Renesans uchodzi za epokę wielkich odkryć, ale medycyna tamtych czasów była pełna groteskowych metod leczenia, dziwacznych teorii i zabobonów. Dowiedz się, jak wyglądała medycyna renesansu: jak leczono królów, czym zajmowali się lekarze z dziobami i dlaczego Paracelsus palił klasyczne księgi.
Epoka tak zwanego „odrodzenia”
Jedziemy nad rzekę, chociaż wiem, że wyschła.
– BRUCE SPRINGSTEEN, Z PIOSENKI THE RIVER
Wielkie osiągnięcia epoki renesansu raczej nie dotyczyły medycyny, może poza kilkoma chlubnymi wyjątkami. Wesaliusz rozwinął wiedzę o anatomii, Ambroży Pare zrewolucjonizował chirurgię, a William Harvey wykazał, w jaki sposób krew krąży w ciele. Jednakże ich heroiczne starania, poza oczywistym wkładem w rozwój wiedzy naukowej, nie miały zbyt dużego wpływu na zwykłych lekarzy oraz ich codzienną praktykę. Medycyna głównego nurtu nadal podążała dawnymi drogami, a jej przedstawiciele byli tak samo niedouczeni i pewni siebie jak wcześniej. I tak jak poprzednio, praktyczni i bez skrupułów chirurdzy starali się pomagać chorym, jak mogli, nawet w najbardziej trudnych okolicznościach. Hieronymus Fabricius, znany też jako Girolamo Fabrizio (1537–1619), pozostawił taką oto relację:
Miałem właśnie odciąć udo pewnemu czterdziestolatkowi, gotowy posłużyć się piłą i żegadłami. Chory jednak rychło jął się wydzierać i wszyscy uciekli oprócz mojego najstarszego Sonne, który był wtedy mały i któremu powierzyłem trzymanie nogi pacjenta. A żona moja, przy nadziei, przybiegła i przytrzymała pierś chorego.
Tymczasem wybitni profesorowie nauk medycznych spierali się o to, czy pobierać krew z tej samej, czy też z przeciwnej strony, z której dokuczały pacjentowi „złe humory”. A kiedy lekarze przeprowadzający sekcję zwłok odkrywali, że narządy wyglądają inaczej niż na rysunkach anatomicznych Galena, wzorowanych na świniach, winili za to martwe ciała, obstawając przy obowiązujących teoriach.
Pacjenci wiedzieli, co z tego wynika. Dramatopisarz Molier pisał: „Lekarze potrafią mówić po łacinie, znają wszystkie dawne greckie nazwy chorób. Ale o ich leczeniu nie mają najmniejszego pojęcia”. Na renesansowych zabawach parodyści, tacy jak doktor Braggart, wygłaszali mądrości w rodzaju: „Chory nie może żądać, by czuł się dobrze” lub: „Ten, kto chodzi, nie jest martwy”. Nawet Leonardo Fioravanti, znany szesnastowieczny lekarz, zauważył niezgodność między renesansową myślą a rzeczywistością tej epoki: „Oglądając sekcję zwłok, nigdy nie widziałem żadnej flegmy, żółci czarnej ani żółtej czy też ducha życia ani żadnych innych rzeczy, które wyśnili medycy”.
Tego rodzaju „nieistotne” szczegóły nie powstrzymywały jednak światłych lekarzy renesansu przed powtarzaniem błędów z przeszłości lub popełnianiem jeszcze gorszych.
Leczenie króla
Kiedy król Karol II zmarł nieoczekiwanie w 1685 roku, jego lojalni poddani domagali się wyjaśnień. Medycy zmarłego władcy, chcąc uchronić się przed oskarżeniami, wydali kilka tomów pamiętników i dzienników. W ten sposób starali się ostatecznie udowodnić, że król otrzymał możliwie najlepszą opiekę.
Drugiego lutego Karol II obudził się chory. Przerwano golenie i upuszczono mu pół litra krwi. Wezwano przez posłańca najlepszych lekarzy i za pomocą baniek odciągnięto kolejną porcję krwi – około ćwierć litra.
Nakłoniono Jego Królewską Mość do połknięcia antymonu, toksycznego metalu. Wymiotował, więc zaaplikowano mu serię lewatyw. Zgolono mu włosy i posmarowano czaszkę środkami wywołującymi oparzenia, aby sprowadzić w dół wszelkie szkodliwe humory.
Na podeszwy stóp króla przyłożono plastry z drażniącymi substancjami chemicznymi, zawierające między innymi gołębie odchody, aby przyciągnąć opadające humory. Następnie upuszczono 300 mililitrów krwi.
Podawano królowi słodycze z białego cukru, aby podnieść go na duchu, a potem dźgano rozpalonym do czerwoności pogrzebaczem. Później dostał czterdzieści kropli wydzielin z „czaszki człowieka, który nie został pochowany”. Mimo to, jak zapewniano, zmarł bardzo gwałtowną śmiercią. Na koniec wepchnięto do królewskiego gardła rozkruszone kamienie z jelit kozła pochodzącego z Indii Wschodnich (Indonezji).
Karol II wyzionął ducha 6 lutego 1685 roku.
Lekarze z dziobami
W latach zarazy wielu, jeśli nie większość, „lekarzy” ukrywało się przed pacjentami lub po prostu uciekało. Pozostali odważni, najczęściej ówcześni chirurdzy, którzy starali się chronić przed zarażeniem za pomocą masek przypominających głowy ptaków z dziobami o długości dochodzącej do czterdziestu pięciu centymetrów. Nazywano ich czasem dziobatymi lekarzami.
Dzioby te działały niczym prymitywne maski gazowe – wypełniano je aromatycznymi ziołami i przyprawami, żeby stłumić zapach „skażonego powietrza”. Otwory na oczy znajdujące się w maskach zakrywano barwionymi na czerwono szkłami, co miało odwrócić zły urok.
O lekarzach z dziobami napisano w jednym z siedemnastowiecznych wierszy:
Gdy do pacjentów ich się woła,
Tam, gdzie zaraza szaleje dookoła,
Ich kapelusze i peleryny według mody nowej
Z ceraty uszyte i o barwie sowiej,
Na oczy maski im się robi ze szkłami,
A w dziobach mają odtrutkę, co mami,
By powietrze morowe nie zrobiło im krzywdy
Ani trwogi w medykach nie wzbudzało nigdy.
Cały ich strój składał się z długiego do kostek płaszcza, wysmarowanego woskiem lub łojem, oraz dodatków, takich jak rękawice, buty i dopasowany kapelusz, a także z amuletów z wysuszonej krwi lub mielonych ropuch. Drewniana laska, zwana kijem do łaskotania, pozwalała medykowi trącać lub dźgać pacjenta na odległość.
Maść na broń i magiczny proszek
Głównym składnikiem „balsamu na oręż” był mech porastający czaszkę złodzieja niedawno powieszonego na łańcuchu. Ale to nie skład odróżniał ten preparat od pozostałych środków leczniczych – kojącą maść nakładano nie na ranę, lecz na broń, która tę ranę zadała. Wybitni siedemnastowieczni lekarze, którzy wierzyli w działanie tej metody, stosowali ją do uzdrawiania pacjentów.
Ponieważ było wiadome, że proszenie zajadłego wroga o oddanie po walce miecza, który przyniósł mu szczęście, wymaga pewnej odwagi, po namyśle wysnuto wniosek, że „uzdrawianie” za pomocą drewnianej repliki takiej broni będzie równie skuteczne.
Tymczasem Kościół katolicki mocno tępił czarownice i czarnoksięstwo. Nawet duchowny William Perkins, należący do umiarkowanie purytańskiego odłamu kościoła anglikańskiego, stwierdził: „Najstraszniejszym i najbardziej ohydnym potworem jest… wiedźma”.
Nie chcąc znaleźć się w tych dysputach po niewłaściwej stronie, lekarze robili, co mogli, żeby wykazać „naukowe” podstawy balsamu na broń. Znany europejski lekarz Daniel Beckher oświadczył, że moc tej maści pochodzi z koagulacji duszy skazańca z duchami zwierząt. Wkrótce po połączeniu się z jego esencją życiową – twierdził Beckher – duchy te kierują się w górę. Podczas wieszania człowieka owe duchy wyskakują z jego czaszki. Beckher swoje teorie opierał na dziele słynnego Gocleniusza Młodszego, który, choć oskarżony o zadawanie się z demonami, przedstawił swoją teorię actio in distan (działania na odległość). Niemiecki uczony Johann Hartman i jego prywatna uczelnia chemiczna również zadeklarowali swoją pomoc w wyjaśnieniu tej teorii.
Jeszcze lepszy od maści na broń i częściej stosowany był proszek działający na zasadzie magii sympatycznej – syntetyzowany, krystalizowany, a następnie aplikowany w coraz większych dawkach. Głównym zwolennikiem tego leku był sir Kenelm Digby, który w 1658 roku wygłosił poświęcony mu wykład. Obecni na nim byli „uczeni mężowie” z Montpellier, gdzie znajdowała się siedziba jednej z najlepszych na świecie akademii medycznych. Digby opisał przypadek niejakiego pana J. Howella, który został ranny podczas próby przerwania pojedynku. Howell wyzdrowiał, kiedy Digby znajdujący się w innym pokoju zanurzał bieliznę pacjenta w magicznym proszku. Innym razem pewien stolarz zranił się przypadkowo siekierą. Gdy to narzędzie posypano proszkiem, ów człowiek odzyskał siły. Lekarze byli jednak zaskoczeni, gdy stan chorego nagle zaczął się pogarszać. Faktycznie okazało się, że winna wszystkiemu siekiera spadła z gwoździa, na którym wisiała, strząsając z siebie proszek.
W czasach panującej wciąż mody na polowania na czarownice Highmore z Oksfordu oznajmił, że skuteczność proszku wynika z jednoczesnego działania cząsteczek, płynów oraz porów przy udziale „soli safryjskiej”. Osobom o bardziej ścisłych umysłach wyjaśnił, że „ostre kąty robią otwory w kapilarach, powodując wypływanie krwi”.
Leczący na odległość proszek wydawał się tak skuteczny, że w pewnym pamflecie z 1687 roku zaproponowano, aby użyć go do rozwiązania niektórych trudnych problemów dotyczących długości geograficznej, jakie od wieków były zmorą żeglarzy. Człowiek znajdujący się na lądzie miałby dostać bandaż, którym owijano rannego psa, a samo zwierzę wysłano by na morze. Gdyby zanurzyć bandaż w magicznym proszku o ustalonej porze, pies na pokładzie statku zaskowyczałby, co by oznaczało: „Słońce znajduje się na tym południku, na którym leży Londyn”. Porównując czas londyński z własnym, nawet najbardziej tępy kapitan ustaliłby dokładnie swoje położenie.
Balsam i proszek na swój sposób rzeczywiście działały. Pozwalały bowiem na to, by lekarze nie musieli dotykać pacjentów, a rany goiły się same.
Wielki Paracelsus
Za sprawą niezłej znajomości chemii, jak też niechęci do dawnych metod leczenia, Paracelsus wstrząsnął podwalinami medycyny okresu renesansu. Równocześnie wierzył w elfy, nimfy, ludzi wody oraz ognia, sylfy (duchy powietrza), błędne ogniki i gnomy czy też skrzaty zamieszkujące kopalnie, z których wydobywano cenne uzdrawiające metale.
Paracelsus traktował z pogardą księgi medyczne oraz ludzi, którzy je czytali, a we własnych dziełach, obejmujących 7500 stron, zamieszczał takie uwagi: „Im bardziej kto uczony, tym więcej zdeprawowany” oraz „Nawet rakarz nie nauczy się swego rzemiosła z książek”. Najbardziej lubił pisać o swojej niechęci do lekarzy, a oni bez skrupułów odwzajemniali mu ten brak sympatii.
W 1527 roku Paracelsus wydał następujące oświadczenie:
Słynny doktor Paracelsus, lekarz miejski, będzie przemawiał jutro w południe. Poruszy takie tematy, jak niewiedza, chciwość, pycha i próżność medyków Bazylei.
Na wypadek, gdyby ktoś jeszcze nie zrozumiał jego opinii, wrzucał do ognia ulubione przez lekarzy klasyczne dzieła medyczne i oskarżał medyków o to, że są oszustami i dusigroszami. Porządni lekarze z Bazylei wespół z uczniami samego Paracelsusa wygnali go z miasta.
W ten sposób rozpoczął się dla Paracelsusa okres wędrówek, w którym doskonalił swoje umiejętności. Dowiedział się na przykład, że gwiazdy powodują choroby w wyniku parowania, a orchidee leczą schorzenia weneryczne, ponieważ wyglądem przypominają jądra.
Na starość Paracelsus odrzucał tradycyjną anatomię i chirurgię, a w ich miejsce proponował „żywiolaki” – pół ludzie, pół duchy, po części ludzie, zdolne leczyć choroby i różnego rodzaju zaburzenia. Wymyślił nazwę „gnom” na określenie niewielkich pomarszczonych staruszków z długimi białymi brodami, którzy przechodzili przez skały. Gnomy nosiły brązowe stroje, wyłaniały się z pni drzew i były pomocne w składaniu złamanych kości. Najpotężniejsze z żywiolaków – salamandry, widywano często, gdy zaglądały do domów. Leczyły one podobno choroby wątroby.
Paracelsus uważał, że znacznie wyprzedził sobie współczesnych. Pisał:
Jam Theoprastus [Paracelsus]. Potrafię dowieść tego, czego wy nie potraficie udowodnić, każdy mały włosek na mojej szyi wie więcej niż wszyscy wasi skrybowie, a sprzączki przy moich butach są bardziej uczone od Galena i Awicenny.
Paracelsus zmarł w 1541 roku, uwielbiany przez nielicznych i znienawidzony przez większość.
Tekst jest fragmentem książki Jak dawniej leczono Wydawnictwa RM, Belofsky Nathan, s. 51-58.
Fot. Miedzioryt przedstawiający doktora Schnabla