Korespondencja Witolda Gombrowicza i Jerzego Giedroycia to z pewnością jeden z najciekawszych zbiorów epistolarnych wydanych przez Czytelnika w serii »Archiwum „Kultury”«. Listy dwóch wielkich postaci stanowią pole ścierania się odmiennych osobowości, temperamentów, wrażliwości. Niemal dwadzieścia lat układają się w nich na kształt sinusoidy wzajemne zbliżenia i oddalenia, momenty otwartości i ciepła, ale także oficjalny dystans i chłód. Z perspektywy dziejów kultury polskiej charakter i temperatura relacji Gombrowicza i Giedroycia schodzą jednak na dalszy plan, kluczowe są bowiem jej efekty – istnienie Dziennika czy obecność autora Ferdydurke w gronie najwybitniejszych pisarzy XX wieku.
Tym, co fascynuje najbardziej, jest kwestia obecności Gombrowicza, „rewolucjonisty estetycznego”, w politycznych bądź co bądź rachubach polityka Giedroycia. Ciekawa jest niewątpliwie relacja listy – Dziennik: wiemy, że korespondenci z rzadka poruszali kwestie światopoglądowe i historyczne, filozoficzne i polityczne, jednak należy odnotować, że treści przekazywane przed Redaktora były czasem inspiracją, czasem pretekstem dla notatek dziennikowych. Interesująco prezentuje się wreszcie zagadnienie relacji osobistych obu postaci, owa wspomniana sinusoida, znajomość, której punktem kulminacyjnym stało się spotkanie Gombrowicza i Giedroycia w Maisons-Laffitte w roku 1963. Wokół powyższych zagadnień chciałbym się poruszać w niniejszym artykule.
O względy Landbergowej

Zdj. Wikimedia Commons
Korespondencję w 1950 r. zaczyna Gombrowicz. Pisarz, głośne niegdyś nazwisko wśród międzywojennych elit, w końcu lat czterdziestych rozpaczliwie poszukujący wydawcy, publiczności, poklasku, zwraca się o pomoc do redaktora „Kultury”. Już w pierwszym liście dają się zauważyć pewne charakterystyczne, „gombrowiczowskie” posunięcia piórem: „[Gombrowicz] występuje z ofertą, ale pisze tak, jakby to on odpowiadał na list Giedroycia. Zaraz potem następuje entuzjastyczna autoprezentacja – rejestr planów, nazwisk, superlatywów”. Pisarzowi świadomemu rangi własnych utworów niezręcznie zwracać się o pomoc, i to z pozycji opuszczonego, ubogiego wygnańca. Listy autora Ferdydurke łączą w sobie elementy nierzadko nieopanowanej autoafirmacji i wynikającej z niej wyższości z tonami pokory, gdy pisarz wyraża swoją wdzięczność bezinteresownemu Redaktorowi. Oto przykład pierwszej ze wspomnianych konwencji: „Zauważ, że nie jest wcale powiedziane, obiektywnie biorąc (ja w tych rzeczach jestem b. ostrożny), czy nie jestem dzisiaj nie NAJWIĘKSZYM PISARZEM POLSKIM, a ŚWIATOWYM. […] Otóż gdybyś mając na stajni NAJWIĘKSZEGO W ŚWIECIE tej gratki należycie nie wykorzystał, to sam powiedz, co z Ciebie byłby za redaktor?”. Egotyczne tyrady są asekurowane pozorem autoironii, jednak można tu dostrzec także terapeutyczną rolę pisania do Giedroycia. Autor potrzebując uznania i pragnąc uwielbienia szuka u Redaktora wsparcia, prowokuje go. Drugą, bardziej uładzoną tonację egzemplifikuje następujący cytat: „Muszę przyznać, że pilotuje Pan mój Trans-Atlantyk z genialnym i głębokim znawstwem tych zmurszałych wód. Wiem, co Panu zawdzięczam, i delektuję się w pełni wzbierającą dookoła mnie sławą, ale błagam, niech Admirał nie porzuca mego statku, zanim nie dopłynie on do jakiegoś francuskiego albo angielskiego portu”. Listy Gombrowicza posiadają częstokroć znamiona literackości, w mniejszym bądź większym wymiarze zawierają „gry i zabawy”, z których ulubioną, jak wskazuje Andrzej Kowalczyk, jest konwencja literata – grafomana.
Stefan Kisielewski w swym Abecadle Kisiela pisał, że Gombrowicz to człowiek, który całe życie myślał głównie o swojej karierze. Opinia taka znajduje potwierdzenie w listach – bardzo wiele miejsca poświęca autor Kosmosu snuciu planów rozwoju własnej kariery, zapytaniom o możliwości i wpływy Giedroycia na europejskim rynku wydawniczym, w końcu na prośby o pieniądze (sic!): „Drogi Jerzy, w zasadzie zgadzam się na Twoje warunki […], ale chciałbym zapytać, czy nie mógłbyś podwyższyć mi honorarium do 75 000 franków”. Pragnienie sławy i powodzenia u czytelników stanowi bardzo silny bodziec dla Gombrowicza, bodziec, który owocuje czasem osobliwie: „Czy Landbergowa z Rio de Janeiro […] jest prenumeratorką »Kultury«? Jeżeli nie, to proponowałbym, co następuje: aby Redaktor wysłał jej wszystkie numery z moimi publikacjami, począwszy od Trans-Atlantyku, z listem, iż ja o to prosiłem. Gratis. Okazuje się, iż ta sama osoba zainteresowała się moją twórczością, a jako semitka, może być dość wrażliwa na pewne aspekty moich rewolucyjnych poczynań. Ona sama z siebie jest zamożna, ale, co ważniejsze, ma bliskie kontakty z rozmaitymi polsko-żydowskimi bogaczami z Rio i wyczuwam, że może to być żyzny teren dla naszych zamysłów. Kotkowski mi pisał, że kiedy objawił, iż jest moim kuzynem, był przez nich entuzjastycznie podejmowany i pławił się w bogactwach. Ale naprzód musiałbym jeszcze napisać do Kotkowskiego o adres, gdyż zdaje się, oni ostatnio zmienili miejsce zamieszkania”. Miłośniczka talentu pisarza okazuje się wielbicielką potencjalną, jej adres korespondencyjny jest nieustalony, wszystko zyskuje stopniowo aurę absurdu i ku absurdowi zmierza.