W mroku okupacyjnej codzienności rodziły się historie, które na zawsze odcisnęły ślad w pamięci regionu. Zwyczajni chłopcy, jeszcze niedawno związani z ziemią i gospodarstwem, stawali się żołnierzami, gotowymi zaryzykować życie dla wolności. Akcje partyzantów Zgrupowania BCh „Ośka” pokazały, że determinacja i odwaga mogą przełamać strach, a walka prowadzona wśród pól i lasów stać się legendą.
Od przyjęcia nazwy Zgrupowanie Partyzanckie Batalionów Chłopskich „Ośka” żołnierze Jana Sońty „Ośki” weszli w spektakularny etap walki, stając się najpoważniejszą i niepokonaną siłą w rejonie iłżeckim.
Na odbytej pod koniec maja 1943 roku w Ostrownicy walnej naradzie z udziałem „Bartosa” Jana Gruszki, komendanta obwodu III BCh Iłża, postanowiono unikać częstych, zwracających niemiecką uwagę koncentracji i przy okazji dokonać reorganizacji. Od tamtego momentu całość sił podzielona została na cztery autonomiczne pododdziały pod komendą Tadka Wojtyniaka „Bacy”, Antka Majewskiego „Trojana”, Mietka Pawlaka „Krótki” i Zygi Dąbrowskiego „Szeli”. W związku z tym jesienią mianowano szefa sztabu, którym został doświadczony „Hiszpan” (partyzanckie wspomnienia nie podają jego nazwiska).
W tamtym okresie zgrupowanie liczyło ponad dwustu żołnierzy taktycznych oraz dwustu pięćdziesięciu zakonspirowanych. Ludowy Związek Kobiet (LZK) tworzyło dwadzieścia sześć dziewczyn. Szesnaście placówek, trzynaście punktów sanitarnych, dwa kolportażowe, główny magazyn broni w Kroczowie u Walerego Pastuszko „Gubernatora”, ponadto trzy pomniejsze – w Wincentowie, nad którym pieczę sprawował Piotr Bieńkowski „Piotr”, w Tymienicy Nowej u Franciszka „Odważnego” Wólczyńskiego, tudzież w Rawicy u Władysława „Spokojnego” Kozunia.
Podstawę uzbrojenia stanowiły trzy elkaemy, osiem erkaemów, dziesięć pistoletów maszynowych, niemal setka karabinów, trzydzieści cztery pistolety, parę rewolwerów, trzy rakietnice, w przybliżeniu trzydzieści tysięcy sztuk amunicji, osiem lornetek, około trzysta – w większości obronnych – granatów. Na placówkach ukrytych było około dziewięćdziesięciu karabinów, dwadzieścia pistoletów, kilkadziesiąt granatów i sześć tysięcy naboi.
Broń pochodziła głównie z akcji bojowych oraz rozbrojeń przeciwnika, w niewielkim zakresie posiadając wrześniową proweniencję. BCh nie mogły liczyć na zrzuty; mało tego, nadchodząca akcja scaleniowo-podporządkowująca niosła ze sobą obowiązek przekazania części broni na rzecz AK.
Ośkowcy także całkowicie własnym sumptem prowadzili działalność kwatermistrzowską, opierając się zasadniczo na rekwizycjach w liegenszaftach, magazynach oraz niemieckich składach. Przy okazji narady duży nacisk położono na kwestię jednolitego umundurowania, akcentując potrzebę zachowania cech polskiego uniformu, a głównie zapewnienia obuwia. Nierzadko chłopakom wystawały palce.
Liegenschaft – (niem. Die Liegenschaft) to duży majątek ziemski w Generalnej Guberni zarządzany przez niemieckiego pełnomocnika.
14 czerwca 1943 roku – rozbrojenie Niemców w Kroczowie
Niemcy stanowiący ochronę budowy linii kolejowej i kwaterujący w kroczowskim majątku Rutkowskich posiadali niezły arsenalik. Ten łakomy kąsek postanowiono zdobyć przy użyciu podstępu, bez użycia broni. Krótko po dwudziestej drugiej grupa „Bacy” i „Ośki” obezwładniła wartę. Pozostali wehrmachtowcy siedzieli zabarykadowani w budynku. Początkowe pertraktacje nie przyniosły skutku, dopiero perswazje wartowników uzmysłowiły bezcelowość oporu. Uzyskawszy gwarancje zachowania życia w związku z poprawnym zachowaniem wobec ludności, żołnierze niemieccy poddali się.
Łupem padło szesnaście kabeków, cztery peemy, jedenaście pistoletów, dwie rakietnice, czterdzieści dwa granaty i do czterech tysięcy różnorakiej amunicji, a w pakiecie sporo oporządzenia, w tym wojskowe kamasze.
Pierwszy oddział konny
Od lata 1943 roku Zgrupowanie powiększyło się o konnicę. Brak kawaleryjskiego pododdziału dawał się odczuć już od dawna. Sławetne nadiłżańskie piaski mocno doskwierały pieszym partyzantom, a cóż dopiero, kiedy konieczne było dostarczenie nocą pilnego meldunku. Stworzenie pododdziału konnego stało się potrzebą chwili.
Wkrótce nadarzyła się okazja. W Grabowie (pow. kozienicki) znajdował się duży i zasobny liegenschaft, chroniony przez pododdział niemiecki. Zadanie jego zdobycia otrzymał „Baca”, do czego przystąpił w trzecim tygodniu czerwca. Tym razem, w odróżnieniu od operacji w Kroczowie, nie obyło się bez wymiany ognia, jednak dopiero użycie trotylu przyniosło sukces.
Zdobyto jedenaście karabinów, jeden rkm, dwa peemy, cztery pistolety, trzydzieści granatów, tudzież sporo nabojów, nie wyłączając dodatkowego sprzętu wojskowego, a co istotne – kilka sztuk trzody chlewnej, pokaźną ilość żywności oraz tak bardzo pożądane konie wierzchowe. Właśnie owe rumaki dały początek konnej formacji.
Wysadzenie pociągu amunicyjnego
Na przełomie sierpnia i września 1943 roku komendant podobwodu puławskiego BCh „Oracz” zwrócił się do dowództwa Zgrupowania o skierowanie plutonu do akcji na pociąg transportujący broń i amunicję. Z początkiem września w tamten rejon udało się kilkunastu ośkowców pod dowództwem „Bacy” i „Trojana”.
Przed świtem 12 września połączone partyzanckie siły w liczbie 130 (135) ludzi, po wielokilometrowym marszu, zaległy na leśnych leżach pod Gołębiem. Pociąg miał przejeżdżać około północy.
Partyzanci zajęli miejsca nieprzerwaną linią wzdłuż torów na przestrzeni kilkuset metrów. Kiedy o spodziewanym czasie, o godzinie 00:04, pojawił się ciągnięty przez dwie lokomotywy oczekiwany transport, doszło do jego zatrzymania. Eskorta z przodu poddała się bez walki, z kolei konwojenci na końcu składu, otworzywszy ogień, bez problemu zostali zlikwidowani.
Niestety pociąg nie zawierał amunicji strzeleckiej, lecz lotniczą i rakietową – głównie rakiety do wyrzutni typu Nebelwerfer (miotacz mgły), tzw. szafy lub krowy – a więc niemożliwe do wykorzystania przez leśne oddziały. Stąd zapadła decyzja o spaleniu pociągu. Większość ludzi wycofała się, pozostawiając na miejscu komando pod dowództwem Zygmunta Kozaka „Waltera”.
Jednego nie przewidziano. Pociski większego kalibru mają pokaźną siłę rażenia tudzież zasięg i ogarnięte płomieniami zaczęły się rozrywać, rażąc odłamkami w promieniu wielu kilometrów. Zagrażały nie tylko wycofującym się partyzantom, ale i mieszkańcom najbliższej wioski. Oddaleni zaledwie o kilka kilometrów od miejsca akcji, partyzanci ponad trzy godziny spędzili wtuleni w leśne runo, przez cały czas poddani „własnej” nawale artyleryjskiej. Na szczęście obyło się bez ofiar.
Dopiero następnej nocy bechowcy opuścili las pokryty mnóstwem połamanych gałęzi. Pełni entuzjazmu po zniszczeniu pięćdziesięciu dwóch amunicyjnych wagonów, partyzanci „Bacy” i „Trojana” około 20 września dołączyli do macierzystego oddziału.
Partyzanci „Ośki” niejednokrotnie współpracowali z oddziałami BCh z innych rejonów. Tak było na przykład w kwietniu następnego roku, kiedy patrol ośkowców i patrol OS BCh „Jastrzębia” z obwodu opatowskiego podczas nocnej akcji wspólnie rozbiły w Nowem zlokalizowany w budynku szkolnym obóz pracy przymusowej dla stu Polaków, dozorowany przez dwudziestu niemieckich strażników.
Po rozbrojeniu warty zaskoczeni partyzanckim atakiem Niemcy poddali się po krótkiej wymianie ognia. Partyzanci zgodnie podzielili się cenną zdobyczą w postaci broni i umundurowania. Rany odniósł jeden z leśnych.
Atak na oddział karnej ekspedycji SS
Czterysta pięćdziesiąt metrów od przeciętego szosą Zwoleń–Lipsko Ciepielowa, w Górkach, tuż za mostem nad Iłżanką, stacjonował oddział ekspedycji karnej SS. Od momentu przybycia i zainstalowania w ufortyfikowanym budynku wczesną jesienią 1942 roku dali się poznać jako bezlitośni wykonawcy polityki III Rzeszy. Ich przybycie zawsze zwiastowało mord.
Po roku obecności tej wyjątkowo bestialskiej formacji zmieniło się nastawienie okolicznej ludności wobec akcji partyzanckich. Wcześniej chłopi obawiali się krwawych reperkusji, lecz jesienią następnego roku wręcz zachęcali swoich bechowców do odwetu [1].
Na zwołanej z końcem sierpnia 1943 roku naradzie dowództwo Zgrupowania podjęło decyzję o dokonaniu ataku. Z uwagi na dużą siłę bojową esesmanów, plan operacji wymagał doskonałego rozpoznania oraz precyzyjnego wykonania. Z doniesień wywiadu wynikało, że z uwagi na ufortyfikowanie esesmańskiej bazy przeprowadzenie frontalnego szturmu mijałoby się z celem.
Postanowiono więc wykorzystać fakt cowieczornego patrolowania przez nazistów Ciepielowa, związać ich walką z zaskoczenia i zadać maksymalne straty, przy jednoczesnym uwzględnieniu przewidywanego uderzenia odsieczy. Akcję wyznaczono na późny wieczór 30 września. Punktem wyjścia, zarazem miejscem zbiórki, był usytuowany tuż za miasteczkiem cmentarz parafialny.
To właśnie tam przed akcją bechowcy natknęli się na leżące tuż przy kamiennym murze ciało znajomego handlarza rąbanką, Kazia Jaśkiewicza z Radomia, którego SS-mani zastrzelili, gdy przypadkowo przejeżdżał na rowerze. Za szmugiel żywności okupant karał bezlitośnie. Zebrani przy świeżych zwłokach partyzanci nie potrzebowali dodatkowej motywacji. Przy tym samym murze rozegrał się też ostatni akt operacji, a mianowicie odparcie wrogiego kontrataku.
Doskonale przeprowadzona operacja przyniosła nie tylko trwałe wyeliminowanie około piętnastu esesmanów, nie licząc rannych. Karne ekspedycje nigdy już nie wyruszyły w teren, zaś po kilkunastu dniach niemieccy oprawcy opuścili Górki. Najwidoczniej władze zwierzchnie uznały, iż nieodwołalnie pękła bariera strachu, prysnął psychologiczny efekt brutalnych pacyfikacji.
Operacja wymagała niezwykłej precyzji, skutecznego wykorzystania elementu zaskoczenia i waleczności, a w praktyce została przeprowadzona iście po mistrzowsku. Po stronie partyzantów poważną ranę w okolicach lewego barku otrzymał „Polityk”, Szałwa Timofiejewicz Gogiebaszwili, nieformalny przywódca pododdziału Gruzinów.
Szczęście sprzyja lepszym. Przed akcją padło polecenie, aby w miarę możliwości krzyczeć po rosyjsku. Traf chciał, że doznając poważnej rany, „Polityk” zgubił charakterystyczny magazynek talerzowy od rkm Diegtiariewa. Dla śledczych radomskiego Gestapo to wystarczyło – ataku dokonali Sowieci. W ten sposób represje ominęły miejscowych.
„Mundurówka” w Lipsku nad Wisłą
Początek maja 1944 roku. Słońce przygrzewa, kwitną bzy, a leśni chłopcy paradują w połatanym umundurowaniu i dziurawych butach. Jak tu godnie obnosić bechowskie emblematy?
Koniec końców, na podstawie doniesień wywiadowczych, zdecydowano zdobyć zasobne magazyny skórzano–tekstylno–żywnościowe w Lipsku nad Wisłą.
12 maja po zmierzchu obstawiono Polizeistützpunkt, zorganizowano zasadzki na okalających miasto wylotówkach, otoczono posterunek granatowych policjantów. Po przecięciu drutów telefonicznych opanowano składy. Punkt kontaktowy wraz z odwodami utworzono w Rynku, zdobycz załadowano na dwadzieścia parokonnych wozów zarekwirowanych w daniszowskim majątku pod zarządem niemieckim.
W pewnym momencie wybuchła gwałtowna palba z broni maszynowej. Co chwila powstawały coraz to nowe ogniska wymiany ognia, przerywane wybuchami granatów. Strzały padały z okien domów, gdzie zamieszkiwali hitlerowcy.
W nocnej scenerii rakiety sygnalizacyjne, pożar stodoły czy spłoszone konie z rozwianymi grzywami porywające wozy musiały sprawiać piorunujące wrażenie. W końcu do akcji weszły erkaemy odwodów, uspokajając sytuację. Po godzinie niebo przeszyły trzy zielone rakiety, dając sygnał odwrotu.
Cały następny dzień w partyzanckim obozie wciągano do ewidencji obfitą zdobycz. Wkrótce kto żyw rychtował buty i szył mundury.
Na lewym rękawie, na tle czerwonej tarczy w białym obramowaniu – polski orzeł w obwódce liści dębowych, zaś pod nim dumny napis: BCH, a na kołnierzykach w czerwonych rombach zieleniły się czterolistne koniczynki.
Bitwa w obronie Janiszowa
Nad ranem 25 lipca 1944 roku operujący na Lubelszczyźnie od niecałego tygodnia oddział „Boryny” został postawiony na nogi. W stronę dwóch wiosek – Janiszowa oraz Wojciechowa – nadciągały pacyfikacyjne jednostki hitlerowskie z Radomia.
Mimo zmęczenia partyzanci postanowili podjąć walkę w obronie ludności bez względu na wynik, który był tym bardziej niepewny, że za przeciwnika stawały wyćwiczone, fanatyczne jednostki żandarmerii zmotoryzowanej SS. Nadto miało to być podwójnie nietypowe, jak na partyzantów, starcie – za wszelką cenę należało bowiem utrzymać rubieże. Wróg musiał się wycofać.
Gwałtowny i zażarty bój często toczył się w łanach zbóż, w bliskim kontakcie i przemieszaniu szyków. W szale walki, nie bacząc na serie pocisków, związani ze swoją ziemią, ludźmi, kulturą i obyczajami partyzanci strzelali na stojąco, a ranni nie odpuszczali, zastępując poległych przy kaemach. Za nimi przecież była bezbronna wioska.
Przegrzane trzygodzinną walką automaty, dodatkowo wystawione na lipcowy skwar, raz po raz zacinały się, implikując groźne sytuacje. W końcu Niemcy, nie wytrzymując zaciekłego partyzanckiego szturmu, a zwłaszcza morderczego ognia wysłanej na ich tyły drużyny „Buli”, oddali pole, salwując się ucieczką i pozostawiając za sobą dwudziestu dwóch zabitych.
Uciekając, zdążyli niestety zastrzelić zakładnika – wójta nadwiślańskiego Kamienia. Choć z czysto buchalteryjnego punktu widzenia bilans wypadł dodatnio po stronie bechowskiej, trudno było pożegnać się ze starymi towarzyszami, którzy padli: „Tyrolek”, „Gruda”, „Słowik”, „Wolny”, „Burza” i „Równy”…
Trzeciego dnia po bitwie ludzie wybiegali z domów na ulice. Szosą sunęły oddziały Armii Czerwonej.
Moim celem jest, by w walce ze złem idea uczciwości zwyciężyła i była praktycznie wykonywana. Jako czynny członek Batalionów Chłopskich będę dążył do sprawiedliwej Polski Ludowej, opartej na zasadach demokracji, etyki chrześcijańskiej. Wierzę w zwycięstwo i w pomoc Boga dla naszej słusznej sprawy [2].
Rozbicie sztabu w Chwałowicach
W lipcu 1944 roku na wskroś operatywny „Baca” i często mu towarzyszący Lucek Urban „Piast” ustalili, że w budynku nadleśnictwa Chwałowice, około sześć kilometrów od Iłży, stacjonuje niemiecki sztab dywizyjny dysponujący planami odcinka frontu Sandomierz–Puławy.
Liczący około 150 (180) ludzi sztab dysponował naturalnie znaczną ilością broni maszynowej, amunicji oraz dużą ilością sprzętu i żywności, stanowiących dla bechowców dodatkową zachętę do ataku. Wyjątkowo sprzyjającą okoliczność stanowiło przyjęcie w ogrodzie zaplanowane na ostatnią, wypadającą 28 lipca niedzielę miesiąca, zwiastując rozluźnienie po stronie przeciwnika.
„Ośka” przed podjęciem ostatecznej decyzji drobiazgowo zapoznał się ze szczegółami, uzyskując stosowną wiedzę od nadleśniczego Stanisława Czecha „Lalka”. Zgodnie z podstawowymi kanonami walki partyzanckiej plan działania opierał się na podstępie. W myśl jego założeń atak miał zostać przeprowadzony w biały dzień przez silnie uzbrojony oddział w niemieckim przebraniu, w następujący sposób: wkroczenie na dziedziniec, rozbrojenie wart, otoczenie przeciwnika, zdobycie budynku sztabu. Dowództwo przypadło „Bacy”.
28 lipca około pięćdziesięcioosobowa, szturmowa, polsko–gruzińsko–uzbecka grupa ochotników przed szesnastą wyruszyła z okolic leśniczówki Antoniów, położonej jakieś trzy kilometry od miejsca ataku. Równolegle kompania „Hiszpana” w sile stu ludzi zajęła stanowiska osłaniające na skraju lasu, na wysokości leśniczówki Prędocin, około kilometra od sztabu, ewokując kierunek spodziewanej niemieckiej odsieczy.
Uformowany w kolumnę trójkową oddział zbliżał się do Chwałowic od strony szosy Iłża–Lipsko, kierunku najmniej prawdopodobnego na partyzanckie uderzenie. Po wyjściu na otwarty teren obowiązywał wyłącznie język niemiecki.
W ten słoneczny dzień, już po wejściu pomiędzy wioskowe opłotki, kolumna ryzykantów z podwiniętymi – niemieckim zwyczajem – rękawami oraz zatkniętymi pod naramienniki furażerkami co i rusz mijała beztrosko rozłożone w plenerze grupy wehrmachtowców. Sielanka na trawie znacznie osłabiła ich czujność, albowiem bystry obserwator łatwo mógł dostrzec nieregulaminową garderobę maszerujących.
„Mundury i czapki mieliśmy niemieckie, ale spodnie to już cała mieszanina. Były bryczesy koloru zielonego, długie cywilne od garnituru itd. Ja sam miałem na sobie mundur i czapkę niemiecką, pas i ładownice polskie, spodnie uszyte z zielonego, polskiego koca i buty oficerki” [3].
Ein, zwei, drei! – zabrzmiała komenda.
Heili, heilo, heila!
Heili, heilo, heila!
Heili, heilo, heila hahaha!
Noch einmal!
Z napiętymi postronkami nerwów oddział, bez żadnych formalności przy wartowniczym szlabanie, dotarł na środek pełnego rozluźnionych oficerów i żołnierzy dziedzińca. W momencie, gdy do kolumny zbliżył się oficer dyżurny, „Baca”, stopując podkomendnych, dobył nieodłącznego Mausera wraz z okrzykiem: Hände hoch!
Rozpoczęła się zażarta walka, w wyniku której partyzanci przy minimalnych stratach, w przeciągu krótkiego czasu, osiągnęli wszystkie założone cele.
Obfitą zdobycz, ulokowaną na niemieckich furgonach – w tym pożądane plany operacyjne łącznie ze zdjęciami lotniczymi pobliskiego odcinka frontu – oraz dwudziestu dziewięciu jeńców błyskawicznie wyekspediowano w stronę partyzanckiego obozu, a partyzanci rozpoczęli odwrót.
Po drodze nie obyło się bez spodziewanej niemieckiej kontrakcji, którą powstrzymano na rubieży zajętej przez odwodową kompanię „Hiszpana”.
Stosunek strat: dwudziestu martwych Niemców, wielu rannych, dwudziestu dziewięciu jeńców; po stronie bechowskiej – dwóch rannych, w tym ciężko ranny Gruzin o pseudonimie „Felczer”.
Za pozytywny epilog tej wspaniałej akcji należy niewątpliwie uznać jej bezpośrednie następstwa. Nazajutrz po doznanej porażce wściekli Niemcy uwięzili wielu miejscowych gospodarzy jako zakładników, grożąc ich śmiercią. W odpowiedzi ośkowcy rozpuścili jeńców. Z kolei Niemcy, przekonani, iż mają do czynienia z niemieckimi dezerterami tudzież Rosjanami, dotrzymując umowy, niezwłocznie zwolnili zakładników, poniechawszy odwetu.
Brawurowa zasadzka „Bacy” na szosie Tychów–Starachowice
6 sierpnia po południu głównodowodzący oddziałami taktycznymi „Baca” na czele wzmocnionej kompanii w sile pięćdziesięciu ludzi zajął stanowiska przy ruchliwej trasie Tychów–Starachowice, celem zdobycia uzbrojenia.
W momencie przejazdu kolumny ciężarówek, uzbrojony w automat w prawej ręce, a odbezpieczony granat w lewej, wyszedł na środek szosy, zatrzymując samochody. Niemieccy żołnierze, zaskoczeni brawurą samotnego, ubranego w polski mundur partyzanta, nie dobyli broni, posłusznie dając się następnie otoczyć przez bechowców.
Zdobyto pięć wypełnionych uzbrojeniem ciężarówek – bez jednego strzału. Wzięto też do niewoli licznych jeńców.
Nieszablonowe, efektowne psychologicznie, a zarazem szaleńczo odważne zachowanie „Bacy” miało na celu uniknięcie wymiany ognia, zwykle przyciągającej natychmiastową interwencję.
Bitwa pod Gadką
1 września 1944 roku „Ośka” i „Bartos” dokonali lustracji, stwierdzając niefortunne położenie partyzanckiego obozu – zaledwie w odległości 400 metrów od ruchliwej szosy (którą w pewnym momencie przejechała kolumna pancerna!) i w odległości trzech kilometrów od wioski Gadka, akurat „goszczącej” pięciusetosobowy batalion niemiecki.
Nie tylko miejsce obozowania okazało się niefortunne. Partyzanci wysłani po wodę do mieszczącej się w odległości siedmiuset metrów leśniczówki zostali ostrzelani, przywożąc poważnie ranionego w pierś kucharza. Zarządzono alarm.
Doskonale zorientowani w położeniu bechowców Niemcy nadciągnęli z dwóch stron, przeciwko którym stanęły trzy kompanie. W przebiegu walki zwłaszcza maestria taktyczna „Ośki”, dowodzącego pierwszą kompanią, warta jest zaprezentowania:
Kompania I broni odcinka na przestrzeni około tysiąca metrów. „Ośka” rozmieścił punkty oporu plutonów w ten sposób, że mógł razić nieprzyjaciela skutecznym ogniem, rozpoczynając z dalszych odległości i ześrodkowując ogień na ważniejszych kierunkach i liniach. Ponadto zapewnił łączność ogniową z kompanią sąsiednią. Plan dokładnie wskazywał każdemu plutonowi rejon jego obrony i punkt oporu w nim oraz pas obstrzału, dlatego też nieprzyjaciel natrafił tu na zdecydowany opór.
Kiedy Niemcy znaleźli się pod zasięgiem ognia broni maszynowej, kompania I ześrodkowanym ogniem zaskoczyła ich najbardziej skupione części nacierającego szyku bojowego. „Ośka” stopniowo doprowadzał ogień do najwyższego natężenia. Zmusiło to Niemców do zatrzymania się i nie pozwoliło im na ponowne poderwanie się do szturmu. Na tym odcinku sytuacja została całkowicie opanowana [4].
Przed zachodem słońca udało się ostatecznie odeprzeć nieprzyjacielski atak, po czym – wedle naczelnej zasady walki partyzanckiej – nastąpiło niezwłoczne przemieszczenie do wschodniej części lasów starachowickich.
Lata 1943–1944 ujawniły wielki potencjał bojowy wiejskich partyzantów znad Iłżanki. Ich skuteczna walka zasługuje na tym większy szacunek, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż w swoich szeregach praktycznie nie posiadali – wzorem AK – oficerów zawodowych. Dowódcami byli uczniowie gimnazjów, a mimo to na swoim terenie to właśnie ośkowcy uzyskali status największej siły.
Tę najbardziej spektakularną fazę walki partyzantów „Ośki” zakończyło katastrofalne przejście przez front z 27 na 28 października 1944 roku, lecz to już zupełnie inna historia.
Bibliografia:
- Dobroń Marcin, Żołnierze „Ośki”. Dzieje Zgrupowania Partyzanckiego Batalionów Chłopskich „Ośka” w pasie przyfrontowym 1944/1945, Radom 2011.
- Gmitruk Janusz, Konspiracyjny ruch ludowy na Kielecczyźnie 1939-1945, Warszawa 1985.
- Gmitruk Janusz, Matusak Piotr, Nowak Jan, Kalendarium działalności bojowej Batalionów Chłopskich, Warszawa 1983 .
- Gołąbek Władysław „Boryna”, W oddziałach Batalionów Chłopskich na Kielecczyźnie 1940-1944, Warszawa 1958.
- Gołąbek Władysław „Boryna”, Bez rozkazu, Warszawa 1966.
- Gołąbek Władysław „Boryna”, Nie wiedział co to lęk. Opowieść o Tadeuszu Wojtyniaku „Bacy”, Warszawa 1972.
- Owczarek Władysław „Bula”, Ludzka droga. Szkoła przeżywania i pokonywania niepowodzeń i klęsk, Radom 2003.
- Piątkowski Sebastian, Prawnik w służbie systemu. O drodze życiowej dowódcy SS i policji dystryktu radomskiego gen. Herberta Böttchera, Radomskie Studia Humanistyczne, t. I, 2013, s. 229-253, e-wydanie, [dostęp: 21.04.2024].
Przypisy:
[1] SS, żandarmeria, policja – pion bezpieczeństwa podległy Himmlerowi (nie mylić z Waffen-SS, jednostkami wojskowymi). W Górkach najprawdopodobniej stacjonował wzmocniony oddział żandarmerii zmotoryzowanej, czyli policji porządkowej GG, jednostki skoszarowane przechodziły wojskowe szkolenie piechoty.
[2] Zasady Wychowawcze Zgrupowania; Owczarek Władysław „Bula”, Ludzka droga. s. 78.
[3] Dobroń Marcin, Żołnierze „Ośki”. Dzieje Zgrupowania Partyzanckiego Batalionów Chłopskich „Ośka” w pasie przyfrontowym 1944/1945, s. 32.
[4]Gołąbek Władysław „Boryna”, Bez rozkazu, s.37.