„Każdy dzień trwał jak dziesięć lat” – mówi Ella, bohaterka książki „Przeżyłam Auschwitz, oszukałam śmierć” autorstwa Joanne Jowell. W autentycznych relacjach ocalałej nie ma patosu ani wielkich deklaracji. Jest biały pył z wagonów po cemencie, namioty zrywające się na wietrze i rzepy obierane w lodowatym deszczu. Jest też drewniana łyżka, która staje się narzędziem oporu, i kawałek warzywa przemycony pod ubraniem, za który grozi kula w głowę.
Bergen-Belsen
Wiele moich rozmów z Ellą zaczyna się od jej słów: „Chyba już ci to mówiłam…”, po czym opowiada ponownie jakiś fragment swojej historii. Każde powtórzenie różni się jednak nieco od poprzedniego – czasem w perspektywie (np. gdy czyta oficjalny zapis wydarzenia, którego sama doświadczyła), a czasem w szczególe (np. kiedy znajduje fotografię ilustrującą opowieść lub przypomina sobie jakieś konkretne imię czy jakiś detal). Emocje i szkielet jej historii pozostają jednak niezmienne. Pomimo jej podeszłego wieku i dystansu, jaki dzieli ją od czasów wojny i jej bezpośrednich następstw, wspomnienia Elli pozostają nienaruszone – może lekko pożółkłe na brzegach, może nieco wyblakłe, ale wciąż kompletne.
ELLA:
Pod koniec 1944 roku wywołano nasze numery i razem z Romą zostałyśmy wywiezione z Auschwitz.
Tekst jest fragmentem książki Przeżyłam Auschwitz, oszukałam śmierć, która czeka na Ciebie tutaj:
Ponownie wsadzono nas do pociągów i do wagonów bydlęcych. Nie wiedziałyśmy, dokąd jedziemy. Byłyśmy zamknięte tam chyba dwie noce i trzy dni. Wcześniej musieli nimi przewozić cement, ponieważ całkowicie pokrył nas biały pył. Kiedy pociąg wreszcie stanął, nie mogłyśmy się go pozbyć!
Dotarłyśmy do obozu koncentracyjnego Bergen-Belsen. Wiem, że jechałyśmy długo, ponieważ trasa prowadziła z Auschwitz w Polsce głęboko do Niemiec. Bergen-Belsen był jeszcze nowy – nie został właściwie zorganizowany. Trudno tam było nawet o wodę, żeby zmyć z siebie ten brud. Nie było prawie żadnego jedzenia, nie wysyłano nas też do pracy. To w niczym nie przypominało Auschwitz. Nie wiedzieli, co z nami zrobić. Zamiast bloków znajdowały się jedynie namioty. W trakcie deszczu lub burzy zrywał je wiatr i leżałyśmy pod gołym niebem, całe mokre – nie, bardziej niż mokre, po prostu leżałyśmy w wodzie. Okropne warunki. A transporty wciąż przyjeżdżały.
Dowiedziałam się, że otwierają nową kuchnię, i postanowiłam, że muszę tam zacząć pracować. Ustawił się ogromny sznur dziewcząt stojących cały dzień w kolejce, z podobnymi zamiarami. Wracałam wieczorem do Romy i mówiłam jej, że znów się nie udało – nawet nie zbliżyłam się do końca kolejki. Dziewczęta nawet biły się w tej kolejce, próbując przedostać się na jej czoło. Kiedy wróciłam czwartego dnia, miałam zadrapania i siniaki na twarzy, ponieważ ludzie się przepychali i uderzali siebie, chcąc być pierwsi. Powiedziałam Romie, że już tam nie wrócę, a ona na to: „Musisz! Musisz próbować dalej!”.
Piątego dnia w końcu się dostałam – ale nie do kuchni. Siedziałyśmy na niskich stołkach obok kuchni i obierałyśmy rzepę. I tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Na dworze, w zimnie, wietrze i wilgoci – siedziałam, obierałam rzepę i wrzucałam ją do wody.
W końcu, na szczęście, przenieśli mnie do kuchni, gdzie używałam ciężkich drewnianych łyżek. Była to trudna praca – należało stać i mieszać w ogromnej misie. Stałam się dość zamożna. Przemycałam Romie kawałki rzepy albo ziemniaka. Poznałyśmy też dwie siostry Węgierki, z którymi bardzo się zaprzyjaźniłyśmy – jedna nazywała się Ettie Weiss, imienia drugiej nie pamiętam. Czasami również dla nich chowałam trochę jedzenia. Powiedziały mi: „Nigdy cię nie zapomnimy”.
Raz wsunęłam kawałek rzepy pod ubranie, a esesman – Obersturmführer – to zauważył. Obok mnie stał Rosjanin, chrześcijanin, który pracował ze mną w kuchni, pchał taczkę z popiołem, i szybko powiedział: „Helenka, wrzuć to tam!”. Obersturmführer – zwykł mnie nazywać kleiner dicker[1] – wtedy już trochę przytyłam! – zawołał mnie do swojego biura z przeszklonym oknem, które znajdowało się na końcu budynku. Przeszukał mnie, ale niczego nie znalazł. Gdyby znalazł, zostałabym zastrzelona. Ten rosyjski chłopak uratował mi życie.
Potem powiedział mi: „Jeśli przeżyjemy wojnę, pojedziesz ze mną do Rosji. Uratowałem ci życie”.
„Dobrze”, odparłam.
A kiedy w końcu nas wyzwolono, wciąż pracowaliśmy w kuchni. Powiedział wtedy: „Wracam do domu, do Rosji. Jedziesz ze mną”.
„Nie mogę – mam Romę, moją siostrzenicę, która była ze mną
przez cały ten czas. Nie mogę jej zostawić”.
„To weź ją ze sobą!”
„Jedź”, powiedziałam mu. „Jedź, a ja do ciebie dołączę”.
Oczywiście nigdy tego nie zrobiłam.
Kilka miesięcy później przyjechali wszyscy Kommandants z Auschwitz i znów staliśmy na apelach. Prawie jak w Auschwitz – ta sama surowość i dyscyplina. Przez większość tego czasu pracowałam w kuchni, co było szczęściem, ponieważ nie musiałam stawiać się na apele.
Kiedy pracowałam w kuchni, pomogłam pewnej koleżance ze szkoły, która przebywała w innej części obozu, oddzielonej od naszego drutem kolczastym, ale wciąż w obrębie Bergen-Belsen, nazywało się to Internierungslager[2]. Był to międzynarodowy obóz, w którym mężczyźni, kobiety i dzieci przebywali razem. Byli to Żydzi, ale ze swoimi rodzinami, odseparowani od nas ogrodzeniem z drutu. Mieli paszporty różnych krajów – chyba spoza Europy, z Palestyny, Ameryki, Ameryki Południowej – albo inne dokumenty, jak Aliyah[3], który moja siostra i jej mąż mieli z Palestyny. Powiedziano im, że czekają na wymianę za niemieckich obywateli przebywających w innych krajach. W Warszawie po stronie polskiej krążyła plotka, że ma dojść do wymiany Żydów (tych z paszportami lub dokumentami) na niemieckich obywateli, wszystko miało się odbyć w Hotelu Polskim. Ludzie zaczęli tam tłumnie przybywać. Niemieckie władze wyczytywały nazwiska, a osoby te wychodziły z przekonaniem, że zostaną wysłane do krajów, których dokumenty posiadały. Zamiast tego trafiały do Bergen-Belsen. Moja przyjaciółka – Bronka Kahan ze szkoły Chavatzelet – znalazła się właśnie w tym obozie. Miała brytyjski dokument uprawniający ją do wyjazdu do Palestyny.
W kuchni mieliśmy wielki kesl, w którym gotowało się jedzenie. Trzeba było stanąć na stołku, żeby zamieszać potrawę drewnianą łopatą. Gdy przychodzili mężczyźni, by odebrać ten ciężki, wielki kocioł z jedzeniem dla Internierungslager, zawsze dodawałam coś specjalnego – trochę więcej rzepy, więcej gęstego, czasem nawet kawałek mięsa… dla Bronki. I ona o tym wiedziała.
Więźniowie z tamtego obozu zostali wyzwoleni w tym samym czasie co my, Bronka również – przeżyła. Po wojnie spotkałam ją w Izraelu. Świetnie jej się powodziło. Więźniowie z tamtego obozu zostali wyzwoleni w tym samym czasie co my, Bronka również – przeżyła. Po wojnie spotkałam ją w Izraelu. Świetnie jej się powodziło.
W Bergen-Belsen nie było zbyt wiele pracy aż do momentu, gdy przybyli Kommandants z Auschwitz wraz z Josefem Kramerem, był to Kommandant z Auschwitz-Birkenau, który teraz objął dowództwo.
Wiesz, że kazali więźniom iść pieszo z Auschwitz do Bergen-Belsen? To były marsze śmierci. Auschwitz zostało wyzwolone przez Rosjan w styczniu 1945 roku, a te wędrówki odbywały się we wcześniejszych miesiącach, kiedy próbowali pozbyć się więźniów z Auschwitz, w miarę jak siły wyzwoleńcze posuwały się naprzód. To musiało być na początku stycznia lub pod koniec grudnia – przybyli całkowicie wycieńczeni. Szli przez wiele tygodni.
W Bergen-Belsen znajdowały się więźniarki różnych narodowości, ale przede wszystkim Polki i Węgierki z Auschwitz; niewiele Greczynek przeżyło. Pamiętam jedną, która dała mi kawałek mezuzy[4]. Myślę, że wciąż gdzieś go mam – mały fragment pergaminu. Może to nie była dokładnie mezuza ani prawdziwy pergamin, ale był to kawałek papieru z napisem w języku hebrajskim, być może pochodził z siduru[5]. Miałyśmy nawet dwa małe kamienie szlachetne, przypominające diamenty, choć nie pamiętam już, jak znalazły się w Bergen-Belsen. Jeden wyglądał dobrze, drugi niezbyt autentycznie. Ten lepszy dałam Romie, a drugi zatrzymałam dla siebie. Z tym kamieniem doczekałam wyzwolenia i przechowywałam go przez wiele lat, ale chyba zgubiłam go, kiedy mieszkałam w Johannesburgu. Ale ten kawałek z hebrajskim pismem wciąż gdzieś mam. To cudowne uczucie mieć coś z hebrajskim pismem, którego nie widzieliśmy od lat, odkąd opuściliśmy getto.
W obozach każdy walczył tylko o siebie. Zwłaszcza w Auschwitz. Wszyscy starali się przetrwać. Nie znano litości. Oczywiście mówię ogólnie. Zdarzali się również wspaniali ludzie, ale zazwyczaj każdy przejmował się własnym życiem. W Bergen-Belsen to ja byłam tą, której się powiodło, tą, która mogła pomagać innym. Ale nie w Auschwitz.
Byłam w Auschwitz od lipca 1943 do października 1944 roku, prawie półtora roku. A potem sześć miesięcy w Bergen-Belsen. Ale każdy dzień trwał jak dziesięć lat.
Przetrwanie to coś bardzo podstawowego. W końcu człowiek obojętnieje; musisz, jeśli chcesz przeżyć.
Dla religijnego Żyda zostać rozebranym do naga publicznie, bez cienia skromności, bez prywatności – to coś niewyobrażalnego. A jednak nie o tym się wtedy myślało. Maszerowałeś – links, rechts, links, rechts – i popędzano cię – schnell, schnell, schnell – martwiłaś się jedynie o dotrzymanie kroku. Na początku próbowało się jeszcze pomóc innym, by utrzymali się na nogach. Upadający ludzie to straszny, szokujący widok. Ale w końcu ciała leżące tam, gdzie ktoś padł, przestawały robić wrażenie.
Nie byłam jeszcze gotowa na śmierć. Pamiętasz, co powiedziałam Romie? Chciałam żyć dalej. Chciałam żyć tak długo, jak tylko się dało – wstać rano na apel i pójść do pracy. Miałam nadzieję na lepsze jutro. Wola przetrwania paliła się w nas jak ogień.
[1] Po niemiecku „mała grubaska”.
[2] Po niemiecku: „obóz dla internowanych”.
[3] Po hebrajsku: „wstąpienie”; określenie żydowskiej imigracji z diaspory do Izraela.
[4] Po hebrajsku: mezuzah – małe pudełeczko umieszczane na prawej framudze drzwi w żydowskich
domach, zawierające zwitek pergaminu z fragmentami Tory.
[5] Żydowska księga modlitewna.
Tekst jest fragmentem książki Przeżyłam Auschwitz, oszukałam śmierć i powstał we współpracy z Wydawnictwem RM.
