Gabriele Finaldi, National Gallery w Londynie. Najpiękniejsze obrazy
Łatwo sprzedać album muzealny samym prestiżem: Londyn, National Gallery, Van Eyck, Caravaggio, Matisse, Picasso. National Gallery w Londynie. Najpiękniejsze obrazy ma jednak przewagę nad prostym zachwytem nazwiskami: porządkuje patrzenie. Duży format, chronologiczny układ i oszczędny komentarz prowadzą przez kolekcję jak przez dobrze przygotowaną trasę, gdzie reprodukcja dostaje czas, miejsce i sens.
Przy albumach o sztuce mam prosty test: czy po kilku minutach naprawdę oglądam obrazy, czy tylko potwierdzam, że wydanie wygląda elegancko. W przypadku publikacji Arkad oglądanie wygrywa. Książka ma muzealny spokój, ale nie muzealną sztywność. Działa wtedy, gdy czytelnik zwalnia: otwiera rozkładówkę, zatrzymuje wzrok na obrazie, sprawdza podpis, wraca do detalu. Papier, format i układ strony nie są tu dodatkiem do treści, a pracują razem z obrazem.
Kto układa tę trasę po National Gallery?
Autorem albumu jest Sir Gabriele Finaldi, dyrektor londyńskiej National Gallery od 2015 roku. Wcześniej pracował jako Deputy Director for Collections and Research w Museo Nacional del Prado w Madrycie, a przedtem był kuratorem w National Gallery, gdzie odpowiadał m.in. za późne malarstwo włoskie i kolekcję hiszpańską.
Polskie wydanie ukazało się nakładem Wydawnictwa Arkady w przekładzie Anny Cichowicz. Album liczy 392 strony, ma twardą oprawę z obwolutą i prezentuje blisko 300 obrazów z kolekcji National Gallery.
Ważne, że za książką stoi człowiek instytucji, a nie autor próbujący dopisać do malarstwa efektowną publicystyczną opowieść. Finaldi prowadzi czytelnika spokojnie. Widać przywiązanie do katalogowego porządku: artysta, tytuł, czas powstania, technika, wymiary, krótki komentarz. Taki model może wydawać się zachowawczy, ale przy albumie opartym na zbiorach National Gallery broni się bardzo dobrze.
Zaczyna się od muzeum, a dopiero potem od obrazów
Wstęp poświęcony National Gallery ustawia książkę w historii konkretnej instytucji. Galeria powstała w 1824 roku, a pierwsze 38 obrazów pochodziło z prywatnej kolekcji bankiera Johna Juliusa Angersteina. Dziś mówimy o ponad 2300 pracach obejmujących główne tradycje malarstwa zachodnioeuropejskiego.
Czytelnik nie dostaje „całej historii malarstwa europejskiego”, choć zakres jest szeroki. Dostaje wybór z jednej kolekcji, ukształtowanej przez zakupy, dary, decyzje kuratorów, historię gustu i publiczną misję muzeum. Album pokazuje malarstwo przez pryzmat londyńskiej instytucji.
Wstęp nie jest ozdobnym dodatkiem przed właściwą częścią książki. Pokazuje początki galerii, rolę kolekcjonerów, publiczny charakter zbiorów i rozwój instytucji. Dzięki temu reprodukcje później nie wiszą w próżni, a mają dokładny adres: Trafalgar Square, historię powstania kolekcji i konkretną logikę muzealnego wyboru.
Chronologia, która naprawdę pomaga
Po wstępie pojawiają się części: 1250–1500, 1500–1600, 1600–1700, 1700–1850, Po 1850 oraz lista dzieł. Chronologia działa jak dobra mapa; pozwala zobaczyć, jak zmienia się obraz: od religijnego porządku średniowiecza, przez renesansowe zainteresowanie ciałem i przestrzenią, barokowy dramat, portret, pejzaż, impresjonistyczne światło, aż po nowoczesne rozbijanie formy.
Pojawiają się m.in. Jan van Eyck, Caravaggio, Henri Rousseau, Ferdinand Hodler, Henri Matisse, Pablo Picasso, Max Pechstein i Bridget Riley. Już sam ten zestaw pokazuje rozpiętość albumu. Mamy przejście przez epoki, techniki, tematy i sposoby patrzenia.
Chronologia ma jeszcze jedną zaletę: pomaga czytelnikowi, który nie zajmuje się historią sztuki zawodowo. Nie wymaga znajomości szkół, kierunków, terminologii ani sporów interpretacyjnych. Patrzysz, gdzie jesteś w czasie, widzisz, co dzieje się z obrazem, porównujesz z tym, co było wcześniej. Dobra popularyzacja często polega właśnie na takim porządku, nie na upraszczaniu treści do poziomu podpisu na pocztówce, lecz na stworzeniu ramy, w której odbiorca potrafi się odnaleźć.
Reprodukcje
Duży format w tym wypadku jest konieczny. Przy albumie o malarstwie nie ma sensu udawać, że rozmiar jest sprawą drugorzędną. Daje reprodukcjom przestrzeń, a odbiorcy pozwala oglądać kompozycję, twarze, gesty, układ światła, relacje między postaciami, plamę barwną i szczegół. Jasne, reprodukcja nie zastępuje kontaktu z oryginałem. Ale dobra reprodukcja potrafi przygotować oko. Potrafi też przywrócić obrazowi uwagę, którą ekran zwykle rozprasza.
Skład jest bardzo przemyślany. Strony nie są przeładowane, reprodukcje mają marginesy, podpisy są czytelne, komentarz trzyma proporcje. Album nie próbuje mówić za obraz, daje mu miejsce. Przy malarstwie dawnym pozwala skupić się na detalu i precyzji. Przy Caravaggiu dobrze działa duża ciemna płaszczyzna i dramat światła. Przy obrazach nowoczesnych ważna staje się relacja koloru, formy i pustej przestrzeni wokół reprodukcji.
Szczególnie dobrze wypadają rozkładówki, na których obraz zajmuje dominującą część strony. Takie decyzje edytorskie budują rytm oglądania. Czytelnik nie wpada w monotonię katalogu. Raz dostaje tekstowy oddech, raz pełniejszy kontakt z dziełem. Przy niemal czterystu stronach ma to znaczenie. Album oglądany długo musi mieć tempo, inaczej zamienia się w piękny, kosztowny blok papieru.
Krótkie noty, czyli rozsądny kompromis
Komentarze przy dziełach są zwięzłe. Podają podstawowe informacje i dopowiadają kontekst potrzebny do oglądania. Nie są wykładem akademickim, nie rozkładają obrazu na wszystkie możliwe tropy ikonograficzne. Przy blisko 300 obrazach taki wybór wydaje się uczciwy. Gdyby każde dzieło dostało rozbudowany esej, książka straciłaby rytm i przestałaby być albumem do realnego używania.
Oczywiście przy kilku nazwiskach chciałoby się więcej. Van Eyck, Caravaggio, Matisse, Picasso czy Turner otwierają tematy, które można prowadzić długo: technika, recepcja, zamówienie, kolekcjonerstwo, religia, rynek, przełomy formalne. Finaldi wybiera skrót. Czasem aż za spokojny, ale zrozumiały. Książka ma być przeglądem kolekcji, a nie zbiorem monografii.
Ten kompromis dobrze widać w odbiorze całości. Album nie daje czytelnikowi kompletnego aparatu interpretacyjnego, daje mu orientację. Pozwala rozpoznać dzieło, umieścić je w czasie, złapać podstawowy kontekst i wrócić do reprodukcji. Przy popularyzatorskim albumie muzealnym to jest sensowna proporcja. Tekst pomaga, obraz zostaje głównym powodem otwarcia książki.
Malarstwo jako doświadczenie wolnego oglądania
Najciekawsze w tej publikacji nie jest samo zestawienie nazwisk. Takie zestawienia są dostępne wszędzie: w katalogach online, sklepach muzealnych, albumach prezentowych, wyszukiwarkach grafiki. Wartość książki bierze się z tempa. Album wymusza inne patrzenie niż ekran. Nie scrollujesz Caravaggia między reklamą a powiadomieniem. Nie przeskakujesz od Picassa do kota w trzy sekundy. Otwierasz dużą stronę i zostajesz z obrazem trochę dłużej.
W tym sensie publikacja ma też wymiar edukacyjny. Nie przez szkolne tłumaczenie, czym jest renesans albo impresjonizm, lecz przez spokojne zestawianie przykładów. Czytelnik widzi, jak zmieniają się tematy, gesty, kompozycja, światło, sposób przedstawiania ciała, rola pejzażu, stosunek do rzeczywistości i sama funkcja obrazu. Przy dobrej reprodukcji można zacząć zauważać sprawy, które w podręcznikowym streszczeniu giną.
Album sprawdzi się szczególnie u osób, które lubią muzea, ale nie chcą tonu przewodnika mówiącego do nich jak do grupy wycieczkowej o 9:15 rano. Nie ma tu poganiania, jest spokojne prowadzenie przez dzieła. I bardzo dobrze, malarstwo naprawdę nie potrzebuje ciągłego okrzyku zachwytu przy każdym nazwisku.
Dla kogo będzie trafionym wyborem?
Publikacja świetnie sprawdzi się dla czytelników, którzy chcą uporządkować wiedzę o malarstwie europejskim przez konkretną kolekcję. Sprawdzi się u osób zaczynających przygodę z historią sztuki, u nauczycieli, studentów kierunków humanistycznych, miłośników muzeów, osób planujących wizytę w Londynie i tych, którzy lubią wracać do obrazów poza ekranem.
Może być też dobrym prezentem, ale raczej dla kogoś, kto faktycznie lubi sztukę. Wymaga stołu, światła i spokojnego czasu.
Niedosyt pojawia się tam, gdzie czytelnik oczekuje ostrzejszej refleksji o samym muzeum. Album mówi o historii kolekcji, ale nie wchodzi głęboko w pytania o politykę gromadzenia zbiorów, przemiany kanonu, rynek sztuki, wybory kuratorskie czy dzisiejsze spory wokół muzeów. Takie tematy są obecne raczej w tle. Finaldi wybiera ton instytucjonalny, spokojny, uporządkowany.
Przy części obrazów chciałoby się dostać więcej: historię zakupu, mocniejsze osadzenie w epoce, krótką informację o recepcji albo o miejscu dzieła w dorobku artysty. Album pozostaje jednak przy formule przeglądu. Dla początkującego odbiorcy będzie to zaleta Nie traktowałabym tego jako wadę dyskwalifikującą. Raczej jako jasne rozpoznanie funkcji książki. Publikacja Arkad nie jest narzędziem do głębokich badań nad pojedynczym malarzem. Jest albumem muzealnym, który ma dać szeroki wybór, dobry druk, podstawowy komentarz i ochotę na dalsze sprawdzanie. W tej roli wypada bardzo dobrze.
Czy warto?
National Gallery w Londynie. Najpiękniejsze obrazy jest albumem solidnym, dobrze zaprojektowanym i sensownie prowadzonym. Siła książki leży w spokojnym układzie, dużych reprodukcjach i chronologicznym porządku, który pozwala czytelnikowi zobaczyć kolekcję jako opowieść o zmianie malarstwa, a nie jako zestaw słynnych nazwisk.
Największą zaletą publikacji jest zaufanie do obrazu. Finaldi i Arkady nie zagadują reprodukcji, komentarz zostaje na miejscu pomocnika, a nie konferansjera. Dzięki temu album naprawdę nadaje się do oglądania, wracania i powolnego porządkowania własnej mapy sztuki europejskiej.
Nie będzie książką dla osób szukających ostrej, krytycznej analizy muzeum jako instytucji. Nie zastąpi monografii Van Eycka, Caravaggia, Matisse’a czy Picassa. Ale jako polskie, eleganckie i przystępne wejście do kolekcji National Gallery ma wyraźną wartość. Dobry album muzealny powinien zostawić czytelnika z chęcią patrzenia dłużej. Ta książka dokładnie w tym miejscu spełnia swoje zadanie.
Album Gabriele Finaldiego pokazuje kolekcję National Gallery w rytmie spokojnego oglądania. Duży format, przejrzysty układ i oszczędny komentarz sprawiają, że czytelnik nie tylko rozpoznaje wielkie nazwiska, ale zaczyna naprawdę patrzeć na obrazy.
Wydawnictwo Arkady
Agnieszka Cybulska