Poprawność polityczna narzuca nam nauczanie historii w sposób obiektywny i oczywiście niekrzywdzący, bo przecież można się narazić na przeróżne zarzuty a nawet otrzymać (w zależności od zdania na jakiś temat) określony tytuł jak np.: antysemity, faszysty czy wielce obraźliwy ksenofoba. Czy to ma oznaczać, że wkrótce (jak na razie to jest jeszcze normalnie w porównaniu z zachodem) nauczyciel w szkole będzie musiał uczyć młodzież czegoś z czym sam się nie zgadza i świadomie nie popiera, ponieważ wie jak należy interpretować wydarzenia historyczne w sposób najbardziej oczywisty, a mimo to z góry dostał instrukcje jak ma tłumaczyć dzieciom historię? Tu warto się zatrzymać. Ponieważ nauka historii nie może być – ba, nawet nie da się jej przedstawić inaczej jak tylko subiektywnie. I nie chodzi tu o zdanie pojedynczych nauczycieli czy historyków. Chodzi bardziej o interes narodowy. No bo jak inaczej można tłumaczyć takie wydarzenie jak np.: wkroczenie Armii Czerwonej 17 września 1939 roku na kresy wschodnie II RP? Za komuny wyjaśnienie było bardzo poprawne politycznie, ponieważ nikogo nie obrażało. My tymczasem musimy zwracać uwagę, że dla Polaka kampania wrześniowa to nie tylko wojna z Niemcami. Tu trzeba też przypomnieć o kwestii żołnierzy niezłomnych. Nie można dalej ciągnąć komunistycznej propagandy i powielać tych bzdur, których tu nie przytoczę z czystej przyzwoitości.
Wracając do meritum. Historyczna dysleksja to plaga rozsiana przy pomocy nasilającej się poprawności politycznej. Dlatego zastanawia mnie co nakłania Prezydenta Komorowskiego, cały rząd i „opozycję” do takiej miłości z Ukrainą? Czy to nie jest aby historyczna dysleksja? Znamy zasady, pamiętamy o nich, ale się do nich nie stosujemy. Kolejny szereg pytań związanych zarówno z edukacją jak i wiążącą się z jej następstwami postawą Polaków jest dosyć rozległy. Czy nikt już nie kontynuuje w domach tradycji patriotycznych? Nie chodzi mi tu o sianie zamętu ani niechęci w stronę Ukrainy. Jest to prywatna sprawa każdego z nas. Natomiast kwestią pierwszorzędną jest to, co Ukraińcy wyprawiają. Stawiają ludzi takich jak Stefan Bandera na piedestale narodowych bohaterów? Czy oni również cierpią na historyczną dysleksję? Chyba tak, skoro widzą tylko walkę z okupantem (ZSRS) a nie widzą głównej roli UPA jaką był pospolity bandytyzm i ludobójstwa. Nie wiem czego oni się tam uczą w szkole, nie wiem też jak interpretują historię, ale jeśli interpretują ją tak jak to widać przez granicę państwową i przez echo wydarzeń na zachodniej Ukrainie to stwierdzam, że historyczna dysleksja jest u nich dosyć zaawansowana.
To był bardzo wyraźny przykład, czym może być świadoma lub też nie dysleksja historyczna w ramach poprawności politycznej. Może nieco temat jest dosyć rozrzucony, ale widać na nim pewien schemat. Edukacja w szkołach nie uczy ani konkretnych postaw, ani żadnej wiedzy. Jeśli młodzież nie wykazuje zainteresowania sprawami ją otaczającymi, nie wyrobi sobie w żaden sposób jakichkolwiek poglądów. Szkoła nie daje żadnych wskazówek i co jest bardzo smutne w rodzinnych domach młodzież takich wskazówek nie otrzymuje. Dlatego ważne jest, aby propagować wartości patriotyczne wśród młodzieży. I nie chodzi o żadną agitację polityczną na temat, która partia jest be a która cacy. Jeśli ludzie nie interesują się własną historią może dało by się jakoś wykorzystać tą przymusową edukację szkolną? Może chociaż tam młodzi Polacy dostrzegą przed sobą otwartą furtkę, która zaprowadzi ich tylko tam gdzie zechcą. Złudne są to nadzieje patrząc na unijną politykę i zapędy. Dzisiejsza młodzież wegetuje intelektualnie. Nie robią absolutnie nic aby się czegoś dowiedzieć, nie posiadają ciekawości świata. Nie ma kto im tej ciekawości zaszczepić. Oczywiście zawsze wspominam, że jest tendencja wzrostowa co do świadomości historycznej ale jest jeszcze daleka od stanu jak mógłby być.
Robert Błądkowski
Artykuł nie jest oficjalnym stanowiskiem portalu.
Zapraszamy do polemiki z autorem.
Rozpocznę więc polemikę:
Autor zadaje pytanie, co sprawia, że historia to ‘nic ciekawego’. Ja zaś zapytam – dlaczego wielu uczniów nudzi chemia, fizyka czy biologia?
Tak jak te przedmioty nie są nauczane stricte użytkowo, i stanowią raczej wstęp dla tych uczniów, którzy pragną pójść dalej i uczyć się danego przedmiotu na rozszerzeniu, tak i historia jest raczej wstępem do szerszego nauczania historycznego. Dlatego też dla większości, może się wydać nudna. Co zrobić, żeby taki stan rzeczy poprawić? Nic. Bo historia nie ma być ciekawa, tylko ucząca, chyba, że jest się fascynatem.
Oczywiście, można teraz powiedzieć, że są liczne źródła dostarczające ciekawie wiedzę historyczną – tak, ale:
1. Albo nie spełniają merytorycznych założeń historii naukowej – a takiej uczy się w szkołach.
2. Na ogół o tym, że jakiś portal ciekawie edukuje z historii, mówią ci, co się nią interesują, co w żaden sposób nie daje odpowiedzi na pytanie, dlaczego wśród uczniów jest niskie zainteresowanie.
Analogicznie można zapytać, czemu chemia jest dla wielu nudna, skoro w Internecie możemy zobaczyć np. filmiki przedstawiające efektowne wybuchy czy inne działania różnych substancji? No właśnie, chemia nie uczy “efektownej” chemii tylko ma za zadanie dać podstawy do chemii naukowej, rozwijanej dalej na wyższych uczelniach.
Dlatego też ta wykładana w szkołach raczej większego zainteresowania nigdy nie wzbudzi, bo większość to, delikatnie mówiąc, szara masa.
Dalej:
W pierwszym akapicie drugiej strony autor pisze o poprawności politycznej i o PRL-owskim przykładzie historycznym – chciałbym zauważyć, że PRL się skończył 26 lat temu.
Nie wiem, gdzie nazywają wkroczenie armii czerwonej we wrześniu inaczej niż jako atak – i to atak o wiele bardziej bulwersujący niż nazistów, bo fakt faktem, że pakt o nieagresji z Niemcami wygasł i nie został przedłużony, a pakt z ZSRR dalej trwał.
A o żołnierzach niezłomnych/wyklętych/whatever nie za wiele się mówi, bo w szerszej historii za wielkiego znaczenia w gruncie rzeczy nie mieli, więc albo poprzestaje się na tym, że “tacy byli”, albo są w formie jakiejś notki-ciekawostki. Ewentualnie jest nadzieja, że nauczyciel dopowie.
W drugim akapicie autor dziwi się polityce Komorowskiego, bo przecież “Ukraińcy sławią Banderę, a UPA zabijało Polaków na Wołyniu” – przykro mi, w wielkiej polityce stosy trupów z zamierzchłej historii nie mają większego znaczenia. Można dyskutować, czy czyjaś polityka jest skuteczna czy nieskuteczna, ale takie – niestety, ale drobiazgi – nie grają większej roli. Skoro Komorowski popiera Ukrainę, to najwidoczniej wg niego więcej korzyści przyniesie popieranie jej aniżeli niepopieranie. I to korzyści dla państwa powinny grać tu pierwszą rolę w rozważaniach.
Jeśli jakieś działanie jest dla państwa polskiego korzystne (przyniesie prestiż, nabytki terytorialne, wzmocni gospodarczo itp), nie zostanie zrealizowane, bo oznaczałoby to współdziałanie z państwem, z którym mamy czarne karty historia, to oznacza, że polityk jest marny.
Oczywiście, nie popieram toru polityki Komorowskiego w ostatnich latach, niemniej fakt współpracowania z tymi, którzy de facto nie widzą nic złego w ogromnej zbrodni sprzed lat, jest tutaj moją najmniejszą pretensją.
Choć i chciałbym zauważyć, że zachodni Ukraińcy to nie tylko miłośnicy banderowców.
Co do trzeciego akapitu:
Na temat tej “historycznej dysleksji” się wypowiedziałem wyżej, i mam nadzieję, że żaden polityk nie weźmie sobie do serca tego, co zostało napisane w tym artykule, bo kierowanie się historycznymi sentymentami to słaba polityka.
Odniosę się do tego:
“Jeśli ludzie nie interesują się własną historią może dało by się jakoś wykorzystać tą przymusową edukację szkolną?”
Absolutnie nie. Masa pieniędzy poszłaby na szkolenia, podręczniki itp, by koniec końców wyszło tyle, że:
– grupa polityków i naukowych autorytetów się oburza, bo za mało złego o Rosji a ponadto nie podkreślano wszędzie, że naziści to Niemcy,
– inna grupa polityków i naukowych autorytetów się oburza, bo za bardzo narodowy charakter i wieje faszyzmem,
– kolejna grupa się oburzy, że za mało narodowy charakter i wieje unijną propagandą
itd.
Nie wspominając o tym, że efekt byłby zapewne minimalny. Bo kto nie jest zainteresowany historią, to się nie zainteresuje. Kto jest zainteresowany “użytkową” historią, to ta “nudna” historia w szkołach i tak by go nie zniechęciła. I tylko straciliby ci, co są zainteresowani naukową historią, czyli tą, która jest de facto najważniejsza, bo byłaby kontynuowana później, na studiach.
Już nie wspominając o tym, że, jak słusznie autor tekstu zauważył, historii nie da się opowiedzieć całkowicie obiektywnie. Narodowej historii już w szczególności, a taka historia uczona od małego to szerokie pole popisu dla politycznej indoktrynacji.
W sumie kolega podał dużo dobrych argumentów, które poniekąd stanowią drugą stronę tej samej monety. Tylko moja opinia dotyczy przede wszystkim “korzenia” świadomości narodowej, który zaczynać rosnąć powinien już w szkole. Kolega przedstawia pogląd, który godzi się z obecnym stanem rzeczy. We mnie burzy się chęć zmian i widzę punkty zapalne czyli miejsca gdzie te zmiany można wprowadzać.
Oczywiście co do edukacji szkolnej, efektem przebycia całej drogi przez wszystkie obowiązkowe etapy nauczania nie musi być zaraz powszechna chęć młodych ludzi aby iść na studia historyczne, chemiczne itd. Zawsze są w grupie jednostki, które wolą historię od innych przedmiotów. Taka sytuacja jest obecna wszędzie, ale istotą jest aby każdy nauczyciel poczuł w sobie powołanie i nie chodzi o agitację jego poglądów na lekcji, chodzi bardziej o pobudzenie świadomości historycznej. Obecny stan rzeczy nie pobudza jej ani trochę. Efektem kształcenia nie jest zatem ogólna świadomość historyczna tylko produkcja tzw.: szarej masy jak wspomniał kolega.
Jeśli programy edukacji się nie zmienią (a zapowiadają się zmiany ale na gorsze) to człowiek kończąc szkołę nie będzie umiał odpowiedzieć na najprostsze pytania np.: młodzież nie wie co to był stan wojenny. Moja opinia na ten temat to zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Nie chodzi o to aby każdy po szkole był specem od historii ale żeby każdy młody rozmawiając z innymi ludźmi swoją postawą prezentował pełnowartościowego świadomego obywatela.
Kto wie może niektórych przedmiotów niedługo nie będzie w ogóle w programie nauczania. Co wtedy? Historyczna dysleksja zmieni się w historyczną czarną dziurę. Młodzi to wspaniały materiał do formowania osobowości. Szkoły i nauczyciele w nich działają jak fabryka gwoździ: produkuje gwoździe bez myśli co się z nimi stanie jak wyjadą w transportach z fabryki. Gadanie: uczcie się młodzi, uczcie się młodzi nie mobilizuje. Wiem po sobie (180h praktyk w szkole) jak działa edukacja i każdy stary nauczyciel zauważał we mnie innych schemat postępowania w realizacji tego samego przecież tematu lekcji. Nauczyciele idą tylko odbębnić swoje godziny ( tak to wygląda najczęściej). Złapanie uwagi młodzieży i utrzymanie jej do końca lekcji to bardzo trudne zadanie. Zważywszy, że często materiał lekcyjny jest po prostu nudny. Czy on ma mieć za zadanie tylko przetrzeć szarą masę po głowach i wyłapać najbardziej wartościowych? Nie sądzę. Zadania przed programem w szkołach muszą być inny.
Jeśli trafi się nauczyciel z powołania to najnudniejszy materiał potrafi przedstawić w ciekawy sposób. Powinien być zarysowany lekki program nauczania, który stanowiłby np.: wymagania do zaliczenia przedmiotu w każdej szkole oraz powinien dawać w pewnym stopniu wolną rękę nauczycielowi, który sam powinien decydować jak chce nauczać.