Maxima sposób na interes

Hiram Maxim był twórcą pierwszego na świecie karabinu maszynowego. Podobno stwierdził, że jego wynalazek nigdy się nie przyjmie, ponieważ w armiach zabrakłoby ludzi do walki. Pomylił się tylko w połowie.

Człowiek renesansu

Maxim urodził się w 1840 r. w Sangerville w stanie Maine. Już w młodości dało się u niego zaobserwować zmysł techniczny – jednym z jego pierwszych wynalazków była samoczynna łapka na myszy. Później tworzył systemy gaśnicze w domach towarowych oraz zajmował się oświetleniem gazowym. Eksperymentował także z wytwarzaniem prądu elektrycznego, który wówczas był jeszcze ciekawostką. W pogoni za pieniędzmi postanowił przenieść się do Europy.

Daj im broń a będziesz bogaty

Do Anglii przyjechał na początku lat 80. XIX w. w ramach pracy w U. S. Electric Company. W 1882 r. w czasie pobytu w Wiedniu spotkał znajomego Amerykanina, który miał mu powiedzieć: „Porzuć tę swoją chemię i elektrykę! Jeśli chcesz zbić tu fortunę, musisz wynaleźć coś takiego, co da tym Europejczykom łatwą możliwość podrzynania sobie nawzajem gardeł”. Pomysł ten nie wydał mu się zły.

Namiastką szybkostrzelnej, wielostrzałowej broni były wówczas ręczne kartaczownice, które nie spełniały oczekiwań wojskowych ze względu na konieczność częstego przeładowywania (aczkolwiek osiągały imponującą jak na tamte czasy ilość 200-stu strzałów na minutę). Maxim chciał stworzyć coś szybkostrzelnego a zarazem łatwo obsługiwanego. W tym celu wynajął mały warsztat w Londynie i rozpoczął prace. Wszystko co tam robił, wykonywał sam, jedyną rzeczą gotową były lufy. Konstruktor postanowił wykorzystać dotychczas nieużywaną energię odrzutu. Wynalazek okazał się jak na swoją innowacyjność niezwykle prosty. Przy strzale lufa cofała się wraz z zamkiem, a ten odryglowywał się i przeładowywał się sam, przy okazji napinając sprężynę i wciągając nabój z taśmy (u Maxima parcianej). Następnie pod wpływem sprężyny zamek powracał do stałej pozycji i równocześnie następowało załadowanie oraz zaryglowanie komory. Dokończeniem cyklu było zwolnienie iglicy. Aby zapobiec przegrzaniu się lufy zainstalowano chłodzenie wodą. Do prób zostało zużyte aż 200 000 nabojów (choć to nic w porównaniu do siedmiomiesięcznego oblężenia Verdun gdzie dziennie wystrzeliwano ok. 100 000 dziennie).

Śmierć naturalna kartaczownicy

W 1884 r., karabin spełnił oczekiwania konstruktora i został zaprezentowany na specjalnych pokazach. Mało kto idąc na nie, wierzył zapowiedziom, że jednolufowa broń może oddać nawet 600 strzałów/min., nie potrzebowano jednak dużo czasu aby zmienić zdanie. Promocja przyniosła pożądany efekt i wkrótce armia brytyjska zakupiła 3 egzemplarze do testów, aby w 1891 wprowadzić jedną sztukę (później dwie) do uzbrojenia każdego baonu piechoty. Tym samym Maxim zapisał się w kartach historii jako prekursor ery karabinu maszynowego, bez którego żadne dzisiejsze wojsko nie wyobraża sobie walki.

W momencie rozpoczęcia I Wojny Światowej takich konstrukcji były już dziesiątki a większość z nich zawdzięczała swoje istnienie pewnemu Amerykaninowi, który postanowił zbić fortunę na niespokojnych mieszkańcach Starego Kontynentu.

Bartosz Potęga

Bibliografia:

  • Broń strzelecka XIX. wieku” – Frederic Myatt, Warszawa 1995

  • Polska broń: broń palna” – Stanisław Kobielski, Wrocław 1975
Zdj. Wikimedia Commons



 

One Comment

  1. Tekst stary, ale właśnie go przeczytałem i mam małą uwagę do niego: autor pisze, że kartaczownice
    „nie spełniały oczekiwań wojskowych ze względu na konieczność częstego przeładowywania (aczkolwiek osiągały imponującą jak na tamte czasy ilość 200-stu strzałów na minutę).”

    Co to właściwie znaczy? Tzn. co autor miał na myśli? Przeładowanie broni palnej to jest ogół czynności, jakie trzeba wykonać po oddaniu strzału, aby przygotować broń do oddania kolejnego strzału (np. otwarcie zamka, wyrzucenie łuski, załadowanie nowego naboju, zamknięcie zamka, napięcie mechanizmu uderzeniowego). Zgodnie z tym co autor napisał wyżej kartaczownica przeładowywała się około 200 razy na minutę, a więc raczej niezbyt często jak na szybkostrzelną broń.

    Nie jest też prawdą, że takie ręczne kartaczownice „nie spełniały oczekiwań wojskowych” – jakich konkretnie? One miały pewne wady związane z masą i wymiarami, ale pierwszy karabin maszynowy Maxima wcale nie był jakoś znacząco mniejszy czy lżejszy. Miały wadę typową dla wszelkiej ówczesnej broni szybkostrzelnej – stosowany wówczas materiał miotający, proch czarny, dawał znaczą ilość stałych produktów spalania, a więc sporo gęstego dymu przy wystrzale. Poważnie ograniczało to przydatność szybkostrzelnych dział czy kartaczownic, bo już po krótkim czasie dym przesłaniał stanowisko ogniowe, utrudniając obserwację i celowanie. Ale i tu pierwszy karabin masz. nic nie zmieniał bo także strzelał amunicją czarnoprochową.

    Przewaga ówczesnej broni automatycznej nad ręcznie napędzaną dotyczyła dwóch zagadnień. Po pierwsze, ręczny napęd wymagał pewnej siły fizycznej, sporej zwłaszcza przy broni większego kalibru. Męczyło to strzelca, a przy pewnych rozwiązaniach konstrukcji mogło też negatywnie odbijać się na celowaniu. Po drugie – zaleta dziś uważana za wadę – karabin maszynowy zacinał się po każdym niewypale, a ręczna kartaczownica mogła go „przekręcić” i strzelać dalej. Dzisiaj uważane jest to za zaletę broni napędowej, w XIX w. sytuacja była jednak inna. Jakość ówczesnej amunicji nie była jeszcze wysoka, nierzadkie były przypadki rozcalenia się naboju przy pobraniu z magazynka czy taśmy, pęknięcia/zerwania łuski, wypadnięcia spłonki… Karabin maszynowy przestawał w tym momencie strzelać – ulegał zacięciu, które jednak stosunkowo łatwo było usunąć. Rozpędzona kartaczownica (szczególnie systemu Gatlinga z obrotowym blokiem luf, ale nie tylko) strzelała zaś dalej, „wkręcając” sobie fragmenty feralnego naboju w swój skomplikowany zębaty mechanizm, co skutkowało awarią znacznie trudniejszą do naprawienia.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*