„Źródło Mamerkusa”. Chrześcijanin wyparł się wiary, a wszystko zaczęło się od nudy. Niezwykła historia spotkanego renegat

„Źródło Mamerkusa”. Chrześcijanin wyparł się wiary, a wszystko zaczęło się od nudy. Niezwykła historia spotkanego renegata

Przypadkowe spotkanie przy ognisku prowadzi do rozmowy z człowiekiem, którego bohater widział wcześniej w Ikonium, gdy ten zaparł się Chrystusa. Napotkany mężczyzna zaczyna opowiadać o dzieciństwie na Peloponezie, ucieczce z rodzinnego domu i służbie wojskowej.

Za dwa brykieciki otrzymane od szambelana kupiliśmy konie, hełm, kolczugę i zapas prowiantu, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Pod wieczór pierwszego dnia podróży, kiedy rozglądaliśmy się za miejscem na nocleg, zauważyliśmy w pobliskich krzakach płonące ognisko. Pomny tego, co mi się przydarzyło w podobnych okolicznościach w dniu, w którym poznałem Jusufa, wziąłem szablę i z zachowaniem wszelkiej ostrożności poszedłem sprawdzić, kto tam obozował.

Jakież było moje zdumienie, gdy w samotnym mężczyźnie spożywa jącym na tym odludziu skromną wieczerzę rozpoznałem chrześcijanina, który w Ikonium zaparł się Chrystusa wobec Abd ar-Rahmana, zwanego Magnesem Wiary! „Czekaj, sukinsynu! Pan Bóg nierychliwy, ale spra wiedliwy!” – pomyślałem z satysfakcją i nie czekając na mojego byłego sługę, wyskoczyłem z szablą z zarośli. Renegat przeraził się tak bardzo, że zerwał się na równe nogi i wypuścił z rąk miskę z jedzeniem, która potoczyła się prosto pod moje stopy. I tu moje oburzenie sięgnęło zenitu, jako że była to bez wątpienia ta sama gliniana miska w czerwono-czarne wzory, którą parę dni wcześniej ukradł nam mały Ali.

– Więc to tak, zaprzańcu?! – zawołałem, wywijając szablą.

Z pewnością mnie nie zrozumiał, ale widok gołej klingi kazał mu natychmiast paść na kolana.

– Daj spokój, panie! – rozległ się za mną zdyszany głos Jusufa. – Beze mnie i tak się nie dogadacie.

Miał oczywiście rację, toteż opuściłem broń, a potem pokazałem mu miskę i zapytałem, czy ją poznaje.

– Naturalnie – zdziwił się z kolei Jusuf.

– To spytaj tego zdrajcę, skąd ją ma – poprosiłem.

– Dostałem ją w prezencie – odpowiedział apostata, chyba jeszcze bardziej zdumiony od nas, kiedy Jusuf przetłumaczył mu moje słowa. – Ale jeśli się wam tak bardzo podoba, możecie ją sobie zatrzymać.

– Mam gdzieś twoją miskę – zrugałem go natychmiast. – Powiedz lepiej, łotrze, jak to było z tym nawróceniem w Ikonium? Czy naprawdę wyparłeś się prawdziwej wiary?!

Zaprzaniec zastanawiał się przez dłuższą chwilę, co odpowiedzieć, czemu zresztą trudno się było dziwić, zważywszy, że i ja miałem na głowie turban. Wreszcie zapytał podejrzliwie:

– A co was to obchodzi? Jesteście chrześcijanami czy jak?

– On nie, ale ja owszem – odpowiedziałem. – Więc lepiej mów prawdę.

– Ja też myślę, przyjacielu, że tak będzie najlepiej – poparł mnie Jusuf. – I nie bój się. Lew, który dużo ryczy, mało mleka daje. Mój pan nic ci nie zrobi, bo nawet on rozumie, że w kraju prawdziwie wierzących byłoby to nierozsądne. Po prostu zaspokój naszą ciekawość.

Po tych słowach apostata odetchnął z ulgą.

– Jak tak, to co innego, ale to długa historia – wymamrotał, po czym powstał z klęczek i zaprosił nas niepewnym gestem do swojego ogniska.

– Nie szkodzi – mruknąłem, sadowiąc się blisko ognia. – Mamy czas, chętnie posłuchamy.

Kiedy Jusuf przyprowadził nasze konie, odszczepieniec, wyzbyty już wszelkich obaw, poczęstował nas zupą, a potem spełnił nasze życzenie.

– Słyszałem często – zaczął – że wiele rzeczy na tym świecie odkryto bądź wynaleziono z czystej ciekawości, z żądzy sprawdzenia, co kryje się za tą górą czy za tamtą rzeką, z potrzeby dowiedzenia się, co się stanie, jeśli zmienimy to czy owo, słowem tylko dlatego, że ktoś zżerany ciekawością chciał się przekonać, czy nie mogłoby być choć trochę inaczej. Zaś sama ciekawość bierze się głównie z nudów, bo żeby się nam chciało cokolwiek zmieniać czy poznawać, najpierw musi się nam znudzić to, co jest.

Co do mnie, to nudziłem się pilnie już od dzieciństwa, ale też miałem ku temu solidne powody. Urodziłem się na Peloponezie w rodzinie greckich wieśniaków. W moich ojczystych stronach nie zmieniło się chyba nic, odkąd je Pan Bóg stworzył. Jak sięgnę pamięcią, zawsze widziałem nad sobą to samo bezkresne niebo, w dzień nieznośnie błękitne, w nocy upstrzone miriadami gwiazd, których chaotyczny układ, wyzbyty jakiejkolwiek zauważalnej logiki i celowości nużył mnie śmiertelnie, ilekroć na nie spojrzałem.

Przez większą część roku z nieba lał się nieustanny, ćmiący jak ból zęba żar, który sprawiał, że koło południa wszystko, co żyło, ogarniała nieprzeparta senność i tak ludzie, jak zwierzęta, ledwo powłócząc nogami, zaszywali się gdzieś w cieniu, by pogrążyć się w letargu i dotrwać do pierwszych podmuchów wieczornej bryzy. Ową bezlitosną koniunkcję błękitu, słońca i żaru zakłócał jedynie wiatr, choć i on wkrótce omdlewał i zamierał, jakby również szybko się nużył i miał wszystkiego dosyć. Teoretycznie mógł ją jeszcze przerwać deszcz, ale deszcz padał w naszych stronach tak rzadko, że jego ukryty głębszy sens sprowadzał się chyba wyłącznie do tego, by uświadamiać nam tym boleśniej niewzruszoną stałość i bezwzględną nieodmienność rzeczy, z którymi przyszło nam mieć na co dzień do czynienia.

W miejscu, skąd pochodzę, były także góry i morze. O górach nie mam najlepszego zdania. Od kiedy jako dziecko zrozumiałem, że muszą minąć tysiące lat, by zaszła w nich jakakolwiek zmiana, uznałem ten fakt za osobisty afront i zacząłem się do nich odnosić z najwyższą niechęcią. Wiem, że ten sam zarzut można by także postawić morzu, niemniej pewne jego cechy, jak ograniczona wprawdzie i jak na mój gust zbyt mechaniczna ruchliwość, a także rozmaitość barw, jakie przybiera o różnych porach dnia i nocy, łagodzą do pewnego stopnia jego przy rodzoną monotonię, co kazało mi je traktować z ciut mniejszą odrazą.

Muszę ze wstydem przyznać, że oprócz natury nieożywionej nudziła mnie również jej część ożywiona, zwłaszcza ta, z którą stykamy się naj częściej, czyli własna rodzina. – To bardzo nieładnie – przerwałem mu. – Rodzina to rzecz święta, nie jakieś tam parszywe morze czy góry.

– Zapewne. A jednak oglądanie tych samych twarzy, słuchanie w kół ko tych samych zwrotów i dowcipów, zasiadanie latami przy tym samym stole, wałkowanie w tę i we w tę tych samych problemów i dolegliwości tych samych ciotek, wujów i kuzynów to rzecz absolutnie nie do zniesienia. Zwłaszcza kiedy najbliżsi zajmują się uprawą roli, gdyż wówczas ich własne nudziarstwo łączy się nierozerwalnie z nudą wyższego rzędu wyznaczającą odwieczny rytm ich zatrudnień, chorób i kłopotów.

W moim rodzinnym domu wszystko było uporządkowane i całkowi ie przewidywalne. Pracę zaczynano o świcie i kończono o zmierzchu. Wiosną orano i siano, latem żęto i młócono, jesienią zbierano winogrona, zimą strząsano oliwki i wytłaczano z nich oliwę. A potem wszystko zaczynało się od początku, zgodnie z obłędnym kieratem czterech pór roku. Toteż już w wieku trzynastu lat marzyłem o wyrwaniu się z tego zaklętego kręgu niekończących się powtórek, a w dwa lata później uciekłem z domu i zaciągnąłem się do wojska.

Tekst jest fragmentem książki Źródło Mamerkusa, która czeka na Ciebie tutaj:

– Bardzo słuszna decyzja – pochwaliłem go tym razem. – Dla kogoś, kto lubi zmiany, wojaczka to najlepsze wyjście.

– A ja myślę – uśmiechnął się Jusuf – że nasz nowy znajomy lubi być panną młodą na każdym weselu i nieboszczykiem na każdym pogrzebie. Szkopuł w tym, że człowieka próżnego nie zadowoli żadna zmiana. Długo wytrzymałeś w armii, przyjacielu?

– Niedługo – przyznał renegat – bo skierowano mnie wraz z całym świeżo sformowanym oddziałem do prowincjonalnego garnizonu przy granicy, gdzie jeden dzień był podobny do drugiego jak dwie krople wody. Wstawaliśmy o świcie, zbieraliśmy się na apel, jedliśmy podłe śniadanie, a potem do wieczora ćwiczyliśmy musztrę bądź fechtunek, strzelaliśmy do tarczy, rzucaliśmy włócznią, powtarzaliśmy w kółko te same manewry, aby w końcu, po marnej kolacji i nieuniknionym wieczornym capstrzyku, zwalić się na twardą jak kamień pryczę, zawsze w tym samym gronie i o tej samej porze. W tej sytuacji nawet stanie na warcie wydawało się nie lada atrakcją i to pomimo tego, że widok, jaki rozciągał się z wałów łudząco przypominał mi moje rodzinne strony: ten sam drętwy błękit nieba, takie same nudne góry i aż po horyzont to samo bezduszne morze.

Na szczęście inny świat był tuż, tuż, na wyciągnięcie ręki. Od czasu do czasu przybywali z niego wędrowni kupcy, by zaoferować nam w kulawej grece świeże owoce, misternie tkane dywany, piękne naczynia na wodę i oliwę, a nawet sztylety i szable z nierdzewiejącej nigdy stali. Z tego innego świata pochodzili także zbrojni jeźdźcy, którzy zjawiali się znienacka pod naszymi murami i poddawali je starannym oględzinom, kiedy zaś zostali spostrzeżeni przez naszych strażników, śmiali się z nich bezczelnie i przed swoim niespiesznym odjazdem posyłali jeszcze w ich stronę po kilka niecelnych strzał.


Tekst jest fragmentem książki Źródło Mamerkusa, Leszek Biały, Wydawnictwo Prześwity.
Fot. Wilhelm z Rubruk i jego towarzysz w podróży. Iluminacja z rękopisu z pierwszej połowy XIV wieku, Corpus Christi College w Cambridge. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Comments are closed.