Ci pierwsi przekroczyli kres swej wytrzymałości na piekielnym Sybirze. Siłą uporu wydobywali się z sowieckich rozpadlin archipelagu. Najwytrzymalsi zostawiali za sobą przeklęte obozy koncentracyjne w lasach Syberii i wbijając się w bitewny szlak 2. Korpusu Polskiego – chcieli pomścić Polskę w kampanii włoskiej. Nieśli wolność Europie, ale nie mogli jej dać Polsce. Ich marzeniem i ambicją było dotrzeć triumfalnie do Berlina, po drodze wyrównując rachunki krzywd z Sowietami. Za tułaczy los polskich dzieci, za Katyń, za Warszawę i inne stalinowskie kaźnie – obiecali kulę w łeb wrogowi! (ze wspomnień łagiernika, żołnierza 2. Korpusu por. S. M. Abramowicza). Oni stali się faworytami dzisiejszych historyków. Za Ich ofiarę i poświęcenie z wdzięczności sprzątam groby naszych Obrońców.
Czas i los tworzą nieprawdopodobne scenariusze.
Potem losy rzucały polskich tułaczy wojennych na obcą ziemię w Anglii, między ludzi wiejących chłodem i niechęcią do Nich. Anglicy oglądali Ich zza firanek w oknach. Traktując z dystansem – omijali Polaków. Tutaj było Im bardzo ciężko żyć, gdyż byli zupełnie sami. Niechciani w Ojczyźnie – nieproszeni na obczyźnie. W Polsce rządził zbrodniczy system, a władza komunistyczna nazywała Ich zdrajcami. Ci młodzi ludzie wracali z wojny w jednym ubraniu. Nie mieli ze sobą NIC, tylko puste kieszenie. Byli bez grosza i bez zawodu. Ksiądz Grzegorz z parafii w Ashton tak o Nich mówił: Nic nie potrafili robić – tylko zabijać, bo byli żołnierzami. Dlatego przyjmowali się do fabryk i wykonywali najcięższe prace dla niewykwalifikowanych robotników. W konsekwencji tego tracili zdrowie i słuch przy głośnych maszynach. Losy naszych generałów na emigracji po II wojnie światowej też nie były lepsze. Tak Im podziękowano, że gen. Maczek został barmanem, gen. Sosabowski – magazynierem, gen. Bór-Komorowski – tapicerem, gen. Bortnowski – pielęgniarzem, a niewygodny gen. Sikorski – Naczelny Wódz znalazł śmierć w zagadkowej, lotniczej katastrofie nad Gibraltarem.
Jedną z fabryk, która przyjmowała Polaków, było amerykańskie Carborundum w Manchesterze, gdzie szlifowali kamienie do obróbki metali. Tyrali za £6 tygodniowo (dzisiaj minimalna krajowa w UK to ponad £7/h) i robili nadgodziny, by przeżyć. Tracili słuch, by w końcu coś mieć – własny dom. Zaczynali wszystko od początku, znikąd nie mogli spodziewać się pomocy. Dzięki ciężkiej pracy i silnej woli powoli zaczęli stawać na własnych nogach. Zaciągali pożyczkę w banku, kupowali dom, który potem ofiarnie spłacali, oszczędzając na wszystkim. Anglicy, obserwując Ich, dziwili się, że to jacyś Polacy, a mają własne domy. Sami nie wysilali się, mieszkając w brzydkich domach Councilu – komunalnych z przydziału miasta. Mimo że domy Polaków były słabo umeblowane, najważniejsze było to, że mieli własny dach nad głową. Byli bezpaństwowcami. Nie mieli ani polskich, ani żadnych dokumentów, prócz Travel ID Dokument (Identyfikator dokumentu podróży), który załatwiło Im polskie dowództwo 2. Korpusu od Brytyjczyków.
Tak to życie Im przeszło. Umierali wykończeni łagrami i wojną – zbyt młodo lub śmiercią tragiczną. Lojalni ambasadorzy Polski uświęcili sobą obcą ziemię Manchesteru. Tu rozegrał się dramat Ich śmierci i pochówek. Na nieciekawym uboczu cmentarza, przy betonowym ogrodzeniu – pod murem, grzebano ich ciała. Tutaj spoczęły Ich doczesne szczątki samotnie na wieki.
Niech śpią w pokoju… Requiescat In Pace.
Tekst i zdjęcia Xenia Jacoby


















