Stosunki amerykańsko-izraelskie po 2001 roku

Stany Zjednoczone były i są postrzegane na świecie jako najbardziej proizraelsko nastawiony kraj na świecie. Czy słusznie? W znacznej mierze tak. USA jako pierwsze państwo na świecie uznało niepodległość Izraela de facto, a stało się to w tamtym samym dniu, w którym Izrael ogłosił się państwem. Od samego początku obydwa państwa prowadziły między sobą ożywioną wymianę handlową; USA od samego początku wspomagały państwo Izrael, głownie finansowo. Zdarzały się drobne nieporozumienia (rok 1956 i sprzeciw Eisenhowera wobec interwencji w Egipcie), lecz od wojny sześciodniowej współpraca między dwoma państwami, jeśli wziąć pod uwagę ich wzajemne położenie geograficzne, była bardzo dobra i z czasem więzi między USA a Izraelem zacieśniały się jeszcze bardziej.

 Stosunki amerykańsko-izraelskie za prezydentury George’a Busha.

Administracja George’a W. Busha była bezsprzecznie jedną z bardziej proizraelskich w historii bilateralnych stosunków miedzy tymi krajami. Biały Dom nie zamierzał aktywnie angażować się w bliskowschodnią dyplomację i wywierał presję na Arafata, by ten położył kres szalejącej przemocy. Po 11 września współpraca między USA a Izraelem zacieśniła się jeszcze bardziej, na co w dużej mierze wpłynął jeden tylko czynnik: wspólna percepcja zagrożenia; zarówno ze strony Iranu, jak i islamskich terrorystów [1]. Przez cały okres swojego urzędowania Bush utrzymywał proizraelskie stanowisko, którego kwintesencją było przemówienie wygłoszone w Knessecie w maju 2008 roku, uważane za jedno z najbardziej proizraelskich, jakie kiedykolwiek wygłosił zagraniczny przywódca. Izrael mógł liczyć na Amerykę rządzoną przez Busha w czasie operacji przeciw Hamasowi w Strefie Gazy, a także w wojnie z libańskim Hezbollahem, latem 2006 roku. Dyplomacja amerykańska przez długi czas blokowała przyjęcie rezolucji wzywającej do zawieszenia broni między Izraelem a Hezbollahem, co nastąpiło dopiero 11 sierpnia 2006 roku, w 30 dni po rozpoczęciu konfliktu .

Prezydent George W. Bush i premier Izraela Ariel Sharon (zdj. z domeny publicznej)

Oprócz tego Waszyngton niezliczoną ilość razy chronił Izrael przed uchwaleniem przez RB ONZ rezolucji krytycznych. Nieśmiałą próbą zażegnania konfliktu izraelsko-palestyńskiego ze strony Busha było przedstawienie w czerwcu 2002 roku tzw. „Mapy drogowej”. Jednoczesny brak nacisku USA na stronę izraelską w sprawie przestrzegania założeń planu porozumienia, w głównej mierze przyczynił się do fiaska próby rozwiązania konfliktu. Jak bardzo George W. Bush popierał Izrael, można było się przekonać pod koniec jego drugiej kadencji. Wówczas –­­ 27 grudnia 2008 roku – Izrael rozpoczął wielką operację wymierzoną w Hamas. Według wielu obserwatorów akcja ta była podyktowana chęcią wykorzystania przez Izrael bezwarunkowego poparcia administracji Busha, podczas gdy po jego następcy, Baracku Obamie, można było spodziewać się nieco innego, bardziej wyważonego podejścia do konfliktu izraelsko-palestyńskiego. W toku tej 22-dniowej wojny Biały Dom konsekwentnie akcentował, że jej zakończenie musi wiązać się ze zmianą polityki Hamasu i przez wiele dni blokował przyjęcie rezolucji wzywającej do zawieszenia broni przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Gdy w końcu rezolucja nr 1860 została przyjęta 8 stycznia 2009 roku, sekretarz stanu Rice, która pomogła ją przygotować, ostatecznie wstrzymała się od głosowania – jak powiedział kilka dni później izraelski premier, Ehud Olmert, w wyniku jego osobistej interwencji telefonicznej u Busha. Rezultatem wojny, zakończonej na zaledwie 2 dni przed zaprzysiężeniem Obamy, jest pozostawienie stosunków izraelsko-palestyńskich w jednym z najgorszych i najbardziej skomplikowanych momentów w historii [2].

Stosunki bilateralne za prezydentury Baracka Obamy.

Polityka wobec Izraela pod rządami nowej administracji zmieniła się radykalnie. Porzucono politykę nieufności wobec świata muzułmańskiego wprowadzoną przez Busha po atakach na World Trade Center w Nowym Jorku w 2001 roku.  O tym, że sprawa Palestyny i Izraela jest dla Obamy ważna świadczy choćby fakt, że już na początku swojej kadencji powołał Georga Mitchella na specjalnego wysłannika do spraw Bliskiego Wschodu – jego obecność była w 2009 roku widoczna na terenie Bliskiego Wschodu. Obama zaczął wywierać silny nacisk na rząd Beniamina Netanjahu (notabene uważanego za „jastrzębia”, jeśli chodzi o kwestię palestyńska czy irańską), aby ten przynajmniej powstrzymał rozbudowę izraelskich osiedli na terytoriach zachodniego Jordanu. Wielu komentatorów uważa serie ostatnich decyzji Netanjahu za swoisty policzek dla Baracka Obamy [3]. Wzajemne relacje obu państw po objęciu urzędu Prezydenta przez Baracka Obamę, weszły w nową fazę i możliwe są dwie interpretacje: albo Izrael zupełnie lekceważy sobie interesy swojego dotychczasowego protektora, albo nacisk Obamy na Izrael w kwestii zaprowadzenia pokoju na Bliskim Wschodzie jest pozorowany, a głównym celem tej farsy jest poprawa wizerunku Ameryki wśród muzułmańskich sąsiadów Izraela oraz stworzenie wrażenia nowej jakości w stosunku nowej administracji USA do Izraela, wizerunku państwa neutralnego, w równej mierze zainteresowanego sojuszem z Egiptem, jak i Izraelem [4]. Do zmiany strategii USA przyczyniły się głownie: opór Izraelczyków i ich nieskrywana determinacja w jednoznacznej, negatywnej ocenie irańskiego programu nuklearnego, ale także wspomniana porażka polityki Waszyngtonu wobec Iranu [5].

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*