Emilia Sułek, Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu
Pamięć nomadów siedzi przy jednym stole z dziedzictwem ZSRR, rodzinna czułość ociera się o przemoc, wolność pachnie buntem, a gościnność bywa podszyta zasadami, od których człowiekowi robi się naprawdę dziwnie…. Emilia Sułek napisała książkę gęstą, przyziemną i bardzo ludzką. W książce Baranie oko Interesują ją ludzie. Ich domy, język, wstyd, duma, śmiech, pamięć, zmęczenie i sposoby na przeżycie kolejnego dnia.
Czytałam „Baranie oko” z rosnącym przekonaniem, że Sułek najlepiej wypada wtedy, gdy pozwala rozmówcom mówić własnym tempem. Nie wciska ich w tezę, nie poluje na łatwy morał, nie pcha się z komentarzem tam, gdzie wystarczy jedno zdanie. A takich zdań jest wiele. Są krótkie, zwyczajne, rzucone mimochodem. Jakby ktoś tylko poprawiał obrus, a przy okazji odsłaniał cały system społecznych zależności.
Nie napiszę z pewnością nic lepszego niż sama Autorka, więc:
Każdą książkę da się czytać na wielu poziomach. Ta jest nie tylko o Kirgistanie. Jest o sprawczości i demokracji, ale też o kryzysie, traumie i wychodzeniu z niej. To książka o ludziach, którym komunizm, a potem jego upadek zmieniły bieg życia, i o tym, jak wychodzą na prostą. Dlaczego jednym się udaje, a innym nie? To pytania uniwersalne, ważne nie tylko w kontekście Kirgistanu. Ja w swoich bohaterach odnajduję jakąś część siebie.
To książka o ludziach innych, a zarazem takich jak my. Patrzymy na nich w tym reportażu, ale i oni patrzą na nas. Na Polskę, na Europę albo ten uogólniony „Zachód”. Moje bohaterki i bohaterowie ustawiają przed nami zwierciadło – można w nie spojrzeć i sprawdzić, czy podoba nam się nasze odbicie.
Wreszcie, ta książka powstawała w czasie trwania wielkiej wojny w Ukrainie. Nie dało się od tego uciec. W jakimś sensie ten reportaż jest świadkiem tej wojny.
Emilia Sułek i jej książka o Kirgistanie
Oj, Sułek nie jedzie przez Kirgistan jedną, prostą drogą. Droga jest kręta i wyboista. Zaczyna od ała kaczuu, czyli porwań kobiet do małżeństwa, a później prowadzi czytelnika przez politykę, postsowieckie wsie, sport, jezioro Issyk-kul, górnicze Sülüktü, uzbeckie mahalle, Naryn i Majłuusuu.
W posłowiu autorka jasno ustawia własną metodę. Pisze, że książka wyrosła z empirii: ze słuchania, godzin rozmów i przypadkowych spotkań na weselach, lotniskach, plażach, w marszrutkach, a nawet w toalecie. Oddaje głos mieszkankom i mieszkańcom Kirgistanu. Nie podpiera się zachodnimi ekspertami, którzy przychodzą z gotową mapą pojęć i mówią miejscowym, co mają o sobie myśleć.
Sułek opisuje ała kaczuu przez rozmowy na Bazarze Oszyńskim, głosy taksówkarzy, historie kobiet, rodzinę Bakyta, aktywistki oraz sprawę Burułaj Turdalijewej, zamordowanej po porwaniu w 2018 roku. Uderza tu zwyczajność języka, którym ludzie próbują oswoić przemoc. Ktoś mówi: tradycja. Ktoś mówi: ekonomia. Ktoś mówi: rodzina naciskała. Ktoś inny wzrusza ramionami, bo przecież jakoś trzeba żyć.
Przerażające, jak przemoc w „Baranim oku” jest naturalna, taka „zwyczajna”. Siedzi cicho w rodzinnej logice, w oczekiwaniu wobec dziewczyny, w lęku przed hańbą, w przekonaniu, że kobieta „da radę”. Historia Eliny, porwanej z ulicy i zmuszonej do życia w rodzinie porywacza, należy do najbardziej przejmujących dla mnie fragmentów książki. Ale równie mocno pracują rozmowy u Bakyta, gdzie rodzinne doświadczenia porwań mieszają się z przekonaniem, że kobieca siła polega na znoszeniu. Na utrzymaniu domu. Na wytrzymaniu męża. Na połknięciu własnego cierpienia razem z herbatą. No ja p#!****.
Sułek świetnie pokazuje, jak niebezpieczne bywa słowo „silna”, kiedy wspólnota używa go wobec kobiet. Brzmi jak komplement, a często oznacza społeczne przyzwolenie na to, żeby kobieta dźwigała za wszystkich. Mężczyzna może być słaby, zagubiony, pijący, niezaradny, pod presją rodziny. Kobieta ma ogarnąć dom, dzieci, pieniądze, wstyd i konsekwencje cudzych decyzji. Medal za odporność, rachunek za życie.
Od porwań kobiet do polityki, fasoli i lodowiska na kartoflisku
Ale temat ała kaczuu to oczywiście nie wszystko, to tylko jeden element książki. Pojawia się także Kirgistan polityczny: kraj rewolucji, protestów, zmienianych przywódców i napięcia między obywatelskim temperamentem a coraz mocniejszą władzą prezydencką. Wolność w tej książce nie brzmi jak hasło z akademii. Ma kurz na butach, nerwy na ulicy i pamięć ludzi, którzy widzieli, że władza może runąć, a potem wrócić pod inną twarzą.
Jest też oczywiście świat po rozpadzie ZSRR: dawny sowchoz, puste miejsca po instytucjach, niedziałająca infrastruktura, lokalne sposoby przetrwania. W Bakajacie, dawnym Leninpolu, fasola wyrasta na coś większego niż uprawa. Daje pracę, pieniądze, rytm i poczucie, że wieś może trzymać się na własnych zasadach po zawaleniu dawnego porządku.
Sułek ma dobre oko do takich tematów. Siada w sklepie, w drodze, w gospodarstwie, w starym budynku, w pamięci po radzieckim świecie. Dzięki temu transformacja nie brzmi jak rozdział z podręcznika. Ma smak fasoli, zapach kurzu i ciężar codziennego liczenia pieniędzy.
Mamy też sport. Dziewczyny grające w hokeja w Kirgistanie brzmią jak gotowy symbol zmiany, prawda? Nic bardziej mylnego. Pokazuje sport, ambicję, rodzinne ograniczenia i lokalny entuzjazm. Nie robi z bohaterek wojowniczek nowoczesności. Mają ruch, drużynę, upór i zwyczajną radość z tego, że można wyjść na lód i zawalczyć o swoje miejsce.
Kolejne rozdziały przenoszą książkę w miejsca naznaczone krajobrazem, surowcami i pamięcią. Issyk-kul ma u Sułek urodę i zmęczenie: jezioro, plaże, turystów, lokalne biznesy, marzenia i ślady eksploatacji. Sülüktü prowadzi w stronę górnictwa, pracy, granic i życia na peryferiach. Te rozdziały rozbijają łatwy obraz Kirgistanu jako krainy gór, koni i jurt. Pojawia się kraj kopalń, pyłu, przemysłu, odległości i ludzi, którzy żyją daleko od centrum zainteresowania.
Wraca także opowieść o pamięci, przywództwie i figurach, które organizują zbiorową wyobraźnię. Kurmandżan Datka, „królowa gór”, pojawia się jako ważna postać historii i symbolicznego myślenia o kobiecej sile. Sułek zestawia ten porządek z codziennym doświadczeniem kobiet z innych rozdziałów. I dobrze, bo w takim zestawieniu widać pęknięcie. Pięknie brzmią opowieści o potężnych kobietach. Znacznie ciężej wygląda życie kobiet przy kuchennym stole, w domu teściów albo… po porwaniu.
Dalej autorka wprowadza wieloetniczny Kirgistan. Wchodzi w uzbeckie mahalle, opisuje domy, podwórka, relacje, codzienność i pamięć. Kirgistan nie mówi tu jednym głosem. Całe szczęście, bo jeden głos zwykle robi krzywdę krajom tak złożonym. W tej książce brzmi wiele języków doświadczenia: kirgiskie, uzbeckie, postsowieckie, rodzinne, kobiece, lokalne, polityczne…
Baranie oko, czyli bliskość… ale bez egzotyki
Tytułowe „Baranie oko” łatwo byłoby poprowadzić pod tanią egzotykę. Sułek tego nie robi. Scena z okiem podanym przez Bakyta zostaje wpisana w relację, rodzinę i gest przyjęcia. Bakyt mówi: „No to cyk, siostro”, a zjedzenie oka staje się zobowiązaniem i wejściem w krąg bliskości.
–Oko jadłaś?
Wydłubał z czerepu oko, kozikiem wyciął tęczówkę. Jest gorzka, wyjaśnił i wyrzucił do śmieci. Gałkę oczną przekroił i wręczył mi jak połówkę wielkanocnego jajka. Popatrzyliśmy sobie w oczy.
– No to cyk, siostro – powiedział. – Teraz będziemy baczyć na siebie. – Zjedzenie oka jest zobowiązaniem. Zbyt serio brać tego nie należy. Fakt jednak, że tego dnia przyjęta zostałam na łono rodziny jako piąta siostra Bakyta.
Zwyczaj kulinarny staje się bramą do relacji. Relacja otwiera opowieść o rodzinie, regionie i granicach obcości. Sułek nie stoi z boku z notesem i miną kolekcjonera dziwactw. Wchodzi w sytuację, przyjmuje jej reguły, a potem sprawdza, co z tego wynika dla opowieści.
I stała się jasność
Ostatni rozdział domyka książkę mocnym, chłodnym akcentem. Majłuusuu wprowadza temat radioaktywnej pamięci, przemysłu, skażenia, zaniedbań i życia w miejscu, gdzie polityka oraz technika zostawiły bardzo konkretne ryzyko. Po rozmowach o wolności, rodzinie, nomadach, fasoli, hokeju, turystyce i wieloetniczności przychodzi temat, który przypomina, że państwo zostawia ślady także w ziemi, wodzie i ciele.
Sułek przechodzi od porwania kobiety do rozmowy o transformacji, od fasoli do radzieckiej infrastruktury, od hokeja do dziewczyńskich ambicji, od baraniego oka do rodzinnej bliskości, od jeziora do ekologicznego niepokoju, od uzbeckiego podwórka do pytania o wieloetniczne państwo. Każdy rozdział pracuje osobno, ale razem układają portret kraju widzianego z wielu miejsc naraz.
„Baranie oko” pokazuje Kirgistan przez ludzi, którzy noszą w sobie pamięć nomadów, doświadczenie ZSRR, rodzinne zobowiązania, polityczny niepokój i zwykłą potrzebę spokojnego życia. Emilia Sułek pisze reportaż gęsty od rozmów, zapachów, sporów i milczenia. Z tej gęstości powstaje obraz kraju żywego, niewygodnego i bardzo ludzkiego.
Zdecydowanie warto. Ała kaczuu otwiera książkę, ale jej prawdziwy ciężar pojawia się w drodze przez kolejne rozdziały: wolność i politykę, postsowieckie wsie, fasolę, hokej, Issyk-kul, Sülüktü, uzbeckie mahalle, Naryn, rodzinne rytuały i Majłuusuu.
Sułek napisała reportaż wymagający uważności, ale odpłacający konkretem. Po lekturze zostają twarze, miejsca, zdania i poczucie, że Kirgistan można opowiadać bez skracania go do turystycznego zachwytu albo jednej politycznej tezy.
Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 5,5/6
Agnieszka Cybulska
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.