Wojna nie dawała wyboru, a niemiecka machina rekrutacyjna nie znała litości. Jak Polacy z Pomorza trafiali do Waffen-SS? To historia przymusu ukrytego pod słowem „ochotnictwo”. Gdy fronty pochłaniały setki tysięcy żołnierzy, młodzi mężczyźni z III grupy DVL stawali się dla SS łatwym celem – jedni po służbie w RAD, inni po przeniesieniu z Luftwaffe. Wystarczyło być w odpowiednim wieku i mieć pecha urodzić się po niewłaściwej stronie Wisły.
Poniższy fragment pochodzi z książki Polacy w Waffen-SS. Polskie Pomorze autorstwa Tomasza Eugeniusza Bieleckiego – jednej z najdokładniejszych analiz udziału mieszkańców Pomorza w strukturach Zbrojnej SS. Autor, opierając się na archiwaliach IPN i dokumentach Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, rekonstruuje proces, w którym przymus, propaganda i niemiecki aparat administracyjny splatały się w jedną machinę poboru. To studium nie o ochotnikach z przekonania, lecz o ludziach wciągniętych w wojnę przez historię i geografię.
Nasilenie zjawiska powołań Polaków zaczyna się w 1943 r., co też nie wydaje się szczególnie zaskakującym. Jak pamiętamy z rozdziału II, był to okres gorączkowej budowy kolejnych dywizji Waffen-SS i gorączkowego uzupełniania strat poniesionych przez już istniejące. Nie mniej jednak, powołanie do armii niemieckiej sporego odsetka członków Ogólnej SS z Nadokręgu „Wisła” (66,56%), dokonało się już do grudnia 1943 r. Ergënzungstelle „Weichsel” znalazła się wtedy w kłopotliwym położeniu jeśli chodzi o dostępność ewentualnych rekrutów spośród członków Allgemeine SS.
Cała książka czeka na Ciebie tutaj:
Z tego powodu prawdopodobnie nasilił się werbunek wśród „ochotników” z III grupy DVL. Wykorzystywano prawdopodobnie sytuację, jako że ludzie ci nie za bardzo mieli możliwość, aby odmówić wcielenia w szeregi. Jednocześnie w tym czasie, oddziały niemieckie ponosiły coraz większe straty w sile żywej, początkowo głównie na froncie wschodnim, jednak po inwazji w Normandii także na zachodzie. Pod koniec 1943 r., Waffen-SS utraciła bowiem 150 000 żołnierzy, wliczając w to zabitych, zaginionych i ciężko rannych.
W skali całego Wehrmachtu, nie były to wcale straty ogromne, wszak tylko na skutek okrążenia 6. Armii pod Stalingradem, utracono bezpowrotnie ok. 200 000 ludzi. Jednak czwarty rodzaj sił zbrojnych, na jaki wyrosła Zbrojna SS podczas wojny, liczyła sobie na dzień 31.12.1943 r. 257 472 żołnierzy w jednostkach liniowych i 105 093 w oddziałach szkolno-zapasowych. Ubytek z szeregu 150 000 personelu był dla niej nie tyle duży, co raczej gigantyczny.
Zjawisko to należy rozpatrywać właśnie w takim kontekście, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że straty te ponoszone były systematycznie od 1940 r., czyli momentu rozwinięcia pierwszych dywizji tej formacji. Jest to widoczne niemal jak na dłoni, kiedy uświadomimy sobie, że jeszcze 31.12.1942 r., interesująca nas formacja, dysponowała w polu 156 438 żołnierzami i oficerami.
Widzimy więc, że po trzech latach istnienia Waffen-SS, trwały ubytek siły żywej wynosił niemal tyle, ile jej oddziały liczyły sobie w oddziałach polowych w drugim roku swojego istnienia. Nie da się także ukryć, że są to szokujące dane, świadczące zresztą o zawziętość walk, jakie toczyły oddziały Zbrojnej SS w tym czasie. Jest jeszcze bardziej zrozumiałe w tej sytuacji, posiłkowanie szeregów Waffen-SS Volksdeutschami, których w grudniu 1943 r., służyło już 130 000. Stanowili więc około 1/3 obsady personalnej tej formacji.
Oprócz olbrzymich strat, jakie ponosiły oddziały Zbrojnej SS na interesującym nas obszarze, był to także okres po przesileniu na tle wpisów na DVL. W związku z tym do dyspozycji znajdowała się szeroka rzesza młodych mężczyzn, przypisanych przynajmniej do III grupy DVL. Wtedy także rozpoczyna się zjawisko, z którym będziemy mieli do czynienia właściwie do samego końca niemieckiej administracji na tych ziemiach.
Polegało ono na powoływaniu do służby przedstawicieli tzw. „warstwy pośredniej”. Dotyczyło to przy tym tych, którzy jako nieletni nie występowali sami z wnioskiem o wpisanie ich w poczet III grupy DVL, a zrobili to ich rodzice. Po uznaniu wniosków rodziców, wpisywano najczęściej do tej samej grup DVL ich dzieci. Następnie, po uzyskaniu przez tę młodzież określonego wieku, powoływano ją do służby w RAD. Po jej odbyciu ci młodzi mężczyźni byli wcielani na masową skalę do Wehrmachtu i w mniejszym wymiarze do Waffen-SS. Obrazuje nam to na przykład sprawa K.J. ze Starogardu Gdańskiego, który został powołany w marcu 1943 r., czy przypadek H.D., pochodzącego z powiatu tczewskiego, wcielonego w maju 1943 r.
Jednak dla żołnierzy Zbrojnej SS Armagedon miał dopiero nastąpić w 1944 r., między innymi na skutek otwarcia frontu we Francji. W efekcie, Waffen-SS utraciła do końca wojny łącznie około 310 000 zabitych i zaginionych, czym przynajmniej podwoiła uszczerbek poniesiony do grudnia 1943 r. Znamienną jest także liczba Volksdeutschów (wszelkiej proweniencji) w szeregach Waffen-SS na koniec grudnia 1944 r.
Wynosiła ona tyle samo, co łączne straty tej formacji poniesione podczas wojny – 310 000 ludzi. Samo w sobie jest to już niezwykle wymowne. Opisane powyżej zjawisko miało więc swój ciąg dalszy w kolejnych latach, przy czym w zasobie AIPN możemy znaleźć jedynie dwa przypadki wcielenia przedstawicieli III DVL do Zbrojnej SS w ostatnim roku wojny.
(…)
Przypadki z 1944 r., obejmują głównie młodzieńców z roczników 1926-1927, a więc osoby, które w chwili powołania ich do służby w Zbrojnej SS miały nie więcej niż osiemnaście lat. Zastanówmy się chwilę nad tym wątkiem. Skoro w 1944 r. taka osoba miała siedemnaście lat, oznacza to, że w chwili rozpoczęcia działań wojennych miała jedenaście – dwanaście lat.
Oprócz tego, większość z przypadków (około 70 %), z którymi możemy zapoznać się w zasobie AIPN, dotyczy młodzieży z wykształceniem na poziomie szkół powszechnych, często zresztą niepełnym. W ten sposób, pojawia nam się profil przeciętnego Polaka z byłego województwa pomorskiego II RP, który został dotknięty służbą w Waffen-SS. Dodatkową cechą przedstawicieli tej populacji przed wcieleniem do oddziałów Zbrojnej SS, było zarobkowe wykonywanie nieskomplikowanych prac o charakterze fizycznym, najczęściej na roli. Nie można jednak ostatecznie założyć, że był to faktycznie profil dominujący, jedynie w oparciu o materiały AIPN, a tylko takim dysponujemy.
Jeden z opisanych powyżej schematów naboru „ochotników” z Pomorza potwierdza niezwykle istotny dla tej pracy dokument. Został on wytworzony przez oficera wywiadu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie (dalej PSZ na Zachodzie), podporucznika Jerzego Karola Malchera: Znana jest praktyka wciągania do Waffen SS drogą normalnego poboru młodych ludzi z terenów zachodniej Polski po ukończeniu Arbeitsdienstu, jeżeli odpowiadają warunkom fizycznym wymaganym w SS.
Jednak zaliczeni do „warstwy pośredniej”, dostawali się w szeregi Waffen-SS także w nieco odmienny sposób. Rozpoznano przynajmniej dwa przypadki postawienia ultimatum, osobom którym groziła odpowiedzialność karna.
(…)
Służby uzupełnień Waffen-SS działały także jeszcze w jeden sposób, który został opisany przez ppor. Malchera: W lecie 1944 r. przeniesiono do Waffen SS część personelu Luftwaffe, w tym znaczną liczbę Polaków, nie pytając się nikogo o zdanie. W gwoli ścisłości, w zasobie AIPN znajdują się akta H.W. z Pomorza Nadwiślańskiego, który dokładnie w taki sposób trafił jako „dar Hermanna Göringa” do Zbrojnej SS.
Według jego zeznań, cały regiment Luftwaffe, w którym służył, został przeniesiony do Zbrojnej SS w kwietniu 1944 r. Co ciekawe, H.W. nie otrzymał tatuażu z grupą krwi. Podobny przypadek, trafienia Jana Dończyka z Lufwaffe do Waffen-SS, opisuje także P. Kurek. W ten sposób trafił także do służby w Zbrojnej SS, odbywający wcześniej służbę rekrucką w Luftwaffe E.Sz. Co do jego zeznań, składanych w latach 1948 – 1949, nie można mieć większych wątpliwości, gdyż kolega, z którym trafił do lotnictwa potwierdził je w pełnej rozciągłości. Najciekawsze jest jednak to, jak wyglądał proces przenoszenia z jednej formacji do drugiej:
Powiedziano nam, że musimy należeć do SS. Początkowo myślałem, że mnie odrzucą, ponieważ komisja orzekła, że jestem za niski. Proponowano by podpisać listę, że jest to przymusowe, a początkowo mówiono, że jest to dobrowolne. Gdy ktoś zwracał uwagę na druk, że jest to inaczej niż na druku, wówczas zakreślano czerwonym ołówkiem słowo „dobrowolnie”. Ja nie podpisałem deklaracji o przynależności do SS.
Jednak brak zgody na ochotniczy akces, nie uchronił E.Sz. w ostatnim roku trwania wojny w Europie od służby w jednej z najbardziej elitarnych dywizji Waffen-SS. Omówimy jednak jego historię bardziej szczegółowo, w następnym rozdziale.
(…)
Ciekawą relację na temat innej możliwości dostania się Polaka z byłego województwa pomorskiego II RP do Waffen-SS pozostawił nam także B. Dobrski. Opisał on, mające miejsce w 1943 r., spotkanie z kolegą o imieniu Alojzy (Aloś), który był rekonwalescentem z frontu wschodniego: W tym czasie wszedł do domu Aloś. Przywitaliśmy się niezwykle serdecznie, a on zaczął mi opowiadać swoje wojenne przeżycia. Słuchałem jego opowieści z niedowierzaniem. Fragmenty opowieści Alosia, ciężko rannego podczas walk odwrotowych, które związane były z okrążeniem Stalingradu, z całą pewnością warto w tym miejscu przytoczyć:
Jednostka, w której służyłem, została podczas próby przebicia się zupełnie zniszczona, a to co się uratowało wcielone do jakiegoś pułku SS [chodzi oczywiście o Waffen-SS – przyp. T.E.B.]. Tam zostałem przemundurowany i na nowo uzbrojony i dalej na front. I znów próba wyrwania się; tym razem w doborowych oddziałach i w walce bez pardonu. Podczas akcji zostałem ciężko ranny, tyle tylko pamiętam.
Aloś został faktycznie ciężko ranny odłamkiem w klatkę piersiową, co nieco wcześniej opisał szczegółowo B. Dobrski, jednak udało mu się wydostać z kleszczy Armii Czerwonej dzięki łutowi szczęścia:
Tak ranny leżałem przy drodze, razem z tysiącami innych rannych i zabitych, o których nikt w tej chwili nie myślał. Chodziło o otwarcie obcęgów rosyjskich i wyrwanie się z okrążenia bez względu na straty, jak mi opowiadał później w szpitalu R. To on właśnie w jednostce przebijającej się z okrążenia zauważył mnie leżącego przy drodze. (…) Zabrał mnie na wóz mimo oporu pozostałych, gdyż w tej sytuacji nikt się nie liczył. Dopiero gdy im wytłumaczył, że jesteśmy z tego samego miasta i kolegami z jednej firmy – zgodzono się na ten dodatkowy balast.
Nieco dalej Aloś konstatuje: Za dwa tygodnie będę znów w oddziale i mam nadzieję, że nie wpakują mnie do jakiejś jednostki SS, bo tam nie robią z tego żadnych ceregieli, a zdaje się, moja jednostka, z którą poszedłem na front już nie istnieje. Już nigdy nie spotkałem nikogo z mojego pułku. Chociaż nie mamy stuprocentowej pewności, że bohater tej historii trafił ostatecznie do Waffen-SS, to jednak z jego relacji wynikałoby, że takie przypadki się zdarzały.
Jak więc wynika ze zrelacjonowanej przez. B. Dobrskiego historii, można się było dostać do Zbrojnej SS z pominięciem placówek SS, zajmujących się rekrutacją, w tym wypadku SS-Ergänzungstelle Weichsel/XX. W rozdziale VI pojawi się nam jeszcze wątek wcielania Polaków z Wehrmachtu do Zbrojnej SS, jednak tym razem już w dokumencie wytworzonym przez agendę polskich władz na uchodźstwie.
Tekst jest fragmentem książki Polacy w Waffen-SS. Polskie Pomorze autorstwa Tomasza Eugeniusza Bieleckiego.
