Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny

Beksińscy. Portret podwójny |Recenzja

Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny

Malarz od koszmarów, syn od mroku, rodzina z finałem tragicznym: Magdalena Grzebałkowska rozbraja sensację, zostawia człowieka. Z całym chłodem, dziwactwem, czułością źle ulokowaną i samotnością.

„Beksińscy. Portret podwójny” to właściwie nie jest biografia, a przynajmniej nie zwykła biografia. Grzebałkowska prowadzi czytelnika do mieszkania, do listów, nagrań, codziennych rytuałów, lęków, powtarzalnych gestów i zdań.

Magdalena Grzebałkowska, absolwentka historii na Uniwersytecie Gdańskim i reporter związany z „Gazetą Wyborczą”, wydała „Beksińskich. Portret podwójny” w 2014 roku w Znaku (nowe wydanie 2025). Książka opowiada o Zdzisławie Beksińskim, Tomaszu Beksińskim i Zofii Beksińskiej, choć tytułowy „portret podwójny” od początku podszyty jest obecnością trzeciej osoby. Bez Zofii ta historia rozsypałaby się.

Autorka pracowała na listach, notatkach, rozmowach, nagraniach i świadectwach osób znających Beksińskich. Praca nad książką trwała około 2,5 roku, a część dokumentacji powstawała także w Sanoku i jego okolicach. Autorka wykonała ogrom pracy reporterskiej, jednocześnie wprowadzając literacką nośność materiału oraz spór o sposób pokazania ojca i syna.

Między zdaniami

Polska kultura ma wyjątkowy talent do przerabiania tragicznych ludzi na estetyczne eksponaty. W książce Grzebałkowskiej najciekawsze nie są obrazy pełne grozy ani radiowy kult Tomasza. Najciekawsza okazuje się domowa temperatura emocji: niby wszystko działa, niby ludzie ze sobą rozmawiają, niby troska istnieje, a jednak ciepło nie dociera tam, gdzie powinno.

Zdzisław Beksiński jest pracowity, ironiczny, drobiazgowy, skupiony na kontroli rzeczywistości, jednocześnie emocjonalnie niedostępny w sposób, który boli. Tomasz nie zostaje sprowadzony do roli mrocznego syna. Dostajemy człowieka inteligentnego, intensywnego, głodnego uczucia, zanurzonego w muzyce, filmie i własnym lęku. Zofia zaś pozostaje figurą szczególnie przejmującą: spoiwem domu, które każdy zauważa dopiero wtedy, gdy zaczyna pękać cała konstrukcja.

Reportaż

Autorka składa obraz z dokumentów, rozmów, nagrań, listów i detali. Nie pcha się przed bohaterów z gotową tezą, choć oczywiście sama konstrukcja książki prowadzi czytelnika bardzo wyraźnie. Raz odsłania twarz, raz zostawia półcień.

Książka odrywa Beksińskich od mrocznej legendy, ale jednocześnie pozostawia pewną tajemniczość. Grzebałkowska zostawia przestrzeń na dyskomfort.

Sanok, PRL, mieszkania, taśmy, listy i przedmioty budują świat, w którym ta rodzina funkcjonowała. Zdzisław malował, nagrywał, pisał, organizował rzeczywistość wokół siebie. Tomasz słuchał, tłumaczył, nadawał, cierpiał. Zofia sklejała codzienność, która z zewnątrz mogła wyglądać jak ekscentryczna normalność.

Warto wrócić do Beksińskich po latach

Po filmie „Ostatnia rodzina” wielu czytelników wraca do książki albo sięga po nią po raz pierwszy. Film Jana P. Matuszyńskiego pokazał Beksińskich w latach 1977–2005 i zdobył szeroki rozgłos, ale również wywołał sprzeciw części osób znających rodzinę, szczególnie wobec sposobu pokazania Tomasza. Właśnie dlatego książka Grzebałkowskiej pozostaje tak ważna: pozwala wejść głębiej w kontekst, materiały, głosy i napięcia, których kino nie zawsze potrafi unieść bez uproszczeń.

Nie nazwałabym „Beksińskich” książką komfortową. Miejscami czyta się ją jak reportaż o emocjonalnym kalectwie ludzi inteligentnych, utalentowanych i kompletnie bezradnych wobec najprostszych gestów. Czasem kultura wysoka świetnie radzi sobie z obrazami śmierci, a wykłada się na zwykłym przytuleniu dziecka. Beksińscy są tego bolesnym przykładem. Grzebałkowska napisała książkę mocną, gęstą, reportersko zdyscyplinowaną i literacko bardzo nośną.


Wydawnictwo Znak
Ocena recenzenta: 5,5/6
Agnieszka Cybulska

Comments are closed.