Krzysztof Drozdowski, Medyczne zbrodnie nazistów
II wojna światowa przyniosła światu wiele nowego typu wynalazków, które odmieniły oblicze globu. Nowoczesna broń, z atomową na czele, odkryto nowe prawa fizyki i wszechświata. Nastąpił również ogromny skok w medycynie. Wynaleziono nowe szczepionki, opracowano wiele nowych lekarstw i metod leczniczych. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę, że spora doza tych osiągnięć, zwłaszcza w medycynie, ma swój rodowód w nazistowskich badaniach na ludziach. I właśnie o tym jest książka Krzysztofa Drozdowskiego pod tytułem „Medyczne zbrodnie nazistów”.
Publikacja w wielu fragmentach jest mocna, zwłaszcza wówczas, gdy Autor przytacza fragmenty nazistowskich wypowiedzi, które stanowiły asumpt do prowadzenia coraz to nowszych, a jednocześnie bardziej krwawych, przedsięwzięć i eksperymentów. Zresztą aż prosi się, aby przytoczyć pewną dawną maksymę, że „W czasie wojny milczą prawa”. Dosłownie, nie w przenośni.
Systemowa eutanazja, początek Zagłady
Większość ludzkości ma jako taką świadomość odnośnie zbrodni, jakie popełniali naziści na innych narodach. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę, że zaczęły się one od własnych rodaków. Bowiem niemieccy lekarze, a później i sam Hitler, wierzyli w walkę ras, albo jak to zwali „darwinizm ludzki”. Pogląd ten polegał na tym, że chciano stworzyć ludzi doskonałych – zdrowych, inteligentnych, czystych rasowo. Wszyscy, którzy nie wpisywali się w ten schemat, mieli być usunięci. Albo wymowniej – wymazani…
Najpierw dotyczyło to tylko dzieci i ludzi dotkniętych wadami rozwojowymi – bez nóg, z autyzmem (choć wtedy nie znano tej jednostki chorobowej). Następnie zajęto się osobami z chorobami psychicznymi, zespołem Downa i innymi „mankamentami”, które niweczyły niemiecki obraz „zdrowego społeczeństwa”.
Wkrótce program eutanazji, ukryty przed większością niemieckiej społeczności, rozszerzono na „upośledzone narody” – Żydów, Cyganów, Romów, Słowian…
Programów tego typu było kilka, myślę, że nie trzeba przytaczać ich nazw. Za to zdecydowanie lepiej ujął to sam Drozdowski. Dlatego oddajmy mu głos:
„W jej ramach program eutanazji został zdecentralizowany, co oznaczało, że pomimo iż działały ośrodki w Bernburgu, Sonnenstein oraz Hartheim, mordów dokonywano od teraz w mniejszych, a zarazem liczniejszych placówkach w całej Rzeszy. Rozszerzono też znacznie kategorie osób podlegających programowi T4. Włączono doń tzw. element antyspołeczny, który nie nadawał się do zawierania małżeństwa, a w tym samym płodzeniu dzieci. Na celowniku znalazły się prostytutki, naganiacze, nędzarze, oszuści, szulerzy, fałszerze, histerycy, homoseksualiści oraz „niepoprawni obibocy”. Do zabijania zalecano stosowanie specjalnej diety głodowej, prowadzącej do powolnej śmierci, która powinna nastąpić po mniej więcej trzech miesiącach. Od 1934 roku rozpoczęto również organizację Aktion Brandt, która oficjalnie polegała na przenosinach osób psychicznie chorych z placówek zagrożonych bombardowaniami alianckimi do rejonów mniej zagrożonych. W rzeczywistości dokonywano jednak nie relokacji, a mordowano te osoby, co pozwalało na zwalnianie łóżek dla rannych cywili i żołnierzy Wehrmachtu” (2. 62-63).
Medyczne eksperymenty
Oczywiście, niemiecka machina wojenna nie mogła i nie chciała poprzestać na mordowaniu własnych „ułomnych” obywateli, ale i „podlejszego gatunku narodów”. Stworzenie całego przemysłu zagłady nie było łatwym przedsięwzięciem, zwłaszcza, że na wielu frontach Europy i Afryki, trwały zacięte walki.
Niemniej niemieccy wynalazcy, a wraz z nimi i lekarze, dokładali wszelkich starań, aby mordów dokonywać jak najsprawniej, z zachowaniem „ludzkiego oblicza”. Argumentowano, że mordy te są wynikiem dobrego serca, a nie wyrachowanej polityki genetycznej. Oczywiście słowa w cudzysłowie są okrutnym sarkazmem.
Przy okazji systemowego eliminowania innych narodów, niemieccy lekarze prowadzili swoje eksperymenty. Jeszcze nim Hitler zdobył władzę w Niemczech, poszczególni medycy postulowali przeprowadzenie różnych eksperymentów, które miały przyczynić się do postępu ludzkości.
Jednak dopiero gdy naziści umocnili swą władzę, lekarze ci otrzymali zielone światło do prowadzenia własnych badań. Chciałoby się napisać „pseudo-badań”, ale przecież to nieprawda. Trzeba mieć bowiem świadomość, że cała niemiecka machina państwowa oraz prywatne koncerny medyczne, skupione były na finansowaniu tego typu przedsięwzięć, i dostarczaniu „badaczom” materiałów do eksperymentów.
Materiałem tym byli przede wszystkim więźniowie, osoby upośledzone umysłowo, a także przedstawiciele innych nacji i narodów. Prym w byciu „materiałem naukowym” wiedli Żydzi i Polacy. W specjalnych transportach rozsyłano określone typy ludzkie po różnego typu ośrodkach badawczych czy obozach koncentracyjnych.
„Obiekty” poddawano różnego typu zabiegom, począwszy od różnych metod sterylizacji, poprzez podejmowanie prób wytworzenia sztucznej spermy, na wszczepianiu obcego materiału genetycznego ludziom (np. małp).
Badaniom poddawano również różnego typu czynniki chorobotwórcze – od malarii, przez dur brzuszny, żółtaczkę… Na potrzeby wojny przeprowadzano eksperymenty z przeszczepami kości, z ranami ciętymi, oparzeniami… Poddawano ludzi próbom wpływu wysokiego lub niskiego ciśnienia, skutkom wyziębieniem. Sprawdzano, jak ludzki organizm zareaguje na obce czynniki – pojeniem ludzi słoną wodą i spożywaniem suchych wiórów drewnianych… Co chciano tym osiągnąć? Musicie przekonać się sami, sięgając po tę ciekawą pozycję.
Kończąc ten wątek, należy zauważyć, że zdecydowana większość tych eksperymentów kończyła się śmiercią. A nawet jeśli badania przynosiły oczekiwane rezultaty, badanych likwidowano. Czemu? Aby nie stanowili dowodu obciążającego system hitlerowski. A tak nie czyni przecież naukowiec, który pragnie badać obiekt eksperymentu, tylko zwykły morderca.
Medyczne zbrodnie nazistów – podsumowanie
Książka liczy sobie 320 stron tekstu okraszonego niewielką ilością zdjęć – medycznych zabójców, dokumentów, plakatów i wszelkiej maści innych zdjęć dotyczących opisywanego w publikacji tematu.
Publikacja jest mocna. Autor umieścił w tekście wiele ciekawych fragmentów dokumentów i wypowiedzi, z którymi rzadko można się spotkać. Być może niektóre z nich są dostępne polskiemu czytelnikowi po raz pierwszy. (na pewno mi).
Choć temat niemieckich badań medycznych jest zasadniczo często poruszany, to jednak Krzysztof Drozdowski umieścił w swej książce taką wysublimowaną pigułkę najważniejszych zagadnień. Całość opisana jest przystępnym językiem, który nie tylko nie nudzi, ale i zmusza czytelnika do dalszych poszukiwań. Można pokusić się o tezę, że książka Drozdowskiego jest pięknie mówiącym heroldem. Polecam wam tę pozycje naprawdę gorąco.
Wydawnictwo Replika
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Replika. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.