czas zdołali uciec od światowego zgiełku.
Wiele przemyśleń jest bardzo głębokich, pełnych różnych znaczeń, które odczytywać można na różne sposoby. Bardzo podobało mi się to wejście czytelnika do wnętrza dwóch głównych postaci z „Dziennika” – samego Steinbecka i Eda Rickettsa. Pierwszy to znany pisarz, drugi wzięty badacz świata przyrody. Podczas tej przygody na wodach wokół Kalifornii, mieli możliwość sprawdzenia siebie nawzajem. Ich rozmowy są ożywcze, szczere do bólu, proste i czarujące.
Rozmowy, wreszcie ich relacja, to niesamowita podróż nie tylko do wnętrza człowieka, ale i przypomnienie o tym, co w życiu ważne. Bo świat zewnętrzny czasem bywa uboższy od tego, który toczy się w środku, w naszej głowie, sercu, duszy.
Ponadto mamy możliwość przypomnienia sobie o tym, że człowiek jest częścią natury. Nie jest jej panem, a jedynie jednym z elementów. Nawet jeśli czujemy się panami stworzenia, to w obliczu całej potęgi Natury jesteśmy nadzy, bezradni i ubodzy. To Natura, jeśli ją szanujemy, daje nam pełnię istnienia. Uczy nas szacunku do Stworzenia, przypomina nam o pokorze, uczy przyjaźni i zaufania, a przede wszystkim – sprawia, że lepiej możemy zrozumieć drugiego człowieka i siebie samego. A to już coś, czego nie da się przecenić.
Smaku całej lekturze dodaje fakt, iż „mieszkańcy” statku „Western Flyer” to, co robili, robili z nieukrywaną pasją. Nie było tu miejsca na udawanie, na zabawę w konwenanse. Każdy konflikt bywał ujawniany od razu. Każda radość wypływała ze środka trzewi. Każdy bunt, każda chwila była tu i teraz. Z tego też powodu cała książka jest bardzo prawdziwa, bez upiększeń, dosadna, a do tego literacko ujmująca. Nie sposób nie zachwycić się tym, co dał nam Steinbeck.
Dzika natura z bliska
Steinbeck ponadto pokazuje nam, jak proste organizmy mogą być fascynujące. Jak odkrywać to, co jest wokół nas, a czasem i w nas samych. Bohaterowie książki nie są ludźmi moralnymi, takimi, których można stawiać za wzór postepowania. Jest wręcz przeciwnie. Ale w tych swoich wadach, nieumiejętności bycia prostym, uporządkowanym, znajdziemy kwintesencję człowieczeństwa. Jeśli piją, to pija bez umiaru. Wbrew wszystkiemu, alkohol jest bramą do pełnej szczerości, przejściem do świata metafizycznych znaczeń. Czymś, co pozwala nawiązać nić porozumienia, nawet jeśli ludzie nie bardzo się lubią, a czasem gdy reprezentują sobą zupełnie inne wartości.
Fajnie czyta się również o ich naukowych perypetiach – o tym jak wyglądały ich przygotowania do wyprawy, pakowanie sprzętu, a wreszcie korzystanie z całej tej niesamowitej masy przyrządów i aparatury. W ten sposób ma się wrażenie, iż samemu bierze się udział w wyprawie odkrywczej.
To trochę tak, jakby czytało się „Dzienniki Robinsona Crusoe”, ale uwspółcześnione, bardziej ludzkie, gdzie sednem nie jest samo przetrwanie, ale przygoda z Naturą, z tym, co niezmierzone, niepoliczalne, głębokie, nieodkryte. A przez to wspaniałe, ożywcze i przejmujące. W pewnych momentach czułem, jakbym to ja sam przemierzał dziewicze tereny, szukając nie tylko własnego szczęścia, ale i tajemnic świata natury. Trochę tak, jakbym stał za plecami Davida Attenborougha. Przygoda życia!
Podsumowanie
„Dziennik z Morza Corteza” zawiera się na 440 stronach tekstu. To jedna z ciekawszych książek, jakie czytałem. Bo Autor zdołał zawrzeć tutaj nie tylko pean dla Natury, czyli czegoś o czym współcześni ludzie zdają się celowo zapominać, ale i ukazał, że ludzkie wnętrze ma większą wartość, niż zwykło się przyjmować. Nasza powierzchowność, nasze zwyczaje tracą na znaczeniu, gdy stajemy twarzą w twarz z Matką Naturą. A to, co z tego spotkania wyniknie, zawsze będzie czymś niedającym się w pełni opowiedzieć, czymś, co pozostanie poza naszą racjonalną recepcją. I z tego powodu tę książkę warto poczytać. Aby przypomnieć sobie, co w życiu ma prawdziwą wartość! Gorąco polecam.
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ryszard Hałas