Żywa żaba używana przy leczeniu zastrzału, własny kał stosowany na choroby skóry, rosa z okna czy rozmaite nacierania i wcierania. Medycyna ludowa w Polsce i domowe sposoby leczenia pojawiają się w pamiętnikach lekarzy, felczerów i innych specjalistów pracujących na prowincji jako znak świata odległego od wiedzy medycznej, którą sami reprezentowali. Ich relacje pokazują jednak nie tylko praktyki pacjentów, lecz także sposób, w jaki wykształceni medycy patrzyli na wieś i jej mieszkańców.
Perswazyjne, przemawiające do wyobraźni opisy oddolnych praktyk leczenia na wsi ukazują sposób konstruowania narracji o niej stosowany przez wszelkich modernizatorów i rzeczników nowej wiedzy na polskiej prowincji – zarówno w okresie między wojennym, jak i w Polsce rządzonej przez komunistów.
Autorzy rozmaitych tekstów – i tych retrospektywnych, jak pamiętniki, i tych pisanych na bieżąco – skupiali się niemal wyłącznie na negatywnych skutkach niemedycznych sposobów leczenia i na niezgodnych z aktualną wiedzą codziennych nawykach. Zwykle też jako ilustracje wybierali przykłady skrajne, pro wadzące do śmierci chorego, albo takie, w których udało się uniknąć naj gorszego wyłącznie dzięki szybkiej interwencji lekarza, felczera lub pielęgniarki. Rów nie częste były relacje, w których pokazywano zachowania mogące wywoływać wstręt lub obrzydzenie. Oto fragment pamiętnika anonimowego felczera:
Przyjąłem dziś kobietę z zaniedbaną chorobą skóry. Było to coś w rodzaju liszajca, ale były już zmiany wtórne, tak że nie mogłem się zorientować, co to jest. Odesłałem tę kobietę do lekarza specjalisty. Opowiedziała mi, że leczyła się już długo sposobami domowymi, kobiety kazały jej smarować [się] własnym kałem, żeby choroba się zbrzydziła, oraz rosą z okna przy wschodzie słońca, ale nic nie pomagało.
Obraz zachowany w pamiętniku nie jest zwykłą, neutralną relacją z wizyty osoby potrzebującej porady specjalisty. To tak że zapis wrażenia, emocji, jakie u felczera wywołał kontakt z obcą rzeczywistością. Obcą w tym sensie, że (już) nie do zaakceptowania w świetle edukacji odebranej przez profesjonalistę.
Pomiędzy dwojgiem ludzi tworzy się dystans, który niemal uniemożliwia komunikację. Felczer reprezentuje to, co normalne i pożądane; kobieta ze zmienionym chorobą ciałem, przede wszystkim zaś ze swoją wiarą w prymitywne przesądy, jest postacią groteskową i egzotyczną, reliktem przeszłości.
Spojrzenia lekarzy (nie tylko ich zresztą) powołują do życia gabinety prowincjonalnych osobliwości. Autentyczna troska o pacjentów splata się z niechęcią i odrazą. Nie do końca wiadomo, gdzie zaczyna się jedno, a kończy drugie. Oś zostaje jednak wytyczona klarownie i precyzyjnie. Wyznacza ją opozycja miasto–wieś. To na tej dychotomii opierają się wszystkie tego rodzaju sugestywne obrazy.
Wprost wyrażał to w swoim pamiętniku przywołany wcześniej młody stomatolog pracujący w Jaworze na Dolnym Śląsku w latach sześćdziesiątych. Utyskiwał, że jego pacjenci zupełnie nie zdawali sobie sprawy z wagi leczenia dentystycznego: „W rozumieniu starszej społeczności wiejskiej ogranicza się ona [rola stomatologa] tylko do przysłowiowego »wyrywania zębów«”.
Bez większego odzewu pozostawały też akcje profilaktyczne, a na spotkania organizowane przez stomatologa rodzice przysłali dzieci, chociaż działania te były adresowane do dorosłych. Rozgoryczony obojętnością lokalnej społeczności lekarz podsumowywał: „Mój wniosek jest taki: wieś niestety pozostaje jeszcze daleko w tyle za rozwiniętym społeczeństwem miejskim”.
Czytając relacje auto biograficzne prowincjonalnych specjalistów, wszystkich tych osób, które przyjeżdżały „z dyplomem na wieś”, trudno nie ulec wrażeniu, że prowincja w tych obrazach ulega swoistej orientalizacji.
Orientalizm – jedna z podstawowych kategorii teorii post kolonialnej – to według klasycznego już ujęcia Edwarda Saida „zachodni sposób na dominację, przebudowę i sprawowanie władzy nad Wschodem”. W tym ujęciu to, co wschodnie, znajduje się na niższym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, odznacza się również swoistą nieprzewidywalnością i – co naj istotniejsze – wymaga ustawicznej uwagi oraz podejmowania przez Zachód rozmaitych interwencji 52. Przy czym fundament tych działań i samego rozumienia inności stanowią stereo typy 53. W większości ujęć orientalizm ma wyraźny wymiar geograficzny. Jego wektor skierowany jest od (zachodnich) centrów ku (wschodnim) peryferiom.
W tym kontekście warto odwołać się do wspomnień przywoływanego już Stanisława Bayera. Ten mieszkający wcześniej w stolicy lekarz, powstaniec warszawski, osiadł po wojnie w Jaworze na Dolnym Śląsku, tym samym, w którym praktykował wspomniany wyżej dentysta. W 1949 roku został dyrektorem miejscowego szpitala. Jednym z naj większych wyzwań, jakie napotkał w praktyce lekarskiej, była konieczność uwzględnienia nawyków i przyzwyczajeń swoich pacjentów. Byli to w większości przesiedleńcy, pochodzili przeważnie ze wschodnich województw II Rzeczypospolitej, wchłoniętych w 1945 roku przez ZSRR. Bayer podkreślał, że to „ludność […] o odmiennej kulturze i innym poziomie uświadomienia”. A potem konkretyzował i uzasadniał tę opinię, odwołując się do przekonań i praktyk stosowanych przez jego pacjentów pod koniec lat czterdziestych i w latach pięćdziesiątych:
Anamnestycznie w etiologii schorzeń przeważa przeziębienie lub podźwignięcie. Naj częściej trudno znaleźć argumenty docierające do świadomości pacjenta, że np. wrzód żołądka nic wspólnego z tym nie ma. W leczeniu konieczne jest ordynowanie wszelkiego rodzaju nacierań i wcierań […], bo bez tego inne leki nie działają. Ludowe metody są szeroko rozpowszechnione i stosowane – przypominają czasami medycynę średniowiecza. I tak np. leczenie zastrzałów polega na wbiciu chorego palca w otwór gębowy żywej żaby, która na tymże palcu oczywiście zdycha, rozkłada się i rzekomo powoduje rozejście się zastrzału.
Opisy takie jak te nie były rzecz jasna niczym nowym. Stanowiły raczej kontynuację obecnych w kulturze co naj mniej od oświecenia wyobrażeń o mieszkańcach Europy Wschodniej i ich cechach. Jak zauważa Tomasz Zarycki, nawiązując do pracy Wynalezienie Europy Wschodniej Larry’ego Wolffa, „obejmują one wizję dzikiego chłopskiego żywiołu, braku higieny, samo dyscypliny i zdolności samo organizacyjnych wschodnioeuropejskich społeczności”.
Tekst jest fragmentem książki Lekarze prowincjonalni, która czeka na Ciebie tutaj:
Zarycki przekonuje jednocześnie, że „Wschód” zawsze pełni raczej funkcję negatywnego punktu odniesienia. Innymi słowy, każdy Za chód ma swój Wschód: może to być część świata, kontynentu, ale równie dobrze może to być kraj lub jego region (a nawet konkretna miejscowość) . A prowincjonalizm, oddalenie od dużych ośrodków, wzmacnia dodatkowo ową „ wschodniość”.
Taki orientalizujący obraz miejscowości Czemierniki na Lubelszczyźnie kreślił Edward Gorzkowski. Znalazł się tam w czasie II wojny światowej, po części przypadkiem. Był lekarzem, żołnierzem w czasie wojny obronnej 1939 roku. Po zwolnieniu z oflagu podjął praktykę właśnie w Czemiernikach, wówczas wsi, a wcześniej (do 1870 roku) mieście, i pracował tam do roku 1944. Miejscową ludność porównywał ze znanymi sobie chłopami z Wielkopolski:
Pierwsze wrażenia odniosłem bardzo niekorzystne. Dotychczas znałem ludność wiejską poznańskiego i pomorskiego, zamożną, o wysokiej stopie życiowej, dużej kulturze gospodarstwa wiejskiego, dużej kulturze materialnej życia. Tymczasem do Czemiernik chorych zwożono z okolicznych wiosek na małych wózkach gospodarskich, w pierzynach pachnących wonią wielu młodych pokoleń, wychowanych przez zapracowane matki, które nie zawsze zdążyły na czas wysadzić na garnuszek pociechy z potrzebą fizjologiczną. […] Stan higieny osobistej i higieny zagrody chłopskiej przed stawiał wiele do życzenia. Gruntowne mycie było u wielu związane z takimi wydarzeniami, jak narodziny, święta wielkanocne i ślub.
Bez wątpienia poziom zamożności przeciętnego gospodarstwa chłopskiego był wyższy w Wielkopolsce niż na Lubelszczyźnie. Podobnie jak większy był dostęp do zdobyczy cywilizacji. Na przykład jeszcze w 1965 roku w województwie lubelskim zelektryfikowanych było 62 procent gospodarstw rolnych, podczas gdy w Wielkopolsce odsetek ten wynosił 74 procent. Gęstsza była sieć drogowa, lepszy dostęp do infrastruktury. Różnice między regionami stanowiły niezaprzeczalny fakt.
Jednak na podstawie danych i obserwacji mogły powstawać różne opowieści, z inaczej rozłożonymi akcentami. Z orientalizującego schematu uwalnia się relacja przywoływanego na początku rozdziału Jana Rudnic kiego, lekarza z Przeworska. Wynika to zapewne stąd, że Rudnic ki pochodził z okolic, gdzie podjął pracę.
Praktyki samo leczenia były mu bliskie, znał je z autopsji. Co więcej, widział w nich źródło wyboru ścieżki zawodowej. Jego awans ma w naj ściślejszym tego słowa znaczeniu wymiar lokalny. Rudnic ki, owszem, wspina się po drabinie wiedzy i prestiżu, ale nie podejmuje żadnej wędrówki w sensie przestrzennym. W jego opowieści nie ma świateł wielkiego miasta i powabu metropolii jako punktu odniesienia dla obserwacji czynionych na wsi.
Podobną wyrozumiałość wobec nawyków ludności wiejskiej można znaleźć we wspomnieniach Władysława Zemanka. Jego droga na prowincję była inna niż w przypadku Rudnic kiego. Zemanek odebrał dyplom w 1934 roku. Początkowo pracował w dużych miastach – Łodzi i Warszawie. W 1938 roku, bar dziej z konieczności niż gnany ciekawością świata, przeniósł się na Huculszczyznę.
Wspomnienia tego lekarza są o tyle wyjątkowe, że w odróżnieniu od relacji wielu inteligentów, których los, nakaz pracy lub inne życiowe perypetie rzuciły na prowincję, przepełnia je niemal całkowita akceptacja dla własnego położenia. Zemanek polubił miejsce, w którym się znalazł, i znajdował satysfakcję w wykonywanej pracy. Nie bez znaczenia był fakt, że zapewniono mu bardzo dobre warunki: znakomicie wyposażone ambulatorium i komfortowe mieszkanie. W takiej sytuacji być może łatwiej było spoglądać bez irytacji na swoich pacjentów, a w znachorach widzieć nieszkodliwy element tła czy składnik lokalnego kolorytu.
Tekst jest fragmentem książki Lekarze prowincjonalni, Marcin Stasiak, Wydawnictwo Czarne.
