Futbol bez paszportu

Nastroje przed rewanżowym meczem z Czechosłowacją nie były najgorsze. Mimo minimalnej porażki w pierwszym spotkaniu, styl gry zaprezentowany przez polską drużynę pozwalał wierzyć, że w Pradze co najmniej nie dojdzie do kompromitacji. A kto wie, może przy odrobinie szczęścia uda się zdobyć przepustkę na mundial we Włoszech?

Nie taki diabeł straszny?

Debiutująca w zmaganiach o Złotą Nike reprezentacja Polski nie miała zbyt dużego szczęścia w losowaniu. Pech chciał bowiem, że jej rywalem w zmaganiach o awans do drugiej edycji mistrzostw świata, które miały odbyć się latem 1934 roku we Włoszech, została drużyna czechosłowacka. Nasi południowi sąsiedzi wprawdzie również nie uczestniczyli w mundialu w Urugwaju, jednak – w odróżnieniu od Polaków – stanowili w Europie uznaną markę, mając w swoim składzie takich zawodników jak napastnik Antonín Puč czy słynny bramkarz František Plánička. Nic dziwnego, że opinia publiczna, raczej krytycznie oceniająca poziom polskiego piłkarstwa, liczyła się z porażką w wysokich rozmiarach. Również kapitan związkowy PZPN (we współczesnej nomenklaturze: selekcjoner), legenda Cracovii – Józef Kałuża, w wywiadzie udzielonym w przededniu pierwszego meczu „Przeglądowi Sportowemu”, przyznawał otwarcie, iż Czesi piłkarsko górują nad jego podopiecznymi: Czesi są lepsi od nas, to nie ulega wątpliwości.

Reprezentacja Polski przed pierwszym meczem eliminacyjnym z Czechosłowacją. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Futbol rządzi się jednak swoimi prawami. Gdy 15 października 1933 roku o godzinie 12.30 arbiter Denis Xifando z Rumunii zagwizdał po raz pierwszy w obecności mniej więcej 15 tysięcy widzów zgromadzonych na warszawskim Stadionie Wojska Polskiego, wszelkie przedmeczowe dywagacje przestały się liczyć. Teraz o wszystkim miało zadecydować boisko. Pierwsza połowa była niezwykle wyrównana. Polacy grali z zębem, ambicją i fizycznością, niwelując techniczną przewagę reprezentantów Czechosłowacji. Mimo to, goście – konkretnie Josef Silný – dwanaście minut przed przerwą zdołali w końcu trafić do bramki bronionej przez Spirydona Albańskiego. Stracony gol nie ostudził jednak zapału Polaków. Wręcz przeciwnie. Po zmianie stron biało-czerwoni z werwą rzucili się do ataku, ale piłka nie mogła znaleźć drogi do siatki rywali. Tymczasem gracze z Czechosłowacji stopniowo zaczęli odzyskiwać kontrolę nad meczem. Gdy wydawało się, że całkowicie opanowali sytuację, arbiter podyktował dla Polski jedenastkę, którą na bramkę w 52. minucie zamienił przysadzisty obrońca stołecznej Legii – Henryk Martyna. Na reprezentantów Czechosłowacji wyrównanie podziałało niezwykle pobudzająco. Bardzo szybko zepchnęli Polaków do defensywy, przy czym nie potrafili udokumentować swojej przewagi golem. Być może biało-czerwonym udałoby się dowieźć cenny remis do końcowego gwizdka, gdyby nie, nieco przypadkowa, bramka Jaroslava Pelcnera zdobyta w 77. minucie. Po stracie bramki Polacy próbowali jeszcze przenieść ciężar gry na połowę przeciwnika, jednak gola zdobyć nie zdołali…

Z nadziejami

Pomeczowe opinie stanowiły swoiste połączenie zaskoczenia, euforii i autorefleksji. Niedzielny mecz z Czechosłowacją był niewątpliwie najpiękniejszym akcentem w naszym tegorocznym sezonie międzynarodowym. – pisano w jednym z tekstów „Przeglądu Sportowego”, by w innym dodać: Klęska w walce z najlepszą reprezentacją Czechosłowacji w tej formie daleka była od blamażu, to też piłkarze mieliby dzisiaj prawo przystąpić do nas, swych surowych, wiecznie niezadowolonych krytyków z uzasadnionym pytaniem: „I co panowie na to?”. Co ciekawe, również czeska prasa doceniała wynik uzyskany przez Polskę. Dla przykładu, w „Národní listy” można było przeczytać, iż wynik był sukcesem Polaków i to najlepszym, jaki przy dzisiejszym stanie ich techniki futbolowej mogli osiągnąć. Ale – chociaż brzmi to paradoksalnie – niedzielny mecz przy większej dozie szczęścia u Polaków i przy drobnym pechu u Czechów, mógł się skończyć odwrotnie.

Martyna wyrównuje z karnego! Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Im bliżej było rewanżu zaplanowanego na 15 kwietnia 1934 roku, tym szanse Polaków zdawały się rosnąć. W grudniu 1933 roku biało-czerwoni pechowo przegrali w rozegranym w Berlinie meczu z silną reprezentacją Niemiec. (…) dwa te mecze zrobiły Polsce duży rozgłos w świecie zagranicznym – pisał z pewną przesadą „Kurier Warszawski” pod koniec 1933 roku – gdyż piłkarze nasi zademonstrowali w nich umiejętności techniczne i taktyczne najwyższej marki, uzupełniając je wytrzymałością fizyczną i ambicją, tak rzadką u zawodowców. Tuż przed meczem dobre nastroje popsuły nieco wieści o kontuzjach Józefa Nawrota i Michała Matyasa oraz chorobie Karola Pazurka. Cała trójka stanowiła trzon polskiego napadu, a Matyas był wręcz jej opoką i liderem (co pokazał zresztą w pierwszym meczu eliminacyjnym). Kałuża nie tracił jednak głowy. W miejsce nieobecnych planował wstawić Artura Woźniaka, Teodora Peterka oraz Ernesta Wilimowskiego. Duże nadzieje można było wiązać zwłaszcza z zawodnikami Ruchu Hajduki Wielkie (protoplasty Ruchu Chorzów) – Peterkiem i niespełna 18-letnim „Ezim” Wilimowskim, którzy w barwach aktualnego mistrza Polski bardzo dobrze zaprezentowali się podczas rozegranego w Czechosłowacji turnieju wielkanocnego. Biorąc pod uwagę, że mecze z Czechosłowacją i Niemcami oprócz wielu pozytywów pokazały również spore problemy Polaków z wykończeniem, wymuszone zmiany mogły okazać się podczas spotkania w Pradze asem w rękawie. Czy wpłynęłoby to na końcowy wynik rywalizacji z Czechosłowacją? Tego, niestety, nigdy nie będzie nam dane sprawdzić…

Do własnej bramki

Na cztery dni przed rewanżem, wieczorem 11 kwietnia 1934 roku, okazało się bowiem, że kadra meczu z Czechosłowacją nie rozegra, ponieważ polskie MSZ postanowiło cofnąć swoją zgodę na wyjazd piłkarzy do Pragi i nie wydać im paszportów (jeśli wierzyć „Przeglądowi Sportowemu” paszporty zostały wydane, ale reprezentantom zabroniono z nich korzystać). Skąd taka decyzja? Nie ulega wątpliwości, że cieniem na stosunkach polsko-czechosłowackich w dwudziestoleciu międzywojennym kładła się sprawa Śląska Cieszyńskiego. Teren ów był przedmiotem polsko-czeskich utarczek jeszcze w trakcie Wielkiej Wojny, ale na dobre konflikt o region wokół Cieszyna rozgorzał dopiero po jej zakończeniu, kiedy to proces ustalania granic w Europie Środkowo-Wschodniej wszedł w kluczową fazę. Polska skupiała wówczas swoją uwagę przede wszystkim na wschodniej granicy, co w styczniu 1919 roku skrzętnie wykorzystały władze Czechosłowacji, zajmując sporny obszar, a następnie – w lipcu 1920 roku (a więc tuż przed bitwą warszawską) – zapewniając sobie jego korzystny podział przez Radę Ambasadorów. W kolejnych latach kwestia zajętego przez Czechosłowację Zaolzia w zasadzie uniemożliwiała porozumienie obu krajów. W 1934 roku i tak nie najlepsze stosunki uległy dalszemu pogorszeniu, czego powodem była przede wszystkim styczniowa polsko-niemiecka deklaracja o nieagresji, na którą Czechosłowacja patrzyła nieprzychylnym okiem. I właśnie z owym wzrostem napięcia w relacjach Polski i Czechosłowacji (oraz stanowiącym jego konsekwencję zaostrzeniem przez Warszawę kursu względem Pragi) zbiegł się w czasie rewanżowy mecz w eliminacjach do mundialu. Doprowadzając do jego odwołania, polskie MSZ chciało zapewne zwrócić uwagę opinii publicznej na problem Zaolzia, licząc, że tak radykalna decyzja odbije się szerokim echem nie tylko w świecie futbolu. Z tego właśnie powodu w „Przeglądzie Sportowym” można było przeczytać patetyczne słowa o tym, jakoby piłkarstwo polskie stało się potężnym rzecznikiem propagandy, a w „Raz, Dwa, Trzy” zapoznać się z opinią, iż sportowców powinno to nawet cieszyć, że właśnie w sporcie znalazł nasz rząd możliwość do wzbudzenia rozgłosu światowego. Swoistym „prezentem” dla polskiej ofensywy propagandowej był pożar, który w międzyczasie wybuchł na stadionie praskiej Sparty, gdzie miał odbyć się odwołany mecz. W kołach dziennikarzy zagranicznych panuje przekonanie, że pożar ten jest dziełem szowinistów czeskich, którzy w ten sposób chcieli uniemożliwić występ drużyny polskiej na terenie Pragi – donosił, stosując dość pokrętną logikę, „Ilustrowany Kurier Codzienny”.

Cenę za wątpliwe zyski natury politycznej zapłacił rodzimy futbol. Oprócz przyznania Czechosłowacji walkowera, na PZPN nałożono obowiązek zapłaty odszkodowania w kwocie 10 tysięcy złotych, a polscy piłkarze zamiast grać o wyjazd na mistrzostwa świata, 15 kwietnia 1934 roku zmierzyli się z… reprezentacją Warszawy. Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego musiało tak się stać. Oczywiście, Zaolzie było zamieszkane w przeważającej mierze przez Polaków, a Czesi w 1919 roku postąpili haniebnie. Nie sposób jednak uznać, że akurat odwołanie meczu piłkarskiego w tym konkretnym momencie mogło w jakikolwiek sposób przysłużyć się polskim racjom. Z pewnością zaś nie przysłużyło się polskiej piłce, która przez polityczny kaprys straciła szansę na swój pierwszy mundial i, być może, historyczny sukces. Nie da się przecież ze stuprocentową pewnością wykluczyć, że, gdyby nie samobójcza bramka polskiego MSZ, biało-czerwoni najpierw odprawiliby reprezentację Czechosłowacji z kwitkiem, a potem 10 czerwca 1934 roku wybiegli zamiast niej na murawę Stadio Nazionale del PNF w Rzymie, aby stoczyć z Włochami bój o złoty medal mistrzostw świata…

Patryk Halczak

Bibliografia:

Gawron K., Stosunki polsko-czechosłowackie w latach 1918-1939 jako przyczynek do badań nad konfederacją polsko-czechosłowacką 1939-1943 [w:] Historia i Polityka, 22 października 2015, nr 1

Gowarzewski A., 100 meczów na 100 lecie reprezentacji, Katowice 2021

Gowarzewski A., Biało-Czerwoni. Dzieje piłkarskiej reprezentacji Polski 1921-2018, Katowice 2018

„Kurier Warszawski”, nr 355/1933

„Kurier Warszawski”, nr 329/1934

„Przegląd Sportowy”,nr 80/1933

„Przegląd Sportowy”,nr 28/1934

„Przegląd Sportowy”,nr 30/1934

„Wieczór Warszawski”, nr 100/1934

Żemantowski J., Calcio lepsze od futbolu [w:] Dramaty mistrzostw świata, Warszawa 1978

2 komentarze

  1. „wprawdzie również nie uczestniczyli w mundialu w Urugwaju” – to nie ma znaczenia, bo w Urugwaju grali ci co chcieli. Nie było żadnych eliminacji

    • Tak, to prawda, chodziło mi o sam fakt ich braku na tej imprezie. Ale przyznaję, że tekst mógłby być w tym miejscu bardziej precyzyjny.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*