Dianne Freeman, Poradnik prawdziwej damy. Ślub w cieniu morderstwa
Jeśli lubicie kryminał w stylu retro, z angielskim poczuciem humoru to powieść Dianne Freeman pod tytułem „Poradnik prawdziwej damy. Ślub w cieniu morderstwa” może być tym, czego szukacie.
Główną bohaterką jest Frances, dosyć przedsiębiorcza kobieta z dobrego angielskiego domu. Tym razem spotykamy ją podczas przygotowań do własnego ślubu. Jak to często bywa, przygotowania są nader owocne i pełne zamieszania (choć bardziej z krygujących arystokrację zwyczajów, niż realnego wysiłku). Ale zazwyczaj dobrze się kończą. W tym wypadku tak nie jest. W dzień ślubu głównej bohaterki dochodzi bowiem do morderstwa. I cała radosna atmosfera szybko legła w gruzach, tym bardziej, że potencjalnym mordercą jest brat panny młodej. Nie mówiąc już o podróży poślubnej do słonecznej Francji (w pałacyku Romanowów).
Kryminał na wesoło
Książka w zamierzeniu Autorki miała być taką dosyć swobodną i wesołą przygodą młodej arystokratki. Oczywiście humoru nie brakuje, ale to raczej humor angielski. Nie zawsze wszystko wychwyciłem, a niektóre sprawy nie bardzo przypadły mi do gustu. Trochę jakby Dianne Freeman próbowała naśladować Agathę Christie, ale w bardziej wesołej formie. Chyba nie do końca się to udało.
Za to przyznaję wielkiego plusa za opisy stylu życia XX-wiecznej arystokracji. Specyficzny tok wypowiedzi, pełen dwuznaczności, takiej swoistej społecznej wyższości. I ta ogromna próżność, która razi niemal na każdym kroku…
Nie uciekniecie bowiem od rozmów o stanie posiadania kolejnych bohaterów, o prowadzeniu interesów – wszak, tutaj liczy się tylko pieniądz. No i własne dobro, zwłaszcza kosztem innych jaśnie oświeconych… Cała reszta jest jakby przystawką. Jest tutaj również sporo miejsca na plotki o „innych”. Sekrety, romanse, zdrady, intrygi… takie Dawton Abbey w nieco krótszym wydaniu. Nic więc dziwnego, że pomiędzy dwoma rodami – Bainbridge’ów i Connorów – trwa zacięta rywalizacja, coraz bardziej brudna i brutalna. Koniec końców – dochodzi do morderstwa.
Teorii, kto mógł dokonać zbrodni jest coraz więcej, ale wszystkie zdają się prowadzić w ślepe uliczki. I to jest coś, co nieco mnie uraziło. Bo cała intryga polega na tym, że wikłamy się w coraz dziwniejsze teorie wyjaśniające cudze motywy, zapominając o zasadzie – że najczęściej sprawcą jest ten, kto może zyskać najwięcej. Zamiast tego gmatwamy się w coraz intymniejsze stosunki panujące pomiędzy kolejnymi postaciami. Można by nawet sądzić, że arystokraci byli jeszcze bardziej perwersyjni niż cała reszta społeczeństwa. Czy słusznie – śmiałbym polemizować. No, ale to temat na inny raz.
Arystokratyczny rwetes
W centrum tego świata jest Frances Wynn i jej nowy małżonek George. Są na pewno inteligentni i momentami zabawni (jako jedyni potrafią na chwilę wyjść poza ramy obyczajowych zasad), ale drażni mnie fakt, że nie potrafią innym odmówić – nie ważne czy tylko uwagi czy czasu. Nawet ich własne potrzeby – przecież miesiąc miodowy rządzi się swoimi prawami – schodzą na dalszy plan. Dla mnie, nawet w słusznym celu, jak chęć uratowania brata, nie byłoby to priorytetem. Przepraszam, ale w tym wypadku będę samolubny.
Minus za powolną akcję, którą zdecydowanie można było nieco przyspieszyć. Zamiast konkretnych działań, zagłębiamy się w kolejne „teorie spiskowe”, które zamiast wyjaśniać zbrodnię, wikłają nas coraz dalej od sedna sprawy.
Dlatego myślę, że to bardziej historia o konwenansach, czyli powieść obyczajowa, niż lekki kryminał. Zresztą, wbrew sytuacji, życie towarzyskie zdaje się kwitnąc w najlepsze. Herbatki, spotkania, przyjęcia, interesy. Jakby nic się nie stało. I można by sądzić, że gdyby nie sama Frances, nikt nie poruszałby dalej tego tematu. Wiecie – takie towarzyskie faux-pas.
Zresztą w pewnym momencie tok powieści się zapętla, bo poszczególni bohaterowie tak jakby zamykają się w sobie, co rodzi mnóstwo niedopowiedzeń, a te – w konsekwencji – do nieporozumień, rzutujących na jakość akcji. Zamiast rozmów mamy wewnętrzne przemyślenia, prowadzące do osądu (przepraszam za uproszczenie). Może i tak dzieje się na świecie, ale jakoś nie przystaje mi do powieści. W ogóle za wiele tutaj myślenia i gadania, a za mało czynów. Przeciwieństwo, którego nie akceptuję.
Podsumowanie
Powieść zawiera się na 384 stronach. Powieść ma na pewno relaksującą formę, ale trochę nie trafiła w mój gust. Jestem zwolennikiem szybkiego przechodzenia do meritum, a nie powolnego rozwijania nici Ariadny, by przy samym końcu zostać zaskoczonym. Arystokratyczne konwenanse mnie męczą. Nie lubię również obłudy i zakłamania, być może one wpłynęły na mój obraz postrzegania całej powieści. Choć nie czuję się, abym zmarnował czas, ale i nie jestem zbyt ukontentowany. Dlatego sugeruję, aby zastanowić się, czy ta książka właśnie jest dla was.
Wydawnictwo Skarpa Warszawska
Ocena recenzenta: 4/6
Ryszard Hałas
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Skarpa Warszawska. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.