Na trwogę bije dzwon okładka

Na trwogę bije dzwon |Recenzja

Na trwogę bije dzwon

Życie w odrodzonej Polsce nie należało do łatwych. Z trzech różnych zaborów trzeba było „uszyć” jeden, spójny organizm państwowy. Społeczeństwo, które przez lata nasiąkało wpływami trzech zaborczych mocarstw, musiało odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Gdy po długich staraniach ten cel został wreszcie osiągnięty, pewien niespełniony malarz z Austrii postanowił wstrząsnąć całą Europą i sprawdzić, jak wiele jeszcze może zyskać. Komisarz Fiszer, bohater powieści Ryszarda Ćwirleja Na trwogę bije dzwon, staje przed wyjątkowo trudnym zadaniem. Musi przeniknąć do tajnych struktur niemieckich towarzystw śpiewaczych i odkryć, jakie sekrety kryją się za ich fasadą. Wyniki śledztwa mogą okazać się nie tylko zaskakujące, ale i wstrząsające, zmieniając obraz rzeczywistości, w której przyszło mu działać.

Międzywojenny Poznań – miasto pełne uroku, niespodzianek i niebezpieczeństw

Po zakończeniu lektury Na trwogę bije dzwon, postanowiłem dowiedzieć się więcej o jej Autorze. Ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że ma on na swoim koncie całkiem pokaźny dorobek literacki, a książka, której głównym bohaterem jest komisarz Antoni Fiszer, nie jest debiutem, lecz kolejną częścią serii. W przyszłości zamierzam zapoznać się z przynajmniej większością jego dzieł.

Akcja powieści toczy się w Poznaniu – mieście-symbolu powstania wielkopolskiego, kojarzonym z heroiczną walką o niepodległość, ale także z rezerwy wobec postaci Józefa Piłsudskiego. Ten aspekt ma kluczowe znaczenie, ponieważ akcja książki toczy się w ostatnim roku przed wybuchem II wojny światowej – w schyłkowym okresie rządów sanacji.

Nad Polską unosi się widmo nieuchronnego konfliktu, choć jeszcze nie wiadomo, z kim przyjdzie się zmierzyć. Atmosfera napięcia i niepewności jest wyczuwalna po każdej stronie.

Powieściowy Poznań przypomina Sandomierz z popularnego serialu TVP – zło i przestępstwo czai się tu za każdym rogiem, jeśli tylko zapuścić się w nieodpowiednie miejsce lub trafić do niewłaściwej dzielnicy. Co więcej, mimo upływu dwudziestu lat od zakończenia Wielkiej Wojny, nadal ścierają się tutaj wpływy niemieckie i polskie.

Polacy, stanowczo przeciwni powrotowi niemieckiej dominacji, starają się ograniczać wpływy germanizacji, podczas gdy Niemcy pragną odzyskać swoją pozycję i ponownie odgrywać kluczową rolę na tych terenach.

Powieść, dzięki osadzeniu w konkretnych czasie i miejscu, staje się barwnym portretem ówczesnego społeczeństwa w niemal wszystkich jego warstwach – od bogatego mieszczaństwa, przez robotników, środowisko inteligenckie, aż po hermetyczny świat przestępczy.

Każdy z tych czterech obrazów w finale okazuje się wyjątkowo żywy, sugestywny i pełen charakterystycznych cech dla swojej grupy, a także wzbogacony o elementy humorystyczne. Poznań – Posen – jawi się w powieści jako mikrokosmos ówczesnej Polski: kraju przytłoczonego problemami, który stopniowo tracił swojego ducha i energię – tak potrzebne w obliczu nadchodzących wyzwań.

To nie pokój – to rozejm na dwadzieścia lat!

Celowo przywołuję tutaj słowa francuskiego marszałka Ferdinanda Focha, wypowiedziane tuż po podpisaniu traktatu wersalskiego. Czas pokazał, że jego przewidywania były nadzwyczaj trafne. W tym kontekście zmierzam jednak do refleksji na temat lektury. Z treści wynika, że nadchodząca wojna nie była dla polskiego wywiadu zaskoczeniem.

Wręcz przeciwnie – nasze służby kontrwywiadowcze z dużym zaangażowaniem przygotowywały się na ten tragiczny moment, przeprowadzając skuteczne rozpoznanie, nie zaniedbując żadnych środków ostrożności. Polskie służby miały pełną świadomość powagi sytuacji i opracowały plan na wypadek klęski wojny obronnej.

Cieszy, że autor przyjął właśnie taką narrację, unikając stereotypowego i krzywdzącego przedstawiania wojskowych w negatywnym świetle, co niestety wciąż zdarza się w niektórych publikacjach. W świetle współczesnych badań historycznych takie podejście jest wyjątkowo niesprawiedliwe, dlatego tym bardziej doceniam uczciwe i wyważone ujęcie tego tematu.

Autor umiejętnie łączy elementy historyczne z sensacją i kryminałem, nadając tym wątkom w książce odpowiednią przestrzeń. Już od pierwszego rozdziału czytelnik ma poczucie, że wkracza w pasjonującą opowieść. Przeszłość splata się tu z teraźniejszością, a nierozwiązane sprawy z dawnych lat wypływają na powierzchnię w najmniej spodziewanych momentach.

Autor doskonale czuje epokę, o której pisze. Zwraca uwagę na detale – od strojów mężczyzn i kobiet, przez różnice w mundurach i otokach, aż po opisy broni służbowej. Jako czytelnik szczególnie cenię dbałość o szczegóły, a w tym przypadku wszystko zostało dopracowane na najwyższym poziomie. Lata 30. XX wieku zostały odtworzone z precyzją, której należało oczekiwać. Wyrazy uznania za wierność realiom i niezwykłą staranność w oddaniu klimatu tamtych czasów.

Mantel, glanc, ćmik, nygus, poruta, szczun i winkiel

Oczywiście, że to słowa pochodzące z gwary wielkopolskiej! W całej powieści odgrywa ona istotną rolę, ponieważ bohaterowie w swobodnych sytuacjach, kiedy nie muszą trzymać się zasad poprawnej polszczyzny, rozmawiają właśnie w taki sposób. Na przykład dwóch złodziejaszków nie daje sobie przysłowiowego lania, lecz “dekają się”.

Przyznam otwarcie, że dla osoby urodzonej na południu Polski, w okolicach Częstochowy, gwara poznańska brzmi dość egzotycznie. Z drugiej strony nadaje opowieści wyjątkowego kolorytu i przekonuje czytelnika, że ten Poznań i Wielkopolska nie są przypadkowym tłem ani elementem fikcji, ale autentycznym i dobrze przemyślanym miejscem akcji.

Najciekawsze jest jednak to, jak wykorzystanie języka regionalnego wpływa na kształtowanie humoru w fabule. To niezwykle udany zabieg stylistyczny, który nadaje opowieści lekkości i swobody. Sam wielokrotnie wybuchałem głośnym śmiechem, czytając mniej oficjalne dialogi funkcjonariuszy Wydziału II, szczególnie tam, gdzie sztywny służbowy „ordnung” ustępował miejsca luźniejszej atmosferze.

Pojawiło się u mnie głębokie wzruszenie w zupełnie innym momencie – wszędzie tam, gdzie bohaterowie poruszali się „dryndą” (dorożką). Od dziecka mam słabość do koni, więc te opisy szczególnie mnie poruszyły. Zamykając oczy, mogłem niemal przenieść się w centrum ośnieżonego Poznania, z brukowanymi ulicami, po których z głośnym echem stukały podbite podkowami końskie kopyta.

Szczególnie ciepło zrobiło mi się na sercu, gdy przeczytałem, że jedna z zaprzężonych klaczy nosiła swojskie i tradycyjne imię – Basia. To drobny, ale niezwykle uroczy szczegół, za który jestem Autorowi serdecznie wdzięczny. Dzięki takim detalom powieść nabiera wyjątkowego klimatu i autentyczności.

Zbrodnia to niesłychana – kto zabił dyrektora szkoły i jego rodzinę?

Znam już rozwiązanie tej zagadki, ale nie odbiorę Wam przyjemności odkrywania jej samodzielnie. Mogę jedynie zdradzić, że moje początkowe założenia śledcze okazały się częściowo trafne. W miarę lektury jednak wielokrotnie musiałem weryfikować swoje poglądy.

Bawiłem się przy tym znakomicie. Przy tak wielu wątkach, które przeplatają się w książce, nietrudno było stracić z oczu główne śledztwo. Na szczęście wszystkie prowadzą do satysfakcjonującego rozwiązania. To właśnie morderstwo urzędnika i jego rodziny, opisane już w pierwszej części, staje się iskrą zapalną dla lawiny wydarzeń, której nie sposób zatrzymać.

Cała okolica snuła zapewne domysły na temat tego, co wydarzyło się pewnego zimowego wieczoru w Gaju Małym. Od początku było jasne, że nie był to zwykły przypadek. Jednak jeszcze bardziej niż sama zbrodnia, intrygowały motywy, które pchnęły sprawcę do jej popełnienia. Przeszłość upomniała się o swoje prawa, stare konflikty dały o sobie znać.

Ktoś miał konkretny cel, a ofiara wiedziała zbyt wiele. Nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy, jeśli napiszę, że u źródeł tej tragedii leżały napięcia polityczne, a może wręcz narodowe. Nazizm w Niemczech zyskiwał coraz większe poparcie, a poglądy Kanclerza ewoluowały w sposób, który dziś znamy z podręczników historii.

Post scriptum

Na trwogę bije dzwon – ten tytuł nie jest przypadkowy. Niepewność coraz mocniej wkrada się w serca ludzi, a pytanie „co będzie, jeśli wojna jednak wybuchnie?” brzmi coraz głośniej. Ci, którzy nie dysponowali odpowiednimi informacjami, łudzili się do ostatniej chwili. Na próżno. Polska okazała się zbyt słaba, a niemiecka machina wojenna – zbyt potężna.

Od strony literackiej powieść prezentuje wysoki poziom i trudno jej cokolwiek zarzucić. Jedynym mankamentem, jaki dostrzegłem, jest długość niektórych rozdziałów – wydają się nieco za obszerne. Podział na krótsze fragmenty z pewnością uczyniłby lekturę bardziej dynamiczną i przystępną.

Narracja w powieści została przedstawiona w niezwykle interesujący sposób. Wszechwiedzący trzecioosobowy narrator w pewnych momentach ustępuje miejsca pierwszoosobowej perspektywie komisarza Antoniego Fiszera, by następnie płynnie przejść do rozdziałów pełnych retrospekcji. Taka zmienność narracyjna dodaje dynamiki i głębi opowieści.

Autor doskonale oddaje również sposób mówienia poszczególnych grup zawodowych. Oficerowie na służbie zwracają się do siebie w zupełnie inny sposób niż szeregowi policjanci, a jeszcze inaczej brzmią dialogi braci Kazimierczaków czy starego złodzieja Feliksiaka. Każda postać ma swój unikalny głos, co wzmacnia autentyczność świata przedstawionego.

Po raz kolejny przenosimy się do rzeczywistości, która bezpowrotnie przeminęła. Dziś nikt już nie spaceruje ulicami w płaszczu i kapeluszu, nikt nie znajduje czasu, by po prostu usiąść w fotelu i wypić z przyjacielem kieliszek koniaku. Rodzina straciła dawną wartość, a radość płynąca z drobnych przyjemności, takich jak słuchanie radia, odeszła w zapomnienie. Nawet zimy nie są już tak śnieżne, jak w tamtych czasach.

Powieść robi doskonałe wrażenie zarówno pod względem konstrukcji, jak i przyjemności płynącej z lektury. Piszę to jako osoba, która po raz pierwszy miała okazję spotkać się z komisarzem Fiszerem i twórczością Ryszarda Ćwirleja. Moje obawy, czy bez znajomości wcześniejszych tomów odnajdę się w fabule, okazały się całkowicie nieuzasadnione.

Choć znajomość poprzednich części mogłaby stanowić dodatkowy atut, nie jest ona niezbędna, by w pełni cieszyć się tą opowieścią. Każdą część można czytać jako samodzielną historię, co dowodzi niezwykłego talentu autora do budowania spójnej, a zarazem autonomicznej narracji.

Ryszard Ćwirlej zachwyca nie tylko doskonałym warsztatem, ale i wyjątkowym darem snucia opowieści. Jego wyobraźnia wydaje się nieograniczona, a lekkość, z jaką prowadzi czytelnika przez kolejne rozdziały, budzi prawdziwy podziw.

To powieść pełna humoru i prostoty, ale również wartości ponadczasowych – takich jak patriotyzm, szacunek, profesjonalizm czy oddanie sprawie. Na trwogę bije dzwon to lektura, którą warto poznać i docenić. Jestem pewien, że się nie zawiedziecie. To z pewnością nie będzie czas stracony, a komisarz Fiszer i jego podkomendni na długo pozostaną Wam bliscy, tak jak stali się bliscy mnie.


Wydawnictwo Agora
Ocena recenzenta: 5/6
Dominik Majczak


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Agora.

Comments are closed.