Przez większą część średniowiecza osób posługujących się magią nie postrzegano jeszcze jako sług diabła ani szczególnego zagrożenia dla społeczności. Sposób myślenia o czarach zaczął się zmieniać później, a w Wielkiej Brytanii od XVI wieku regulowało je również prawo. Polowanie na czarownice wyrastało z wiary w szkodliwą magię, ale oskarżenia mogły mieć także źródło w sąsiedzkich konfliktach, uprzedzeniach i poszukiwaniu winnych codziennych nieszczęść.
Kwaśne mleko, masło, którego nie dawało się ubić, koń zmęczony po nocy spędzonej w stajni albo nagła burza na morzu – wszystko to mogło zostać przypisane działalności czarownicy. W angielskich i szkockich wierzeniach wiedźmy przemieniały się w zające, kradły mleko, nocą ujeżdżały konie, wpływały na pogodę, a nawet wypływały na morze w skorupkach jaj. Podobne wyobrażenia nie pozostały wyłącznie częścią folkloru. Wiara w szkodliwe czary towarzyszyła oskarżeniom i procesom, a jeszcze w XIX wieku zdarzały się samosądy na osobach podejrzewanych o magię.
Zamknij oczy i wyobraź sobie czarownicę. Zapewne oczyma duszy widzisz starszą kobietę w spiczastym kapeluszu, lecącą nocą na miotle z czarnym kotem u boku, lub stojącą nad kotłem pełnym bulgoczącego wywaru. Co ciekawe, przez większą część średniowiecza nikt nie wyobrażał sobie czarownic właśnie w ten sposób. Nie postrzegano ich również jako zagrożenia dla społeczności. Taki wizerunek narodził się znacznie później, wraz z narastającym przekonaniem, że magia nie jest jedynie próbą wpływania na rzeczywistość, lecz świadomym przymierzem z siła mi zła. Najstarsze ślady pisane odnoszące się do obrony przed zaklęciami czarownic pochodzą z rękopisu Lacnunga1 (staroang. „lekarstwa”) powstałego w X i XI wieku.
W okresie średniowiecza osoby parające się zaklęciami częściej postrzegano jako ludzi korzystających z niebezpiecznej wiedzy niż jako wyznawców szatana. Kontakty z demonami budziły niepokój, nie były jednak widziane jako godne wszelkiego potępienia i kary śmierci. Diabła przedstawiano często w sposób prześmiewczy, a przyzywający demony magicy próbowali oszukać je, aby uzyskać różnego rodzaju korzyści, wiedzę, moce czy bogactwo. Zmiana percepcji zaczęła następować w okolicach reformacji. Z dotychczasowego błazna – trickstera posiadającego atrybuty przedchrześcijańskich bogów płodności jak chociażby Pan, działającego za pozwoleniem i wiedzą Boga, jako Jego narzędzie – diabeł stał się potworem.
O ile jakaś część osób skazanych za czary mogła rzeczywiście próbować rzucić zaklęcie mające kogoś skrzywdzić (mam tu na myśli jedynie zamiar, osobiście pozwolę sobie wątpić w prawdziwość jakiejkolwiek czarnej magii mogącej wyrządzić realne i namacalne szkody, nie licząc szkód moralnych), o tyle w znacznej większości spraw były to konflikty sąsiedzkie lub spory wynikające z uprzedzenia społeczności wobec konkretnej osoby. Być może jakaś staruszka trzymała się na uboczu osady, być może lokalna kobieta była zbyt bystra, zadawała za dużo pytań, wiedziała coś, co nie było dla wszystkich oczywiste, za dużo plotko wała, krzywo na kogoś spojrzała albo zrobiła cokolwiek, co komuś nie odpowiadało. Pomijając aspekt wiary w istnienie magii, większość czarownic skazanych za paranie się nią nie miała z praktykami magicznymi nic wspólnego.
W 1542 roku czary oficjalnie stały się w Wielkiej Brytanii przestępstwem na mocy dekretu króla Henryka VIII. Procesy o magię na przestrzeni lat miały różne natężenie, ze szczególnym wzrostem w latach osiemdziesiątych XVI wieku, a potem w latach czterdziestych XVII wieku.
Oskarżenie, a nawet skazanie w procesie o czary niekoniecznie musiało oznaczać śmierć. Pod koniec okresu, gdy procesy były wciąż legalne, zdarzało się, że bardziej „światli” urzędnicy, widząc, że sprawa jest wynikiem uprzedzeń społeczności do kobiety, z której zrobiono kozła ofiarnego, występowali o uniewinnienie mimo skazania przez ławników. Takim przypadkiem w 1712 roku była sprawa Jane Wenham z Walkern. Siedemdziesięciolatka trafiła przed sąd z powodu konfliktu ze sprzedawcą siana, który chciał ją oszukać. Sprzedawca oskarżył ją o czary, ale przegrał i konflikt trwał dalej. Zaczęły pojawiać się kolejne osoby zarzucające Jane działanie na ich szkodę po zawarciu paktu z diabłem. Sędzia w procesie wniósł o uniewinnienie skazanej do króla. Mimo to niezbędna była protekcja kapitana Johna Plummera, aby uchronić kobietę przed linczem.
Po 1660 roku liczba procesów drastycznie spadła, jednak odchodzić w zapomnienie zaczęły dopiero w drugiej połowie XVIII stulecia4. W 1735 roku parlament uchwalił nowy Witchcraft Act, w świetle którego twierdzenie, że ktoś może mieć magiczne moce lub być czarownicą, stało się przestępstwem. Oficjalnie uznano, że magia nie istnieje.
Nie oznacza to bynajmniej, że przestano automatycznie wierzyć w czarownice. Jeszcze w XIX wieku powszechnie używano amuletów i zaklęć mających chronić przed urokami czarownic. Zdarzały się również samosądy na podejrzanych o czary.
Czego tu się bać?
Zastanawiasz się być może, dlaczego Brytyjczycy tak bardzo obawiali się czarownic. Przecież skoro istniały oficjalne dokumenty regulujące wymiar kary za bycie jedną z nich, sprawa musiała być poważna. Przyjrzyjmy się wspólnie supermocom, które zdaniem Henryka VIII zagrażały bezpieczeństwu mieszkańców jego kraju.
Czarownice umiały zamieniać się w zwierzęta. Szczególnie upodobały sobie zające. Wiele ludowych podań wspomina o myśliwych ścigających zająca, który umyka im do pobliskiego domu, zaznawszy pomniejszej rany. W domu mężczyźni natrafiają na starą kobietę z taką samą raną, jaką zadali zającowi. Szkodliwość przemienionych w zające wiedźm miała ograniczać się jednak do kradzieży mleka bezpośrednio z wymion czekających na wydojenie krów. Ten przesąd utrzymywał się ponoć aż do XX wieku.
Na kradzieży mleka możliwości czarownic się jednak nie kończyły. W wielu częściach Anglii i Szkocji wierzono, iż potrafią sprawiać, że mleko kwaśnieje, a masło nie daje się ubić. Jeśli gospodyni przez wiele godzin bezskutecznie próbowała zrobić masło, nierzadko podejrzewano, że ktoś rzucił na gospodarstwo urok. W niektórych szkockich podaniach wiedźma miała nawet „wydoić” krowę na odległość, wykorzystując do tego zwykły powróz lub spleciony sznur, z którego płynęło mleko niczym z prawdziwego zwierzęcia.
Tekst jest fragmentem książki Mroki Albionu, która czeka na Ciebie tutaj:
Podobnie „złowieszczym” występkiem czarownic miały być nocne przejażdżki konne. Jeśli czyjś koń był spocony i zmęczony, mimo nocy spędzonej w stajni, niechybnie był ujeżdżany nocą przez wiedźmę. Splątana grzywa, której nie sposób było rozczesać, również uchodziła za ślad po zostawiony przez nocnego gościa.
Kuriozalnym wiedźmim zwyczajem miało być także wy pływanie w morze w skorupkach od jajek. Tak wyposażone czarownice wywoływały burze i uszkadzały statki, próbując sprowadzić zgubę na żeglarzy i rybaków. Dlatego ktokolwiek jedzący gotowane jajka powinien z pieczołowitością zmiażdżyć skorupki, aby nie mogły posłużyć do czynienia szkody. Wierzono również, że wiedźmy potrafią odbierać pomyślne wiatry lub przeciwnie – sprowadzać gwałtowne sztormy, co dla wyspiarskiego kraju żyjącego z handlu i rybołówstwa stanowiło wyjątkowo przerażającą perspektywę.
Nie mniej niebezpieczne miały być zwykłe sąsiedzkie konflikty. Odmowa jałmużny, kłótnia o granicę pola czy obraźliwe słowo mogły, w przekonaniu wielu mieszkańców Wysp, zakończyć się klątwą. Gdy po takiej sprzeczce zachorowało dziecko, zdechła krowa albo spłonęła stodoła, dla wielu był to wystarczający dowód, że za nieszczęściem stoi czarownica.
Być może trudno nam dziś traktować serio takie zarzuty, jednak wiemy, że ludzie wierzyli w nie w szczycie procesów o czary.
Tekst jest fragmentem książki Mroki Albionu. Brytyjskie legendy, potwory i zbrodnie, Marta Dziok-Kaczyńska, Wydawnictwo Znak
