Historyczna dysleksja

Historia w pojęciu ogólnym to przede wszystkim nauka. Niestety nie jest to dziedzina, w której szacowne grono wyższych sfer intelektualnych może podyktować, w jaki sposób każdy człowiek ma interpretować wydarzenia historyczne. Niestety, historia nie jest przedmiotem ścisłym i nijak nie idzie ustalić uniwersalnych reguł co do rozumienia i nauki historii. Największą rolę w interpretacji historii zajmuje punkt „siedzenia” czyli po prostu przynależność do jakiegoś narodu, państwa czy nawet konkretnego środowiska. Ministerstwo edukacji tworząc w siatce programowej przedmiot o nazwie historia nie za bardzo przykłada się do utworzenia jakiegoś systemu nauki historii, który w dość przystępny sposób przedłoży uczniom cele i zadania przedmiotu jakim jest historia.

W zasadzie analiza nauki historii w szkołach to temat rzeka. Nie jest moim celem tworzenie jakiś schematów czy propozycji jak to powinno wyglądać. Chciałbym zwrócić jedynie uwagę na fakt, że dzisiejszy przedmiot, jakim jest historia, to w sumie średnio przeanalizowany ciąg tekstu, który w żaden sposób nie zachęca do lektury historii ani w żaden sposób nie wyrabia u uczniów jakiegoś wstępnego światopoglądu. I moje słowa potwierdzi każdy uczeń, który ma okazję wziąć udział w lekcji historii. Dla uczniów szkół od podstawówki do liceum historia nie mówi dosłownie nic. Pytanie jest zatem następujące: co powoduje taki stan rzeczy? Zadając to pytanie nauczycielom najczęściej można usłyszeć krótszą lub dłuższą definicję czy regułkę na temat celów i zadań przedmiotu takiego jak historia. A co na to pytanie odpowiedzą uczniowie? Ci bardziej rozgarnięci trafnie określą ten przedmiot szkolny jako coś co każdy powinien w jakimś stopniu znać czy też w minimalnym stopniu wiedzieć co nas dotyczy i dotyczyło w historii naszego państwa tudzież narodu. Taka wersja odpowiedzi lub o podobnym sensie jest niestety dosyć rzadka (oczywiście dodam, że z moich obserwacji wynika tendencja wzrostowa co do tak zwanej świadomości historycznej), częściej niestety usłyszymy porównania przedmiotu historia do: w najłagodniejszy sposób mówiąc – nic ciekawego. Co powoduje taki stan rzeczy? Odpowiedzi jak i znowu kolejnych pytań można znaleźć wiele. Drugie pytanie to co zrobić aby ten stan rzeczy poprawić? Czy winny jest system edukacji? Szereg trudnych pytań z niejednoznacznymi odpowiedziami każdy może usłyszeć a to w telewizji, a to czytając różne gazety.

W tym momencie można skorzystać z historii naszego narodu, czyli źródła jak najbardziej na miejscu. Czasy zaborów obfitują w szereg pomysłów i rozwiązań na powyższe pytania. Zaczynając od góry, tzn. od Ministerstwa Edukacji czy też innych organów powołanych do opieki nad systemem szkolnictwa można zaobserwować proste porównanie: nie da się w szkołach wprowadzić takiego systemu nauczania historii,aby przewyższył on potencjał wiedzy czy też samego zapału wynoszonego z rodzinnego domu czy choćby środowiska, w którym uczeń funkcjonuje. Moim zdaniem ta teza nie podlega dyskusji. Ma to zarówno dobre jak i złe strony, ponieważ za czasów zaborów nauka historii w szkołach (w czasie germanizacji i rusyfikacji) spływała po większości uczniów jak woda po kaczkach. Kto mógł, ten korzystał z rodzinnych tradycji i poznawał historię i literaturę swojego narodu we własnym domu. A potem idąc na zajęcia do szkolnej placówki wiedział co się tam robi z młodymi niepokornymi umysłami. Złe strony tego samego medalu to szeroki wachlarz postaw i poglądów, jakie rodzice mogą wszczepić swojemu dziecku. W tych poglądach prawda nie zawsze niestety odgrywa kluczową rolę.

2 komentarze

  1. mdebicky

    Rozpocznę więc polemikę:

    Autor zadaje pytanie, co sprawia, że historia to 'nic ciekawego'. Ja zaś zapytam – dlaczego wielu uczniów nudzi chemia, fizyka czy biologia?

    Tak jak te przedmioty nie są nauczane stricte użytkowo, i stanowią raczej wstęp dla tych uczniów, którzy pragną pójść dalej i uczyć się danego przedmiotu na rozszerzeniu, tak i historia jest raczej wstępem do szerszego nauczania historycznego. Dlatego też dla większości, może się wydać nudna. Co zrobić, żeby taki stan rzeczy poprawić? Nic. Bo historia nie ma być ciekawa, tylko ucząca, chyba, że jest się fascynatem.

    Oczywiście, można teraz powiedzieć, że są liczne źródła dostarczające ciekawie wiedzę historyczną – tak, ale:

    1. Albo nie spełniają merytorycznych założeń historii naukowej – a takiej uczy się w szkołach.

    2. Na ogół o tym, że jakiś portal ciekawie edukuje z historii, mówią ci, co się nią interesują, co w żaden sposób nie daje odpowiedzi na pytanie, dlaczego wśród uczniów jest niskie zainteresowanie.

    Analogicznie można zapytać, czemu chemia jest dla wielu nudna, skoro w Internecie możemy zobaczyć np. filmiki przedstawiające efektowne wybuchy czy inne działania różnych substancji? No właśnie, chemia nie uczy „efektownej” chemii tylko ma za zadanie dać podstawy do chemii naukowej, rozwijanej dalej na wyższych uczelniach.

    Dlatego też ta wykładana w szkołach raczej większego zainteresowania nigdy nie wzbudzi, bo większość to, delikatnie mówiąc, szara masa.

    Dalej:

    W pierwszym akapicie drugiej strony autor pisze o poprawności politycznej i o PRL-owskim przykładzie historycznym – chciałbym zauważyć, że PRL się skończył 26 lat temu.

    Nie wiem, gdzie nazywają wkroczenie armii czerwonej we wrześniu inaczej niż jako atak – i to atak o wiele bardziej bulwersujący niż nazistów, bo fakt faktem, że pakt o nieagresji z Niemcami wygasł i nie został przedłużony, a pakt z ZSRR dalej trwał.

    A o żołnierzach niezłomnych/wyklętych/whatever nie za wiele się mówi, bo w szerszej historii za wielkiego znaczenia w gruncie rzeczy nie mieli, więc albo poprzestaje się na tym, że „tacy byli”, albo są w formie jakiejś notki-ciekawostki. Ewentualnie jest nadzieja, że nauczyciel dopowie.

    W drugim akapicie autor dziwi się polityce Komorowskiego, bo przecież „Ukraińcy sławią Banderę, a UPA zabijało Polaków na Wołyniu” – przykro mi, w wielkiej polityce stosy trupów z zamierzchłej historii nie mają większego znaczenia. Można dyskutować, czy czyjaś polityka jest skuteczna czy nieskuteczna, ale takie – niestety, ale drobiazgi – nie grają większej roli. Skoro Komorowski popiera Ukrainę, to najwidoczniej wg niego więcej korzyści przyniesie popieranie jej aniżeli niepopieranie. I to korzyści dla państwa powinny grać tu pierwszą rolę w rozważaniach.

    Jeśli jakieś działanie jest dla państwa polskiego korzystne (przyniesie prestiż, nabytki terytorialne, wzmocni gospodarczo itp), nie zostanie zrealizowane, bo oznaczałoby to współdziałanie z państwem, z którym mamy czarne karty historia, to oznacza, że polityk jest marny.

    Oczywiście, nie popieram toru polityki Komorowskiego w ostatnich latach, niemniej fakt współpracowania z tymi, którzy de facto nie widzą nic złego w ogromnej zbrodni sprzed lat, jest tutaj moją najmniejszą pretensją.

    Choć i chciałbym zauważyć, że zachodni Ukraińcy to nie tylko miłośnicy banderowców.

    Co do trzeciego akapitu:

    Na temat tej „historycznej dysleksji” się wypowiedziałem wyżej, i mam nadzieję, że żaden polityk nie weźmie sobie do serca tego, co zostało napisane w tym artykule, bo kierowanie się historycznymi sentymentami to słaba polityka.

    Odniosę się do tego:

    „Jeśli ludzie nie interesują się własną historią może dało by się jakoś wykorzystać tą przymusową edukację szkolną?”

    Absolutnie nie. Masa pieniędzy poszłaby na szkolenia, podręczniki itp, by koniec końców wyszło tyle, że:
    – grupa polityków i naukowych autorytetów się oburza, bo za mało złego o Rosji a ponadto nie podkreślano wszędzie, że naziści to Niemcy,
    – inna grupa polityków i naukowych autorytetów się oburza, bo za bardzo narodowy charakter i wieje faszyzmem,
    – kolejna grupa się oburzy, że za mało narodowy charakter i wieje unijną propagandą
    itd.

    Nie wspominając o tym, że efekt byłby zapewne minimalny. Bo kto nie jest zainteresowany historią, to się nie zainteresuje. Kto jest zainteresowany „użytkową” historią, to ta „nudna” historia w szkołach i tak by go nie zniechęciła. I tylko straciliby ci, co są zainteresowani naukową historią, czyli tą, która jest de facto najważniejsza, bo byłaby kontynuowana później, na studiach.

    Już nie wspominając o tym, że, jak słusznie autor tekstu zauważył, historii nie da się opowiedzieć całkowicie obiektywnie. Narodowej historii już w szczególności, a taka historia uczona od małego to szerokie pole popisu dla politycznej indoktrynacji.

    • Robert Błądkowski

      W sumie kolega podał dużo dobrych argumentów, które poniekąd stanowią drugą stronę tej samej monety. Tylko moja opinia dotyczy przede wszystkim „korzenia” świadomości narodowej, który zaczynać rosnąć powinien już w szkole. Kolega przedstawia pogląd, który godzi się z obecnym stanem rzeczy. We mnie burzy się chęć zmian i widzę punkty zapalne czyli miejsca gdzie te zmiany można wprowadzać.

      Oczywiście co do edukacji szkolnej, efektem przebycia całej drogi przez wszystkie obowiązkowe etapy nauczania nie musi być zaraz powszechna chęć młodych ludzi aby iść na studia historyczne, chemiczne itd. Zawsze są w grupie jednostki, które wolą historię od innych przedmiotów. Taka sytuacja jest obecna wszędzie, ale istotą jest aby każdy nauczyciel poczuł w sobie powołanie i nie chodzi o agitację jego poglądów na lekcji, chodzi bardziej o pobudzenie świadomości historycznej. Obecny stan rzeczy nie pobudza jej ani trochę. Efektem kształcenia nie jest zatem ogólna świadomość historyczna tylko produkcja tzw.: szarej masy jak wspomniał kolega.

      Jeśli programy edukacji się nie zmienią (a zapowiadają się zmiany ale na gorsze) to człowiek kończąc szkołę nie będzie umiał odpowiedzieć na najprostsze pytania np.: młodzież nie wie co to był stan wojenny. Moja opinia na ten temat to zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Nie chodzi o to aby każdy po szkole był specem od historii ale żeby każdy młody rozmawiając z innymi ludźmi swoją postawą prezentował pełnowartościowego świadomego obywatela.

      Kto wie może niektórych przedmiotów niedługo nie będzie w ogóle w programie nauczania. Co wtedy? Historyczna dysleksja zmieni się w historyczną czarną dziurę. Młodzi to wspaniały materiał do formowania osobowości. Szkoły i nauczyciele w nich działają jak fabryka gwoździ: produkuje gwoździe bez myśli co się z nimi stanie jak wyjadą w transportach z fabryki. Gadanie: uczcie się młodzi, uczcie się młodzi nie mobilizuje. Wiem po sobie (180h praktyk w szkole) jak działa edukacja i każdy stary nauczyciel zauważał we mnie innych schemat postępowania w realizacji tego samego przecież tematu lekcji. Nauczyciele idą tylko odbębnić swoje godziny ( tak to wygląda najczęściej). Złapanie uwagi młodzieży i utrzymanie jej do końca lekcji to bardzo trudne zadanie. Zważywszy, że często materiał lekcyjny jest po prostu nudny. Czy on ma mieć za zadanie tylko przetrzeć szarą masę po głowach i wyłapać najbardziej wartościowych? Nie sądzę. Zadania przed programem w szkołach muszą być inny.

      Jeśli trafi się nauczyciel z powołania to najnudniejszy materiał potrafi przedstawić w ciekawy sposób. Powinien być zarysowany lekki program nauczania, który stanowiłby np.: wymagania do zaliczenia przedmiotu w każdej szkole oraz powinien dawać w pewnym stopniu wolną rękę nauczycielowi, który sam powinien decydować jak chce nauczać.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*