Sikorski wśród mudżahedinów

Wojna w górach. Radosław Sikorski wśród mudżahedinów i sowieckich min

Kurz, pot, napięcie i huk moździerzy – tak wyglądała codzienność ludzi, z którymi spotkał się Sikorski wśród mudżahedinów. Zamiast teoretyzować o wojnie, wszedł w nią po kolana, obserwując walkę z radziecką machiną z bliska. Widział strach i rutynę, ale też chłodną skuteczność partyzantów, którzy bez sprzętu i strategii potrafili zmusić imperium do cofnięcia się o krok.

Afganistan, kraj surowych gór i krwawych granic, stał się w latach 80. miejscem, gdzie Związek Radziecki utknął w wojnie, której nie potrafił ani wygrać, ani zakończyć. Wtedy na te tereny dotarł młody reporter, Radosław Sikorski, gotów zobaczyć konflikt z bliska, bez pośredników i oficjalnych wersji.

Wszedł w świat mudżahedinów – ludzi, którzy z wiarą, determinacją i karabinem w ręku stawiali czoło sowieckiej potędze. W książce Z okopu do Europy opisuje, jak wyglądała codzienność tego oporu: ataki w górach, modlitwy przed bitwą, śmierć z powodu min, ale też zwykła ludzka radość z przetrwania kolejnego dnia. To zapis nie tyle wojny, co surowej lekcji o odwadze, granicach idei i o tym, jak wygląda świat widziany z dna okopu.

Pod ostrzałem. Triumfujący Afgańczycy uderzają na Rosjan

Under fire, as jubilant Afghans hit Russians,
„The Sunday Telegraph”, 21 września 1986 roku

Było południe i trzydziestu żołnierzy już się zgromadziło. Faruk, dowódca bazy organizacji Dżamaat-e-Islami dał sygnał do rozpoczęcia duchowego przygotowania się do ataku.

Książka, której fragment czytasz, czeka na Ciebie tutaj:

Sikorski z okopu do Europy

Wraz ze swoim zastępcą zwinęli kopię Koranu w patu – lekki kocyk, któ ry afgański partyzant zawsze ma przy sobie. Trzymali patu wysoko i każdy żołnierz przechodził pod spodem, przez materiał przykładał księgę do czoła i całował ją z szacunkiem.

Ja również wziąłem udział w rytuale, co wyraźnie ucieszyło moich towarzyszy. „Jesteś teraz z Bogiem”, powiedział mi jeden z nich, a mnie po plecach przeszły ciarki.

Zanim opuściłem Oksford, aby udać się w tę podróż (studia ukończyłem zeszłego lata), kapelan w koledżu Christ Church poprosił, abym zostawił mu numery moich ulubionych psalmów. „Jeżeli będziemy organizowali nabożeństwo żałobne, zaśpiewamy je dla ciebie”, zapewnił mnie życzliwie. Notki z psalmami nie zostawiłem i teraz, z każdym krokiem będąc bliżej pozycji radzieckich, coraz bardziej tego żałowałem. Zacząłem nienawidzić każdego kamienia, na którym musiałem stanąć. Wiedziałem, że Sowieci porządnie zaminowali całe doliny, a szczególnie podejścia do swoich obozów.

Z prawie miliona min, które rozprowadzili po całym kraju, większość jest, niezgodnie z konwencją genewską, plastikowa i w związku z tym niewykrywalna, z usuniętymi systemami autodestrukcji. Będą zabijać i okaleczać mieszkańców przez wiele kolejnych dekad.

Mieliśmy zaatakować sowiecki posterunek chroniący drogę Kabul–Dżalalabad w miejscu, gdzie rzeka Jegdalek spotyka się z rzeką Kabul, na dnie wielkie go kanionu. Po szybkim marszu zajęliśmy nasze pozycje o piętnastej trzydzieści. Mieliśmy uderzyć z trzech kierunków i ostrzelać posterunek oraz pojazdy na drodze z ciężkiego działa bezodrzutowego, granatników i karabinów maszynowych. Przydzielono mnie do stanowiska na wysokiej półce skalnej, gdzie miałem idealny widok na całą operację.

Mieliśmy zaatakować o siedemnastej, godzinę przed zmierzchem, aby dać Rosjanom jak najmniej czasu na sprowadzenie jeszcze za dnia swoich morderczych śmigłowców bojowych Mi-24. Maszyny te przenoszą sto dwadzieścia rakiet i mogą zasypać ziemię pociskami ze swojego działka typu Gatling. Mudżahedini czują wobec nich wielki respekt.

Przez mniej więcej godzinę spoglądałem w dół na posterunek przez lornetkę i obiektywy mojego aparatu, przekonany, że nie zostaliśmy zauważeni. Nagle zamarliśmy. Było ich pięć, grzmiały i zbliżały się wzdłuż drogi, tnąc po wietrze 500 metrów nad ziemią – te przerażające śmigłowce.

Zmierzch miał zapaść dopiero za godzinę, a od dróg ucieczki oddzielało nas kilka nagich wzgórz, które nie dawały żadnej osłony. Gdybyśmy pozostali na pozycjach, zostalibyśmy uderzeni z dwóch stron – z powietrza i z poste runku, którego moździerz śmigłowce mogły skutecznie nakierować. Ponownie pożałowałem zaniedbania sprawy psalmów, jednak na szczęście helikoptery przeleciały nad nami i pomknęły dalej. Pewnie był to tylko rutynowy patrol.

Z jakiegoś powodu – nie wiem, czy z polecenia Faruka, przez przypadek, a może z braku dyscypliny – uderzyliśmy dziesięć minut po zniknięciu helikopterów, piętnaście minut przed czasem. Przekonany, że nadal mam czas, robiłem zdjęcia z grzbietu wzgórza. Spoglądając w dół wielkiej przepaści, widziałem lekkie czołgi i ciężarówki przejeżdżające przez przesmyk naprzeciw ko mnie wąską drogą biegnącą równolegle do rzeki. Mijały znajdujący się nad nimi obwarowany posterunek i znikały, jadąc na Dżalalabad.

Nagle eksplozja niemal rozsadziła mi uszy i przykryła pyłem. Po paru sekundach szoku rozejrzałem się w poszukiwaniu śladów zniszczenia. Jednak ku mojemu zaskoczeniu, zobaczyłem jedynie dwóch mudżahedinów, którzy patrzyli na posterunek, klepali się po kolanach i śmiali jak nastolatki z dobrego żartu. To był wystrzał naszego działa bezodrzutowego, a oni zaliczyli właśnie swój pierwszy celny strzał. Od tego momentu zrobiło się bardzo głośno.

Posterunek odpowiedział niemal natychmiast. Prawdopodobnie dlatego, że nasze działo było najcięższą bronią, jaka w nich uderzyła, najbardziej morderczy ostrzał skierowali w naszym kierunku. Posterunek musiał być już kiedyś zaatakowany z tego miejsca, bo pociski moździerzy wybuchały wokół nas tak, jakby artylerzyści wiedzieli, gdzie jesteśmy. Niektóre uderzyły poniżej półki w skale, robiąc wyrwę, a inne wybuchły za nami, rozrzucając szrapnele i ostre kamienie na kilkadziesiąt metrów wokół.

Szybko zauważyłem, że paradoksalnie najbezpieczniej jest na samym końcu półki skalnej. Teren za mną opadał, a odłamki pocisków moździerzowych, które uderzają poziomo, są nieszkodliwe dla celów znajdujących się wyżej. Jeden z pocisków spadł ledwie 6 metrów za mną, ale mnie nie zranił.

Bitwa

Po dwudziestu minutach skończyła nam się amunicja. Widziałem, jak kilkukrotnie uderzyliśmy w posterunek – teraz spowity dymem. Kiedy przestaliśmy strzelać, uwaga załogi moździerza skoncentrowała się na stanowisku Faruka, który skutecznie dawał się im we znaki, atakując z niewielkiej odległości granatami i z kałasznikowów. Przyglądałem się temu zza niewielkiego krzaka, kurczowo trzymając się skały.

Niektórzy mudżahedini strzelali także w kierunku drogi. Zobaczyłem dwie ciężarówki jadące wolno przez przesmyk – ich załogi mimo hałasu najwyraźniej nie były świadome toczącej się bitwy. Przywitały je serie wystrzałów z karabinów maszynowych. Z jakiegoś powodu, czy to po to, by sprawdzić uszkodzenie ciężarówki, czy po to, by odpowiedzieć ogniem, z jednej z nich wyskoczyło dwóch mężczyzn, którzy od razu zostali powaleni naszymi kulami. Jakimś cudem ciężarówki jechały dalej i udało im się uciec w bezpieczne miejsce w dalszej części kanionu.

Mogłem na własne oczy zobaczyć, jak wielki kłopot mają Rosjanie z pod biciem tego górzystego kraju. Na drodze znajdowały się dwa lekkie czołgi, bardzo zwrotne i dobrze chronione, jakby stworzone do rozbijania barykad we wschodnio-europejskich miastach. Tu jednak były bezużyteczne i zostały unieruchomione w pierwszych minutach ataku. Ich lufy po prostu nie unosiły się dość wysoko, aby wycelować w nasze pozycje na wzniesieniach, a wobec tego czołgi stały się bezbronnymi puszkami – łatwą zdobyczą dla załogi dobrze wy celowanego granatnika.

Radosław Sikorski w Afganistanie w Tora Bora
Radosław Sikorski w Afganistanie w Tora Bora, bazie oddziału partyzanckiego Hadżiego Kadira, późniejszej kryjówce Osamy bin Ladena, 1986. Źródło: Archiwum prywatne R. Sikorskiego

Atak trwał już niemal godzinę, nadal było jasno, ale helikoptery nie wróciły. Możliwe, że uszkodziliśmy nadajnik posterunku lub że Rosjanom – tak jak mudżahedinom – czasami brakowało koordynacji.

Wycofaliśmy się i spotkaliśmy z innymi w miejscu oddalonym o godzinę piechotą od posterunku. Wyjąłem swój zestaw chirurgiczny, gotowy do pomocy rannym. W poprzednim ataku jednemu z mudżahedinów mina przeciwpiechotna oderwała stopę. Można go było uratować, bo wszystko wskazywało na to, że żadna z głównych tętnic nie została uszkodzona. Jednak mudżahedini nie mieli najmniejszego pojęcia nawet o podstawach pierwszej pomocy, więc człowiek umarł osiem godzin później z powodu powolnej utraty krwi.

Na szczęście moja pomoc była zbędna. Mudżahedini byli w radosnym na stroju. Nikt nie został nawet draśnięty, a żeby uświetnić celebrację, jeden z partyzantów zastrzelił w drodze powrotnej młodą kozicę górską. Tej nocy po raz pierwszy zjedliśmy mięso.

Z wojskowego punktu widzenia nie było to żadne wielkie zwycięstwo. Nie jestem pewien, czy szkody, jakie wyrządziliśmy, i strach, jakiego napędziliśmy, były warte niemałej ilości wystrzelanej amunicji, którą mudżahedini muszą taszczyć przez góry z Pakistanu. Ale atak pokazał mi, że siedem lat po rozpoczęciu wojny są w stanie swobodnie przemieszczać się po terenach wiejskich w regionie oddalonym od stolicy o mniej niż 40 kilometrów.

Pokazał mi także, że profesjonalnie posługują się dostępną im bronią. Muszą jednak popracować nad taktyką i planowaniem. Z bronią i ludźmi, ja kich mieliśmy do dyspozycji, moglibyśmy spokojnie zdobyć posterunek, gdy by tylko wcześniej znaleziono drogę przez pole minowe.

Podobne operacje przeprowadzane są w innych prowincjach. W drodze powrotnej do Peszawaru w Pakistanie dowiedziałem się, że partyzantka właśnie zajęła afgański garnizon w Ferkhar, zabijając ponad stu żołnierzy, biorąc dwustu zakładników i zdobywając tony broni i amunicji.

Dzień po ataku Rosjanie wysłali w odwecie samoloty bombowe w kierunku doliny, w której mieliśmy bazę. Cztery maszyny SU-24 pojawiły się o po ranku i zrzuciły swój ładunek pośrodku doliny.

Byłem już wtedy tak przyzwyczajony do rosyjskich odrzutowców, że nawet się nie ukryłem w naszym niezawodnym schronie wewnątrz góry, a zamiast tego zrobiłem im zdjęcia. Po dziesięciu minutach piloci musieli dojść do wniosku, że swoją dniówkę wyrobili, i odlecieli, zostawiając za sobą kilka pokiereszowanych drzew brzoskwiniowych. Niewykluczone, że wielu pilotów to Afgańczycy, którzy nie palą się do zabijania rodaków.

Rosjanie mają nadzieję, że depopulacja prowincji oraz utrzymywanie kontroli nad najważniejszymi miastami i drogami wystarczy do wygrania wojny. Może ich własna propaganda przekonała ich, że mudżahedini to tylko elementy reakcyjne, które znikną, gdy tylko wyeliminuje się ich bazę wsparcia na terenach wiejskich.

Rosjan czeka niemałe zaskoczenie. Mudżahedini, których spotkałem, po chodzili ze wszystkich warstw afgańskiego społeczeństwa: poza prostymi chłopakami ze wsi byli tam nauczyciel literatury ze szkoły w Kabulu, mistrz zapasów oraz wielu studentów. Widziałem czternastoletnich chłopców idących na zasadzkę jak harcerze starający się o kolejną odznakę.

Wszystkich tych ludzi łączyło jedno: nienawiść do Szurawich (jak nazywali Rosjan) oraz chęć walki aż do ich ostatecznego wypędzenia. Po prawie siedmiu latach Rosjanie nie są nawet krok bliżej pokonania tych twardych ludzi.

Amerykańskie pociski sensacją wśród afgańskich partyzantów

US missiles a big hit with Afghan rebels,
„The Sunday Telegraph”, 2 listopada 1986 roku

Pierwsza dostawa amerykańskich pocisków przeciwlotniczych typu Stinger dotarła do mudżahedińskich bojowników w Afganistanie i może zmienić przebieg wojny partyzanckiej przeciwko radzieckim siłom okupacyjnym. Partyzanci są szkoleni do ich obsługi przez amerykańskich ekspertów w tajnym obozie niedaleko Islamabadu.

Widziałem pociski w rękach członków organizacji Hezb-e Eslami-je w obozie mudżahedinów w prowincji Nangarhar, 80 kilometrów na zachód od Przełęczy Chajberskiej. Przynajmniej pięć pocisków zostało już z powodzeniem wykorzystanych. Pomiędzy 6 a 8 października, w okolicach dystryktów Kama i Bisut, zestrzelono trzy radzieckie śmigłowce i jeden odrzutowiec, a wszystkie operacje z lotniska Dżalalabad musiały zostać zawieszone.

Dziewięć pocisków zostało przewiezionych z Pakistanu na mułach do obozu, w którym stacjonowałem na południe od Dżalalabadu. Dwa z nich były przygotowane do wystrzału, jednak odrzutowce nie wróciły.

Stinger to ręcznie odpalany pocisk przeciwlotniczy, którego zaawansowany system naprowadzający może się przebić przez flary wypuszczane przez odrzutowiec wroga, zapewniając nawet stuprocentową skuteczność.

Aby zachęcać do efektywnego wykorzystania nowej broni, kolejne dostawy są uzależnione od osiąganych wyników. Amerykanie dostarczyli początkowo dwieście rakiet, ale będą wysyłać dwie kolejne za każdą zestrzeloną maszynę wroga. Strzelcy, którzy nie trafią do celu, muszą wrócić do ośrodka szkoleniowego na przesłuchanie i dalsze ćwiczenia.

Dotychczasowe rezultaty są jednak niebywałe. Nawet jeżeli utrzymany zostanie dotychczasowy odsetek udanych ataków, wynoszący jedynie 80 procent, wszystkie radzieckie odrzutowce i helikoptery znajdujące się w zasięgu pocisku – wynoszącego podobno 6,5 kilometra – będą w niebezpieczeństwie. Jeżeli Rosjanie spróbują utrzymać swoją dominację w przestrzeni powietrznej, ryzy kują straty setek maszyn w ciągu następnych kilku miesięcy.

Jak kręgi ognia zastosowane przeciwko słoniom Hannibala lub konie i muszkiety przeciwko Aztekom, tak stingery mają szansę przejść do historii jako to rozwiązanie technologiczne, które zmieniło przebieg wojny.

Radzieckie zdolności bojowe mogą teraz zostać drastycznie ograniczone. Jak dotąd odrzutowce były wykorzystywane do atakowania mudżahedińskich konwojów i baz zlokalizowanych w górach. Helikoptery były z kolei nieocenione przy dostarczaniu zaopatrzenia do odległych garnizonów i posterunków, ewakuacji rannych, szybkim transporcie dodatkowych sił i tajnych lądowaniach jednostek specjalnych przygotowujących zasadzki.

Te atuty zostaną obecnie podważone. Być może wiele posterunków w całym kraju trzeba będzie ewakuować i przeznaczyć wielkie zasoby na zabezpieczenie baz lotniczych tak, aby mudżahedini nie byli w stanie zbliżyć się na odległość wystrzału. A maszyny trzeba będzie w końcu wyposażyć w wymierzone przeciwko stingerom kosztowne urządzenia antyrakietowe, których jesz cze nie wynaleziono i nie wyprodukowano.

Jednak najważniejsze skutki z pewnością będą miały charakter psychologiczny i polityczny. Dotychczas niekwestionowana przewaga technologiczna Rosjan sprawiała, że wielu afgańskich przywódców politycznych opowiadało się po ich stronie lub zachowywało neutralność, ponieważ wydawało się, że ruch oporu ma niewielkie szanse na wyrządzenie Rosjanom dostatecznych szkód, aby zmusić ich do odwrotu.

Wielu przywódców plemiennych, którzy zgodzili się służyć jako gwardia walcząca z mudżahedinami w zamian za zapłatę i broń, przemyśli swoje decyzje. Pozbawieni wsparcia z powietrza i wyposażeni jedynie w przestarzałą broń otrzymaną od Rosjan – na przykład pepesze z roku 1944 wykorzystywane w trakcie bit wy o Berlin (sam widziałem, jak z ich pomocą zdobywano tereny) – mogą uznać, że dla obrony swoich wiosek i utrzymania swojej władzy lepiej zmienić front.

Rosjanie planowali wygrać tę wojnę przez wyczerpanie przeciwnika. Bombardowanie wiosek miało doprowadzić do wyludnienia terenów wiejskich, tym samym zostawiając pod kontrolą reżimu lepiej wykształconych mieszkańców miast, którzy byli też bardziej podatni na komunistyczną indoktrynację.

Jednak jeśli mudżahedini będą w stanie ochronić swoje tereny przed bombardowaniami, część z czterech milionów uchodźców przebywających w Iranie i Pakistanie może zdecydować się na powrót do swoich wiosek, tym samym dostarczając silnego wsparcia siłom islamistycznym.

Niedługo mudżahedini mogą się poczuć na tyle mocni, że wydzielą strefę wyzwoloną, chociaż – ze względu na podziały wewnętrzne – jest mało prawdo podobne, aby utworzyli tymczasowy rząd. Prowincja Nangarhar byłaby do tego idealna, a to dlatego, że jeśli mudżahedini są w stanie zabezpieczyć się przed nalotami, to wówczas do odcięcia radzieckiego garnizonu w Samar Chel wy starczy im zamknięcie jednej wąskiej drogi do Kabulu.

Jeśli ten garnizon zostałby oblężony i zniszczony, wówczas posterunki afgańskiego wojska i gwardii szybko się poddadzą, a to będzie oznaczać koniec wojskowej obecności komunistów w całej prowincji. Bez ochrony z powietrza Rosjanie musieliby zaangażować wiele tysięcy żołnierzy w celu odzyskania kontroli.

Rosjanie staną niedługo przed piekielnie trudnym wyborem: albo zwiększyć swoją obecność militarną po to, by zniwelować skutki działania nowej broni, albo negocjować pozwalający zachować twarz odwrót na warunkach bardziej akceptowalnych dla Afgańczyków.

Jeżeli dotychczasowe skutki polityki zagranicznej Gorbaczowa oraz jego priorytety w polityce wewnętrznej mogą nam posłużyć za wskazówkę, to wy pełnienie przez prezydenta Reagana jego obietnicy daje Afgańczykom realną szansę na wyzwolenie swojego kraju.

Tłum. Łukasz Pawłowski


Tekst jest fragmentem książki Radosława Sikorskiego Z okopu do Europy, s. 145-152, i powstał we współpracy reklamowej z Wydawnictwem Znak Horyzont.

Comments are closed.