Kazimierzu, skąd ta forsa

Kazimierzu, skąd ta forsa? |Recenzja

Grażyna Bąkiewicz, Kazimierzu, skąd ta forsa?

Średniowiecze potrafiło być brutalne, zabawne i zaskakująco praktyczne, a Kazimierzu, skąd ta forsa? wciąga w ten świat bez taryfy ulgowej. Działa jak zaczep do całej przygody: podróży w czasie, śledztwa ekonomicznego i lekcji historii podanej jak komiksowa akcja. To historia o pieniądzu, władzy i codzienności ludzi, których zwykle pomija się w szkolnych podręcznikach. Książka udowadnia, że fakty nie muszą być nudne, a średniowiecze bywa bliżej współczesności, niż nam się wydaje.

Kazimierzu, skąd ta forsa? działa w typowy dla serii „Ale historia…” sposób: bierze temat, który w szkolnych realiach potrafi zabić entuzjazm, i przerabia go na coś żywego, szybkiego i – co tu kryć – zwyczajnie zabawnego. Zamiast mozolnego wkuwania dat dostajemy ekipę nastolatków z przyszłości, którzy wpadają w sam środek rządów Kazimierza Wielkiego. Mają jedno zadanie: sprawdzić, skąd władca brał pieniądze na te wszystkie zamki, miasta, mury i drogi. I robią to nie z pozycji obserwatora, tylko kogoś, kto faktycznie stąpa po brukowanych ulicach średniowiecza, ocierając się o miejskie prawo, monety i codzienne życie, którego nie zobaczy się w tabelkach z podręcznika.

Całą opowieść prowadzi Zuzka – dwunastolatka, która nie owija niczego w bawełnę i komentuje wszystko z energią właściwą komuś, kto dorasta w świecie przyszłości, ale nie ma problemu, żeby wskoczyć w realia sprzed siedmiuset lat. Jej głos niesie fabułę, rozbraja powagę i sprawia, że nawet ciekawostki o księgach ważących jak hantle albo o praktycznym zastosowaniu moczu nie brzmią jak sucha wiedza, tylko jak element świata, w który naprawdę można wejść. Współczesny język trzyma tempo, a humor nie zasłania faktów – raczej je rozjaśnia.

Styl Grażyny Bąkiewicz działa tu jak dobre narzędzie optyczne: łapie ostrość nie na wielkich bitwach czy pomnikowych gestach, tylko na codzienności. Przed czytelnikiem przewijają się mieszczanie, rycerze, rzemieślnicy, a nawet zbóje, których różnica statusu społecznego bywa bardziej skomplikowana, niż sugerują popkulturowe skróty. W pakiecie dostajemy też przypomnienie, że w średniowieczu nauka była przywilejem chłopców, a obywatelstwo miejskie nie wpadało nikomu do kieszeni przypadkiem.

To, co napędza tom, to sposób podania treści – wartki, skondensowany, podszyty komiksem i ilustracją. Cały średniowieczny świat działa tu jak plansza gry terenowej: dużo się dzieje, dużo można podejrzeć z bliska, ale nie ma wrażenia chaosu.

Przy wszystkich uproszczeniach – nieuniknionych w książce kierowanej do młodszych odbiorców – trzon faktograficzny zostaje nienaruszony: rozwój miast, prawo miejskie, królewski skarb, podatki, cła, rola systemu władzy i porządkowania państwa. Zderzenie tego z perspektywą młodych bohaterów z przyszłości tylko podkreśla prostą, ale trafną pointę: państwo to nie magia, tylko organizacja i pieniądz, które muszą ze sobą współgrać.

Książka korzysta z obecnego kierunku popularyzacji historii – zamiast mitologizować epokę, pokazuje ją w działaniu, w drobnych mechanizmach, w ludziach i ich zajęciach. Nie wywraca dotychczasowego obrazu Kazimierza Wielkiego, ale wpisuje go w narrację opartą na konkretach i codzienności. Ta perspektywa trzyma się badań i jednocześnie daje odbiorcy przestrzeń, by zobaczyć epokę „od środka”, bez poczucia, że jest to rekonstrukcja muzealna z narratorem na podwyższeniu.

W efekcie powstaje książka, którą można wziąć do ręki bez strachu przed nudą. Lekka, rytmiczna, bez patosu, ale z porządną dawką faktów. Nada się dla młodszych czytelników, którzy potrzebują iskry, by polubić historię. Nada się też dla dorosłych, którzy chcą sobie przypomnieć, że historia potrafi być nieopisanie żywa, jeśli nie trzyma się jej wyłącznie w gablocie.


Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Ocena recenzenta: 6/6
Agnieszka Cybulska


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Nasza Księgarnia. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.