Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Dom Róży. Krýsuvík

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Dom Róży. Krýsuvík

Reykjavícki moloch z korytarzami, windami, oddziałami oznaczonymi kodami, zapachem moczu, pieluchami, rozgotowaną owsianką, papierosami wypalanymi gdzieś po drodze i starością rozpisaną na grafik. Kto zrobił kupę, kto nie zrobił, kogo trzeba nakarmić, wykąpać, przebrać, posadzić przed telewizorem…

Narrator przyjechał na Islandię z Polski i nosi Polskę za sobą jak bagaż, którego nigdy porządnie nie rozpakował. Jedzie do Krýsuvíku, widzi lawę, jeziora, góry, suszące się ryby, a za chwilę ma przed oczami Dolny Śląsk, Ząbkowice, Świdnicę, Wielką Sowę, Wang. Islandia nie przykrywa poprzedniego życia. Dostarcza nowych nazw dla rzeczy, które znał wcześniej. Człowiek zmienia kraj, język, pracę, krajobraz za oknem, ale pamięć pozostaje uparta i bardzo mało zainteresowana geografią.

W Domu Róży starość jest brudna, fizyczna, czasem śmieszna w najgorszy możliwy sposób, częściej zwyczajnie upokarzająca. Klimko-Dobrzaniecki niczego tutaj nie poleruje. Ciało cieknie, śmierdzi, przestaje słuchać. Dom opieki działa według własnego rytmu: karmienie, kąpiel, toaleta, raport, telewizor, następny dyżur. Jednocześnie narrator nie zostaje ustawiony ponad tym światem jako ktoś od niego lepszy. Jego język bywa czuły, ironiczny, ordynarny, brutalny, pełen uprzedzeń. Patrzy na innych ostro i równie niechętnie oszczędza samego siebie. Dzięki temu nie powstaje opowieść o szlachetnym emigrancie pochylającym się nad losem starych ludzi, tylko o człowieku zanurzonym po uszy w cudzej i własnej niedoskonałości.

W pewnym momencie pojawia się Róża. Niewidoma staruszka, która dzięki wygranej na loterii trafiła na uprzywilejowany Dach i może pozwolić sobie na warunki niedostępne dla innych pensjonariuszy. To ona zaczyna rozmawiać z narratorem inaczej niż reszta, pytać o jego przeszłość i podsuwać mu myśl, której długo nie chce dopuścić: że na Islandię mogła przywieźć go nie tylko ciekawość, ale również potrzeba ucieczki od własnego dzieciństwa, rozwodu rodziców, rodzinnego rozkładu, pustych świąt i domu, który przestał być domem. Sam w końcu przyznaje, że być może Róża ma rację. Dopiero potem przychodzi Krýsuvík.

Druga część cofa czas i otwiera drzwi do świata, który wcześniej istniał tylko w strzępach. Tómas buduje dom, pracuje, łowi ryby, suszy je, odkłada pieniądze, wiąże się z Karen. Później pojawia się Rósa Sóley Tómasdóttir. Dziewczynka jest niewidoma od urodzenia. Rodzi się też Karitas, zdrowa, widząca. Tómas buduje szklarnię i zaczyna sprzedawać kwiaty. Przez chwilę można uwierzyć, że ten dom będzie trwał. Nie trwa.

Karitas wpada do gorącego źródła i umiera. Po jej śmierci Karen przestaje mówić, nie je, leży w łóżku i z dnia na dzień gaśnie. Tómas zajmuje się nią i Rósą, przestaje pracować, zaczynają się problemy z pieniędzmi, bank zabiera łódź i jezioro. Dom, który wcześniej rósł razem z rodziną, zaczyna się rozpadać razem z nią.

Finał jest krótki i właściwie pozbawiony ratunku. Karen już nie żyje. Tómas sam ją grzebie, wraca jeszcze do domu, całuje śpiącą Rósę w czoło, zostawia jej olejek różany, a potem kładzie się obok żony w grobie i uruchamia mechanizm, który zasypuje go ziemią. Rósa zostaje sama. Po tym zakończeniu pierwszą część czyta się inaczej. Róża z domu opieki jest tą samą Rósą, córką Tómasa i Karen. Sama opowiada narratorowi, że pochodzi z Krýsuvíku, a tablica stojąca przy kościółku opisuje gospodarstwo jej rodziców. Kwiaty nie pojawiają się przypadkiem. Olejek różany nie pojawia się przypadkiem. Imię też nie. Ojciec Róży hodował tam kwiaty.

Te wszystkie rzeczy składają się w jedną historię o domu, który można zbudować, stracić, opuścić i przez całe życie próbować odtworzyć gdzie indziej. Tómas budował go z desek, blachy, ryb, pieniędzy i uporu, Rósa przeżyła jego rozpad, narrator próbuje zbudować następny, tysiące kilometrów od własnego dzieciństwa, i żaden z nich nie zaczyna naprawdę od zera.


Wydawnictwo Noir sur Blanc
Agnieszka Cybulska


Comments are closed.