Górnicy. Opowieści spod ziemi

Górnicy. Opowieści spod ziemi |Recenzja

Tadeusz Biedzki, Górnicy. Opowieści spod ziemi

Nie wszystko, co znika pod ziemią, traci znaczenie — są miejsca, gdzie każdy oddech jest walką o życie, a codzienność ma smak pyłu i strachu. Właśnie tam prowadzi książka Górnicy. Opowieści spod ziemi, przypominając o świecie, który odchodzi w ciszy, bez transparentów i fleszy. Tadeusz Biedzki zagląda w miejsca, gdzie heroizm nie potrzebuje wielkich słów, a strata ma ludzką twarz.

Górnicy i kopalnie to od kilkunastu lat temat rozpalający opinię publiczną w dwóch aspektach: pieniędzy (zarobków i kosztów wydobycia) oraz narzuconej nam polityki klimatycznej zakładającej odejście od węgla. Rzadziej poza Śląskiem mówi się o okrutnej śmierci czy okaleczeniach, które dotykają górników. Widzi się tylko transparenty, manifestacje, palone opony i megafony. A z pozytywów zostaje tylko selfie przed familokiem na Nikiszu czy w chodniku kopalni Guido albo rolka z górniczej pobudki 6 grudnia.

Tadeusz Biedzki, znany z poruszania tematów daleki i egzotycznych, postanowił w Górnikach. Opowieściach spod ziemi opowiedzieć o egzotyce bliskiej, a niezrozumiałej jak papuaski rytuał. I tak samo zagrożonej zniknięciem z powierzchni ziemi.

Gdy wydobycie było bogiem

Biedzki nie wymyśla prochu na nowo, nie sili się na głęboką analizę obecnego górnictwa. Sięgając do własnych, starych tekstów z okresu, gdy wysoki poziom wydobycia urastał do rangi zagadnienia międzynarodowego, a do tabeli wzrostu wręcz się modlono, pokazuje zupełnie zapomniany świat. Zapomniany także na Śląsku. Dzisiaj nikt nie przyjeżdża tutaj szukając Eldorado, nikt nie mieszka w „wulcu” i nikt nie jest izolowany z powodu tego, że nie przesiąkł pyłem węglowym i strachem od pokoleń.

Autor opisuje twarde i wydawałoby się nieskomplikowane życie: szychta, dom, rodzina. W przypadku tych, którzy przyjechali tutaj za pieniądze z Polesia czy Kielecczyzny to również tęsknota za domem i „lotanie po kibel sztromu” (chyba najpopularniejszy dowcip robiony przez Ślązaków przyjezdnym pracownikom). Jednak za tym wszystkim stoją również niezwykle barwne życiorysy, które warto ocalić od zapomnienia.

Nawet Skarbnik nie pomoże

Recenzowana pozycja skupia się na najbardziej przerażającym aspekcie pracy na kopalni: wypadkach. A na kopalni można umrzeć od razu albo na raty. Możesz do końca komunikować się z tymi, którzy po ciebie idą, rozmawiać z nimi i umrzeć, gdy jesteś już właściwie uratowany. I to właśnie bardzo często definiuje górnika, który decyduje się zostać ratownikiem.

Stają się sługami swoich braci pracujących na ścianach czy w dozorze. Idą po nich bez oglądania się na swoje bezpieczeństwo, przeciskając się przez jeszcze często jęczący górotwór. Jest to poziom humanizmu i miłości bliźniego większy niż we wszystkich świątyniach świata razem wziętych.

Katastrofa na KWK „Dymitrow” w 1982 r. jest tą, która pochłonęła najwięcej ofiar ze strony ratowników. 18 niosących życie już nigdy więcej nie wyjechało na powierzchnię, w tym pierwszy w historii lekarz, który na równi z górnikami brał udział w akcjach na dole: Jerzy Stanik. To właśnie jego nazywano Judymem od Skarbnika.

Górnicy. Opowieści spod ziemi – czy warto?

Tadeusz Biedzki na pierwszy rzut oka nie zrobił nic wielkiego. Złośliwie można by było powiedzieć, że odgrzał stare kotlety. Jednak właśnie dzięki starym tekstom, osadzony w zupełnie innych realiach górniczych niż mamy teraz, można rozpocząć własną próbę zrozumienia tego, co dzieje się ze Śląskiem teraz. Osobiście nie wyobrażam sobie żeby dyskutując o transformacji regionu nie mieć w pamięci tego, co wcześniejsze decyzje z nim zrobiły.


Wydawnictwo Bernardinum
Ocena recenzenta: 6/6
Daria Czarnecka


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Bernardinum. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.