Ocaleni z Drohobycza okładka

Ocaleni z Drohobycza |Recenzja

Katarzyna Skopiec, Ocaleni z Drohobycza

Czy młodzi ludzie, dopiero co wkraczający w dorosłość, są w stanie zmienić losy tych, którzy tylko przez pryzmat swej przynależności narodowej, zostali skazani na zagładę? Czy w świecie zdominowanym przez przemoc, nienawiść i ciągłe poczucie zagrożenia, da się wznieść ponad dbanie o własną osobę, rodzinę, by nieść pomoc tym wykluczonym ze społeczeństwa? A musimy pamiętać, że za czyn ten groziła im śmierć? Jak się okazuje, nawet w świecie wypełnionym niewyobrażalnym bestialstwem i zdziczeniem, zawsze znajdzie się ktoś, kto stanie się bohaterem… i zmieni świat. Właśnie o tym jest publikacja Katarzyny Skąpiec pod tytułem Ocaleni z Drohobycza. To historia dwójki ludzi, którzy ocalili 39 ludzi żydowskiego pochodzenia. Nic więc dziwnego, że Wołosiańscy stali się oni uhonorowani tytułem „Sprawiedliwi wśród Narodów”.

Przeczytaj fragment recenzowanej książki:

II wojna światowa – miejsce Drohobycz. Wokół rozgrywają się straszne sceny – nazistowscy żołnierze, wespół z częścią ukraińskich mieszkańców miasta, prześladują i mordują miejscowych Żydów. Zaczyna brakować żywności, dróg ucieczki, możliwości przeżycia.

W tych strasznych warunkach z pomocą Żydom przychodzą ludzie z różnych środowisk. Jednymi z takich bohaterów staje się rodzina Wołosiańskich. Ale w książce znajdziecie nie tylko opis ich heroicznej walki o przetrwanie własne, a także trzydziestu dziewięciu Żydów, ale i kilkunastu innych bohaterów, którzy narażali swe życie w słusznym celu…

Katarzyna Skopiec, wnuczka opisywanych w książce postaci, oprowadza nas po świecie, w jakim przyszło żyć jej dziadkom – Sławie oraz Izkowi Wołosiańskim. Co więcej, w książce zebrała również fragmenty relacji tych, których oni ocalili.

Dramatyczne wybory

Książka jest interesująca pod kilkoma względami. Po pierwsze – kreśli nam trudy, z jakimi przyszło się borykać jej dziadkom. Zagrażały im ciągłe donosy. Musieli borykać się z bezustannym życiem w poczuciu grozy, braku bezpieczeństwa i strachu przed tym, że ktoś ich wyda. Co więcej, musieli się martwić nie tylko o życie własne, ale i blisko 40 osób, które w ich ręce powierzyło swoje istnienie.

Taka odpowiedzialność! Heroizm w najczystszej postaci. Ja nie wiem czy potrafiłbym coś takiego zrobić. Jestem pod ogromnym wrażeniem. I z pewnością poszukam na ich temat jakiś szerszych informacji.

Po drugie – zaintrygował mnie sposób w jaki Wołosiańscy radzili sobie z całym aparatem opresji, niepewnością postawy własnych sąsiadów, krewnych, znajomych. Ileż oni musieli włożyć wysiłku w samo to, aby wszystko pozostało w tajemnicy. Mną wstrząsnęła, na pozór, błaha sytuacja, która mogła zakończyć się tragedią: „W podłodze był właz. Dzieciom pozwalano czasem podglądać normalne życie, to był też moment, kiedy mogły zaczerpnąć świeżego powietrza. Każdy z nich chciał zobaczyć Anię i nosić ją na rękach. Sława pozwalała im wyjść z piwnicy, żeby mogły pobawić się z dziewczynką. […] W dzień właz był zamknięty, założona była na niego metalowa sztanga, na niej z kolei leżała płyta PCV, którą posypywano pieprzem. Mieli nadzieję, że to zmyli policyjne psy. Ania zaczęła płakać nad miejscem, gdzie był właz. Chciała zobaczyć dzieci, pokazywała na zakryte miejsce i wolała: „Tiu, tiu…!”. Od tej pory dziewczynka już nie oglądała dzieci. Sława jej nie pozwalała. Mogły one wychylać się od czasu do czasu, ale jak w pobliżu nie było Ani. Bala się, że własne dziecko może ich wydać”. (s. 98-99).

Wynoszenie nieczystości pod osłoną nocy. Ciągłe bieganie po żywność, aby nikomu niczego nie zabrakło. A przecież rodziny żydowskie również miały różne „stany portfela”. Jednych było stać na kupowanie żywności, inni zostali ukryci w ostatniej chwili, gdy już nie mieli nic. Jak wszystkim pomóc?

Bardzo ciekawie wyglądają opisy tego, w jaki sposób rodzina Wołosiańskich zdobywała żywność dla zamieszkujących w skrytce Żydów. Przemyślność tych bohaterów, to w jaki sposób mylili tropy, jak dbali o najmniejsze pozory i detale, powala. Ja z pewnością nie zwróciłbym na niektóre kwestie żadnej uwagi, więc moja potencjalna pomoc szybko zakończyłaby się katastrofą. Ale oddajmy głos bohaterom:

„Sława odpowiadała za zaopatrzenie. Nie było łatwo zdobyć jedzenie dla takiej liczby osób w tak małym mieście. Pomagał fakt, że w miasteczku nie kupowano większości jedzenia w sklepach. Można tam było zdobyć chleb czy mleko, ale kaszę czy ziemniaki kupowało się w workach od rolników. Robiła więc zakupy w ten sposób. Kasza i ziemniaki były podstawowym wyżywieniem. Raz jakimś cudem kupiła czterdzieści bochenków chleba – cóż to było za święto, tak długo nie jedli chleba. Codziennie robiła zakupy w innym sklepie. Zawsze starała się kupić więcej. nikt jej nie znał, […] więc nikt dokładnie nie wiedział, kim jest i dla ilu osób kupuje. Mieli w piwnicach złożone zapasy krup i tłuszczu. Potem, kiedy to się skończyło, Sława wyjeżdżała na miasto z wózkiem i niemowlęciem, a zakupione zapasy chowała pod kołderkę dziecka. Masło i mleko dawano tylko dzieciom. […]

Było ciężko. W ogóle było ciężko o jedzenie w okupacji, ale jakoś wszyscy przeżyli, nikt z głodu nie umarł. Izek jeździł na dworzec i kupował od handlarzy kaszę i mąkę. […] Nie było dla nikogo zaskoczeniem, że ktoś robi zapasy. Wszyscy to robili. Zresztą Sława starała się, żeby nikt nie widział tego, co udało jej się zdobyć. Większość zapasów i tak zazwyczaj ginęła w tym samym dniu w piwnicy. Duże gotowanie, na przykład kaszy, odbywało się w kuchni Wołosiańskich w nocy” (s. 112-113).

O włos od śmierci

Poza kwestią dostarczania pożywienia, czy kwestią zacierania śladów „fizjologicznych”, na uwagę zasługują również opisy szczęśliwych zbiegów okoliczności. Bo nawet najsprytniejsi, nie mogli przewidzieć wszystkiego.

Pewnego razu, ktoś złożył donos, że Wołosiańscy przechowują Żydów. Widać Bóg miał ich w swej pieczy, bowiem: „Backenroth, korzystając z tego, że gestapowiec był pijany i nie zdawał sobie sprawy z tego, co się naokoło dzieje, zmiął papier i wyrzucił go do kosza. Mężczyzna po wytrzeźwieniu nie pamiętał już o całym zajściu, ale inżynier Backenroth mimo wszystko przybiegł w nocy z ostrzeżeniem”. (s. 110)

Czy warto sięgnąć po Ocaleni z Drohobycza?

Z przykrością muszę przyznać, że wcześniej nie miałem styczności z rodziną Wołosiańskich. Nie wiedziałem nawet, że w Drohobyczu znajdowało się getto. Tym bardziej jestem wdzięczny Autorce, że dała nam czytelnikom możliwość z zapoznania się z bohaterskim życiem tej rodziny, oraz z tymi, których ocalili. Swoją drogą to zaskakujące, że w Polsce, nadal mamy tak niewiele źródeł, które upowszechniłyby wiedzę o Polakach, którzy zostali odznaczeni zaszczytnym tytułem „Sprawiedliwych wśród narodów świata”.

Książka pod wieloma względami jest intrygująca, pełna dramatycznych chwil, które – tylko zrządzeniem Opatrzności – nie skończyły się tragedią. Wybory, przed jakimi stawali Wołosiańscy oraz ich „podopieczni” są naprawdę przejmujące. Wszystko, co tutaj przeczytałem, jest wyjątkowe. Jest i przerażające, i cudowne jednocześnie.

Autorka niczego nie upiększa, wali prosto z mostu. Bo nawet drobne szczegóły mogły mieć ogromną wagę. Momentami można odnieść wrażenie, że tekst jest nieco zachowawczy, jakby wyzbyty emocji. Wystarczy jednak wykazać się tylko odrobiną empatii i cierpliwości, by odkryć ogrom skrywanych, niemal podskórnych emanacji odczuć, wrażeń, momentami nawet myśli bohaterów książki.

Na plus publikacji przemawia również fakt, iż wszystko to, co zostało w niej opisane, daje nam nie tylko wgląd w opisywane wydarzenia, ale i skłania do refleksji nad sensem bycia człowiekiem. Nad sensem naszej egzystencji, i jej kruchości. Stanowi również naukę na przyszłość – bo to co zostało tutaj napisane, może – oby nie – posłużyć za podręcznik, jak nieść pomoc innym. A to już nie lada gratka.

Podsumowując – książka skierowana jest dla każdego czytelnika. Na samym końcu znaleźć można również kilka przepisów potraw, którymi raczyli się „Sprawiedliwi” oraz przechowywani przez nich Żydzi. Całość zawiera się na 287 stronach. Gorąco polecam.


Wydawnictwo Novae Res
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Novae Res. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.