Po II wojnie światowej ogromna liczba dzieci w Polsce potrzebowała opieki i miejsca, w którym mogłaby rozpocząć nowe życie. W Bartoszycach powstał Centralny Ośrodek Wychowawczo-Szkoleniowy im. Janusza Korczaka, którego fundamentem był dom dziecka – przez kolejne kilkadziesiąt lat największy w kraju. O historii tego niezwykłego „miasta dzieci” opowiada Bernadetta Darska, autorka książki „Republika ludzi młodych”.
Centralny Ośrodek Wychowawczo-Szkoleniowy im. Janusza Korczaka w Bartoszycach powstał na terenie dawnych koszar Ludendorffa. Pierwsze dzieci przybyły tam na początku 1947 roku. W Ośrodku znaleźli się wychowankowie o bardzo różnych doświadczeniach i pochodzeniu: dzieci mazurskie i niemieckie, dzieci z Powstania Warszawskiego, podopieczni przybyli z Monetnej na Uralu, młodzi Ukraińcy oraz dzieci reemigrantów z Francji. W pracy wychowawczej czerpano z pedagogiki Janusza Korczaka i Antona Makarenki, a jednocześnie planowano wypracowanie własnego, tzw. modelu bartoszyckiego. Ośrodek zapewniał dzieciom opiekę i edukację, a jego działalność obejmowała również kulturę, sport i przygotowanie do późniejszego życia. Dziś historia tego projektu społeczno-pedagogicznego pozostaje w dużej mierze zapomniana.
Bernadetta Darska – prof. dr hab., krytyczka literacka, literaturoznawczyni. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Autorka trzynastu książek. Ostatnio ukazały się: „Berlinowanie. Zapiski z doświadczania miasta” (2022), „Czas reportażu. O tym, co działo się wokół gatunku po 2010 roku” (2023) i „Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku” (2026). Autorka bloga „Nowości książkowe”.
Konrad Ruzik: Dlaczego zdecydowała się Pani napisać książkę o ośrodku dla dzieci w Bartoszycach?
Bernadetta Darska: Wpłynęło na to kilka czynników. Po pierwsze, wielkim zaskoczeniem okazało się dla mnie uświadomienie sobie, że ta historia cały czas była blisko mnie, ale właściwie o niej nie wiedziałam. Na terenie Ośrodka, który powstał w wybudowanych przed II wojną światową koszarach Ludendorffa, w jednym z dawnych domów pooficerskich, mieszkali moi babcia i dziadek. Odwiedzałam ich przynajmniej raz w tygodniu, niektórych bohaterów książki spotykałam jako ich sąsiadów, ale nie znałam tej niezwykłej historii. Nikt o niej nie opowiadał. Pracując nad książką, dowiedziałam się tego, jakie były losy babci i dziadka, zanim dotarli do Bartoszyc i jak w ogóle do Bartoszyc trafili. Piszę o tym w posłowiu. Po drugie, pomijając to autobiograficzne uwikłanie, uświadomiłam sobie, jak niezwykła jest to historia. Pod wieloma względami – ludzi, którzy tam pracowali i którzy byli uczniami i wychowankami wchodzących w skład Ośrodka instytucji; położenia w wyjątkowo malowniczej okolicy; odizolowania od reszty miasta, co dawało podstawy, by mówić o mieście dzieci, mieście w mieście czy kombinacie pedagogicznym; wreszcie idei przyświecającej projektowi z jednej strony ratowania dzieci potrzebujących pomocy i oferowania im opieki, wychowania i edukacji, z drugiej tworzenia nowego człowieka. Po trzecie, już bardzo pobieżny rekonesans wśród przedstawicieli różnych środowisk i różnych grup wiekowych pozwolił na postawienie tezy, że ta historia jest właściwie całkowicie zapomniana. Także w Bartoszycach wcale nie tak wiele osób ją pamięta. Okazało się, że nie jest znana historykom, literaturoznawcom, regionalistom, osobom wiekowo dojrzałym i osobom młodym. Ci, którzy coś kojarzyli, mieli wiedzę dość powierzchowną. Doszłam wówczas do wniosku, że warto rozpocząć poszukiwania, które pozwolą historię tego niezwykłego projektu społeczno-pedagogicznego zrekonstruować. Że to – być może – ostatni moment, żeby tę opowieść odzyskać i opowiedzieć czytelnikom. Że ci ludzie, którzy tworzyli Ośrodek i którzy stanęli po stronie dobra i przyszłości zasługują na pamięć i przetrwanie. To chyba trzy główne przyczyny, które legły u podstaw pisania „Republiki ludzi młodych”.
Konrad Ruzik: Ośrodek powstał w specyficznych okolicznościach, bo tuż po zakończeniu II wojny światowej. Co Pani zdaniem przyświecało ówczesnym władzom przy tworzeniu go? Dobro dzieci, czy chęć wychowania nowego pokolenia fanatycznie wierzącego w ideologię komunistyczną?
Bernadetta Darska: Nie mam żadnych wątpliwości, że Centralny Ośrodek Wychowawczo-Szkoleniowy im. Janusza Korczaka w Bartoszycach powstał z myślą o dobru dzieci. Fundamentem tego projektu był dom dziecka, do którego docelowo miało trafić trzy tysiące wychowanków. Skąd taka wielka liczba? W Polsce po II wojnie światowej było milion siedemset tysięcy sierot. Ten dom dziecka był zresztą największy w kraju przez kolejne kilkadziesiąt lat. Latem 1946 roku do Bartoszyc przyjechali przedstawiciele Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, by ocenić przydatność miejsca dla planowanego projektu o zasięgu krajowym. Zgodnie stwierdzono, że miejsce jest idealne. Rozpoczęły się prace przygotowawcze i już na początku 1947 roku przybyły pierwsze dzieci. Warto zaznaczyć, że w Ośrodku łączono dwa wzorce związane z wychowaniem – pedagogikę Janusza Korczaka, nastawioną na dostrzeganie podmiotowości dziecka i samorządność, oraz pedagogikę Antona Makarenki, ukierunkowaną na wychowanie kolektywne. To jednak były tylko inspiracje, ponieważ Ośrodek miał wykształcić nowy model, tzw. bartoszycki, który docelowo planowano stosować w innych placówkach wychowawczo-opiekuńczych w kraju. Podobny charakter miała prowadzona w tym miejscu akcja repolonizacyjna. Jej efekty również uznawano za ważne dla innych terenów poniemieckich w kraju. Ośrodkiem interesowały się władze centralne – m.in. prezydent Bolesław Bierut, premierzy Edward Osóbka-Morawski i Józef Cyrankiewicz. By czuwać nad rozwojem tego projektu powołano Komitet Bartoszycki. O Ośrodku pisano w prasie krajowej, akcentując progresywny charakter podejmowanych tam działań. Idea nowego człowieka miała mieć w Bartoszycach idealne warunki do rozwoju i umocnienia. Obok domu dziecka funkcjonowały tutaj inne instytucje edukacyjne – szkoła ćwiczeń (czyli dzisiejsza podstawówka), liceum dla wychowawczyń przedszkoli, liceum pedagogiczne i drugie liceum z klasami z językiem ukraińskim, warsztaty nauki zawodu. Do dyspozycji pracowników i wychowanków Ośrodka była sala gimnastyczna, basen i dom kultury dziecka. Ośrodek oprócz znacznych dotacji centralnych miał do dyspozycji trzy majątki poniemieckie, zaopatrujące w mleko, warzywa, mięso. Przy ul. Limanowskiego kwitło życie kulturalne – odbywały się tutaj koncerty filharmoników warszawskich i olsztyńskich, przyjeżdżali aktorzy ze spektaklami teatralnymi, odbywały się spotkania autorskie znanych pisarzy, takich jak np. Władysław Broniewski, Igor Newerly, Maria Dąbrowska, Melchior Wańkowicz itd., śpiewał Mieczysław Fogg. Nowy człowiek miał być nie tyle ukształtowany ideologicznie, choć z oczywistych powodów socjalistyczna podbudowa była czymś obecnym w szkole, ale przede wszystkim wyedukowanym, zainteresowanym kulturą, zorientowanym w różnych dziedzinach nauki i – co kluczowe i wyjątkowo ważne – nastawionym na dobro drugiego człowieka.
Konrad Ruzik: Dlaczego to właśnie Bartoszyce wybrano na siedzibę Centralnego Ośrodka Wychowawczo-Szkoleniowego im. Janusza Korczaka?
Bernadetta Darska: Po II wojnie światowej widać było gwałtowną potrzebę pomocy osieroconym dzieciom. Milion siedemset sierot w Polsce to liczba, którą trudno sobie wyobrazić, ale też liczba – oskarżenie. Bo przecież to dorośli doprowadzili do tej dramatycznej sytuacji. W innych krajach Europy liczba dzieci potrzebujących pomocy również była duża. Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci odpowiadało za powstające w różnych miejscach domy dziecka. Duża liczba takich placówek powstała chociażby na terenie Śląska. Bartoszyce, wcześniej nieduże niemieckie miasto o nazwie Bartenstein, okazało się miejscem idealnym dla realizacji projektu zakrojonego na tak szeroką skalę. To właśnie tutaj tuż przed wybuchem wojny wybudowano koszary Ludendorffa. Nowoczesne, co miało znaczenie, rozległe i znakomicie położone. Po wojnie okazało się, że były one stosunkowo mało zniszczone i że nadają się do przyjęcia dużej liczby dzieci. To miejsce odizolowane od miasta nasypem kolejowym, a z dwóch pozostałych stron otoczone rzeką Łyną i lasem przypominającym założenie parkowe. Infrastruktura pozwalała nie tylko na szybkie uruchomienie projektu, ale też na wprowadzenie w życie zamierzonego kształtowania wspólnoty młodych, odpowiadających razem za miejsce i ludzi.
Konrad Ruzik: Pani książka ukazuje nam ośrodek jako mulitikulturowy. Czy może Pani powiedzieć naszym czytelnikom jakich narodowości dzieci się w nim znalazły i jak kształtowały się stosunki pomiędzy nimi?
Bernadetta Darska: Do Bartoszyc przyjechały dzieci z Ośrodka Boduena w Warszawie. Ze względu na różnego rodzaju dysfunkcje wymagały większej opieki i troski. Pojawiła się duża grupa dzieci autochtonów. Były to dzieci mazurskie lub po prostu niemieckie. Nie umiały mówić po polsku. Przed wychowawcami stało więc trudne zadanie porozumienia się z dziećmi i wzbudzenia w nich zaufania. To w stosunku do tych podopiecznych prowadzono akcję repolonizacyjną. Bardzo ważne i nietypowe w skali kraju było to, że w dokumentach zapisywano dane dzieci, jeśli takie w ogóle były. Zmiana imienia i nazwiska na polskie wiązała się więc z zachowaniem śladów wcześniejszej tożsamości. Oczywiście wtedy, jeśli takie informacje w ogóle były. Zdarzały się dzieci bez żadnych danych na temat pochodzenia. Do Ośrodka przyjechały dzieci z Powstania Warszawskiego. To, co widziały i w czym uczestniczyły, przyczyniło się do poczucia dorosłości i samodzielności. Można sobie wyobrazić, jak duże było zdziwienie tych dzieci i jak wiele było w nich negatywnych uczuć, kiedy w Bartoszycach w domu dziecka zastały wychowanków mówiących po niemiecku. Rodziło to na początku wiele konfliktów. Do Bartoszyc dołączyła też grupa podopiecznych z Monetnej na Uralu. Przyjechali na zaproszenie Aleksandra Lewina, których kierował ich domem dziecka najpierw we wspomnianej Monetnej, a potem po powrocie do ojczyzny w Sławięcicach. Ich zadaniem była pomoc wychowawcom. Mieli doświadczenie związane z funkcjonowaniem według reguł Korczaka i Makarenki, byli obowiązkowi, lojalni, pracowici, bardzo zaangażowani. W liceum pedagogicznym z klasami z językiem ukraińskim pojawili się młodzi Ukraińcy. Wśród nauczycieli byli reemigranci z Francji. Ich dzieci, uczące się w szkołach w Ośrodku, przez pewien czas mówiły z francuskim akcentem. Pedagodzy rekrutowali się również z repatriantów zza Buga i z Wileńszczyzny. Ich sposób mówienia był charakterystyczny i sprawiał, że w Bartoszycach pojawił się fragment kresowego świata. W czasie wakacji w Ośrodku odpoczywały na przykład dzieci koreańskie. Młodzi szybko znajdowali nić porozumienia. Jeśli brakowało słów, pomagały gesty. Zabawy, spory, wspólny czas ostatecznie łączył i pokazywał, że da się być razem nawet wtedy, jeśli mówi się różnymi językami.
Konrad Ruzik: A jak z kolei wyglądały stosunki dzieci z ich wychowawcami?
Bernadetta Darska: Wychowawcy i nauczyciele również byli młodymi ludźmi. Tytułowa metafora z mojej książki dosłownie oddaje to, że w Ośrodku królowała młodość. Uczennice starszych klas liceum pedagogicznego po lekcjach odbywały praktyki w domu dziecka. Były często niewiele starsze od swoich podopiecznych. Młodzi, którzy sprawowali opiekę nad dziećmi i którzy pracowali w Ośrodku, zazwyczaj byli również doświadczeni przez los. Umieli jednak odsunąć własne cierpienie i skupić się na tym, by niewinne dzieci zaczęły wierzyć w przyszłość. Mam na myśli nie tylko wysoki poziom oferowanej w placówkach szkolnych edukacji, ale też opiekę i wychowanie. W domu dziecka wspólnie omawiano dzień, przygotowywano gazetkę, starsi pilnowali, by młodsi odrobili lekcje. Okazywano też dzieciom pomoc, kiedy potrzebowały rozmowy lub miały jakieś problemy. Ważnymi postaciami są nie tylko osoby będące wychowawcami lub nauczycielami, ale też ci, którzy pracowali w obsłudze administracyjnej Ośrodka. To dobrze pokazuje panującą w tym miejscu atmosferę. Dobre rady i ciepłe słowo można było otrzymać od wychowawcy, ale i na przykład od kucharki, portiera czy mężczyzny pracującego w wartowni. Jedną z ikonicznych postaci dla Centralnego Ośrodka Wychowawczo-Szkoleniowego im. Janusza Korczaka jest Aleksander Lewin – dobry duch tego miejsca, utrzymujący ze swoimi podopiecznymi z Monetnej kontakt podczas zjazdów jeszcze kilkadziesiąt lat po wojnie. Warto wspomnieć na przykład Józefa Małeckiego – najpierw wychowanka domu dziecka, który przybył właśnie z Monetnej na Uralu, potem wychowawcy, wreszcie wieloletniego dyrektora bartoszyckiego domu dziecka. Przez podopiecznych wspominany jest jako osoba bardzo ciepła, empatyczna, z oddaniem pracująca na rzecz dzieci i interesująca się ich losem także po osiągnięciu dorosłości. Wychowankowie zapisują w kronice, że był dla nich tatą.
Konrad Ruzik: Czy Pani zdaniem ośrodkowi udawało się wychować swoich podopiecznych na „młodych komunistów” czy też indoktrynacja ideologiczna poniosła porażkę?
Bernadetta Darska: Nie wydaje mi się, aby to były odpowiednie słowa dla określenia tego, co działo się w Ośrodku. Oczywiście, w procesie edukacji pojawiały się różnego rodzaju odniesienia charakterystyczne dla tamtych czasów. Organizowano pogadanki, rocznicowe uroczystości, apele. Ale tego typu inicjatywy były wtedy obecne w każdej szkole. Nie można powiedzieć, że w Ośrodku odbywały się z jakimś szczególnym nasileniem. Zainteresowanie władz centralnych wiązało się przede wszystkim ze wsparciem finansowym. Kiedy Ośrodek odwiedził prezydent Bolesław Bierut, dzieci cieszyły się głównie z rozdawanych cukierków, a dorośli zapamiętali dostarczone po wizycie meble i nowoczesne wyposażenie sal lekcyjnych. Dzieci otrzymywały więc szansę i możliwości, aby rozpocząć nowe życie bez deficytów, na które skazywały je na starcie traumatyczne doświadczenia wojenne. W Ośrodku realizowano wychowanie świeckie. To było charakterystyczne dla placówek kierowanych przez Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Nawyków z domu rodzinnego nie zwalczano jednak przemocą. Zamiast tego rozmawiano z dziećmi i próbowano wspólnie dojść do przekonania, że ważna jest racjonalność wpisana w naukę. Jednak fundamentalnym działaniem organizującym codzienność w Ośrodku było myślenie o nowym człowieku jako kimś, kto wierzy w przyszłość, chce budować wspólnotę i wierzy w dobro. Niezależnie od uwikłania socjalistycznego ten nowy człowiek, który miał być kształtowany w Bartoszycach, okazał się nie tyle komunistą, co przede wszystkim humanistą.
Konrad Ruzik: Pomijając już kwestie ideologiczne… Czy Pani zdaniem ośrodek dobrze przygotował swoich wychowanków do samodzielnego dorosłego życia czy też okazał się całkowicie nieefektywny?
Bernadetta Darska: Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci stawiało na opiekę, edukację i wychowanie. To holistyczne podejście skutkowało z jednej strony poczuciem, że każde dziecko jest równie ważne i każde zasługuje na pomoc, z drugiej potrzebą inwestowania w rozwój intelektualny, społeczny, kulturalny i fizyczny. Dzieci otrzymywały więc znakomity pakiet wiedzy i świadomości na temat tego, co w codzienności jest dostępne. W efekcie w dorosłe życie wchodziły nie jako ktoś, kto musi aspirować, ale jako ktoś, kto miał dostęp do rozwijającej dzieci i młodzież oferty. Mam na myśli nie tylko edukację, która w placówkach na terenie Ośrodka była na wysokim poziomie. Przywołuję także bogatą ofertę kulturalną. Dzieci uczestniczyły systematycznie w spotkaniach autorskich, słuchały koncertów, oglądały spektakle, chodziły do kina i, co najważniejsze, rozmawiały o tym, co właśnie przyswoiły. Kształtowano więc świadomego odbiorcę kultury. W Ośrodku organizowano zawody sportowe, podopieczni korzystali z basenu. Podczas wakacji dzieci jeździły na obozy i wycieczki, brały udział w spływach kajakowych. Na co dzień wychowankowie Ośrodka współodpowiadali za panujący na jego terenie porządek, mieli dyżury, angażowali się w różnego rodzaju inicjatywy. Mieli poczucie, że tworzą realnie istniejącą wspólnotę. Takie wychowanie było inwestowaniem w późniejsze dorosłe życie. Młodzi żyli w Ośrodku i opuszczali Ośrodek z przekonaniem, że dobro, empatia, pracowitość, uczciwość to wartości fundamentalne. Ale nie tylko z ideami wchodzono w dorosłość. Znane są na przykład przypadki zapewniania podopiecznym mieszkania. Potwierdzeniem dobrych relacji między wychowankami a pedagogami jest również ich trwałość. Ci, którzy opuszczali Ośrodek, pisali listy, wysyłali kartki z pozdrowieniami, informowali o swoich dalszych losach, ciepło wspominali pobyt w tym miejscu.
Konrad Ruzik: Jaka jest Pani ogólna ocena ośrodka w Bartoszycach zważywszy na jego „plusy” i „minusy”?
Bernadetta Darska: Zdecydowanie pozytywna. To, co uznaję za szczególnie cenne, sprowadza się do ocalenia człowieczeństwa w czasach tak bardzo trudnych. Tak duża grupa dzieci, w której właściwie każdy miał jakieś straszne przeżycia – widział śmierć rodziców, był świadkiem okrucieństwa, przetrwał głód i zimno, wymagała szczególnego traktowania. Do tej nietypowej sytuacji nikt nie był przygotowany. Nauczycieli wtedy brakowało. Młodzi wychowawcy często sami potrzebowali pomocy, bo mieli za sobą cierpienie, pobyt w obozie koncentracyjnym, utratę rodziny, zniszczenie całego wcześniej znanego świata. Mogli skupić się na własnym bólu, a jednak uznali, że warto pracować na rzecz przyszłości. W 1948 roku do Bartoszyc przybywa David Seymour, znany fotograf, współzałożyciel legendarnej agencji fotograficznej Magnum. Fotografuje dzieci w różnych miejscach w Europie w ramach projektu „Children of Europe” na zlecenie UNICEF. To, że dociera do Ośrodka, także świadczy o unikatowym charakterze tego przedsięwzięcia. Jedno z jego zdjęć, znajdujące się na okładce książki, to dzieci w kręgu trzymające się za ręce razem z wychowawcami. Ten uścisk dłoni, choć wpisany w popularną zabawę, można potraktować jako ważną metaforę – wsparcia, zrozumienia, świadomości, że razem można odzyskać przyszłość. I tak faktycznie jest. Podopieczni Ośrodka dostają ten krzepiący i kluczowy dla odzyskania sensu uścisk.
Konrad Ruzik: Jak chciałaby Pani zachęcić naszych czytelników do lektury swojej książki?
Bernadetta Darska: Przede wszystkim mam nadzieję, że to, co już o „Republice ludzi młodych” opowiedziałam, zachęci Państwa do lektury. Ta niezwykła historia zasługuje na pamięć – jestem o tym przekonana. Ale – i uświadomiłam sobie to pracując nad książką – nie chodzi tylko o to, by Państwo zechcieli poznać tę opowieść, która przynależy do przeszłości, ale i jest w pewnym sensie historią założycielską rodzenia się nowego świata po wojnie. Ważne jest także to, że „Republikę ludzi młodych” można potraktować jako przestrogę i podstawę do pojawienia się nadziei w kontekście teraźniejszości i przyszłości. Przestrogę przed tym, że każdy konflikt między dorosłymi najbardziej uderza w niewinne dzieci. A nadzieja? Historia Ośrodka pozwala mieć nadzieję, że jednak można się podnieść z tego, co jest katastrofą i można uwierzyć w przyszłość i drugiego człowieka.
Fot. Dawne koszary Ludendorffa w Bartoszycach, na których terenie po II wojnie światowej powstał Centralny Ośrodek Wychowawczo-Szkoleniowy im. Janusza Korczaka. Fot. Lech Darski, Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0.