– Na jaki temat przygotowuje Pan dysertację doktorską?
Od kilku lat zajmuję się norweską kroniką Mnicha Teodoryka, napisaną po łacinie pod koniec XII w. (z którą zetknąłem się zresztą w czasie pisania pracy magisterskiej). Nie piszę jednak typowej monografii źródłoznawczej. Interesuje mnie raczej to, w jaki sposób Teodoryk potrafił wygrywać prowincjonalny status swojego kraju na korzyść dla niego. Zilustruję ten problem konkretnym przykładem. Kronikarz zaobserwował, że na temat okoliczności chrztu największego władcy Norwegii, św. Olafa, krążą różne opinie, tak że nie wiadomo, gdzie i kiedy król męczennik się ochrzcił. Nie stanowiło to jednak dla Teodoryka jakiegoś wielkiego powodu do zmartwienia. Zwrócił on bowiem uwagę, że Norwegowie nie mieli jak dotąd żadnego kronikarza, który mógłby rozstrzygnąć te wątpliwości, a przecież nawet Hieronim nie wiedział, gdzie ochrzcił się Konstantyn Wielki! Innymi słowy, przez to, że punkt odniesienia, jakim jest historia starożytnego Rzymu, zostaje zdezawuowany, to i historia prowincjonalnej Norwegii nie wypada na jej tle wcale tak blado.
– Czy dla młodego badacza największym problemem, w pracy naukowej nad średniowieczem, jest obcość języka i kodu kulturowego, którym posługiwano się w tamtym czasie?
Zdecydowanie! Nie tylko język (nieważne, czy łacina czy staroislandzki), ale chyba przede wszystkim – kod kulturowy właśnie. Średniowieczne kroniki mają swoją specyfikę, a ich autorzy posługiwali się logiką odmienną od naszej, a przez to trudną do łatwego, zdroworozsądkowego rozszyfrowania.
– W czasie przygotowań do swojej pracy magisterskiej współpracował Pan z niemieckim środowiskiem mediewistycznym. Jak Pan porówna poziom organizacyjny, administracyjny i naukowy w Niemczech do tego w Polsce?
To raczej pytanie do kolegów. Wprawdzie bywam czasem w Berlinie i prowadzę tam kwerendy biblioteczne, ale nigdy nie miałem kontaktów z niemieckim środowiskiem naukowym. Więc nie wypowiem się na ten temat.
– Zajmuje się Pan średniowiecznymi tekstami. Jaka była mentalność ówczesnych dziejopisów?
To temat rzeka. Zwróciłbym uwagę na to, że średniowiecznym kronikarzom zależało głównie na tym, by uwiecznić pamięć o dawnych wydarzeniach; sądzili, że bez ich pracy ona przepadnie. I mimo, że trudno wśród nich znaleźć takiego, który by nie był duchownym, to nie wahali się oni opisywać również spraw świeckich. Gall Anonim stwierdził przykładowo, że opisuje wojny władców, a nie ewangelię.
– W średniowiecznych sagach jest bardzo wiele zadziwiających, fantastycznych historii, które historycy częstokroć pomijają, uważając je, zresztą słusznie, za zwykłe bujdy. Przytoczyłby Pan nam jakąś frapującą historię ze średniowiecznych źródeł, którą hermeneutyczny warsztat badacza odrzuca, ale obecnie może być ciekawym przyczynkiem do zafascynowania się tamtymi czasami?
Ależ to są bujdy tylko i wyłącznie z naszego punktu widzenia! Dla ludzi średniowiecza to była najprawdziwsza historia! Jeśli chodzi o konkretny przykład, wciąż mam sentyment do opowieści z Kristni Sagi, którą zajmowałem się pod koniec moich studiów magisterskich. Mowa tam o saskim biskupie Fridreku (Fryderyku), który przybył na Islandię jako pierwszy misjonarz. Nie odniósł tam specjalnego sukcesu, a jego pobyt zakończył się dość nieprzyjemnie. Fridrek został mianowicie wyśmiany przez pogan, którzy nazwali go matką dziewięciorga dzieci spłodzonych przez pewnego Islandczyka.
– To inspiracja Jacka Banaszkiewicza sprawiła, że zajął się Pan badaniem nie faktów, a właśnie ich przekazami?
Tak, choć wiele zawdzięczam też prof. Pawłowi Żmudzkiemu, który jest autorem książki o średniowiecznych narracjach batalistycznych. Nie przeciwstawiałbym zresztą tak ostro faktów i przekazów. Prof. Banaszkiewicz napisał w swoim Podaniu o Piaście i Popielu: „fakty kulturowe to także fakty i tak samo dobre, jak te znane z historii polityczno–społecznej”.
– Zgadza się Pan z stwierdzeniem słynnego historyka, iż ,,inteligentni historycy zajmują się średniowieczem, a pracowici czasami nowożytnymi”?
Nie do końca. Mediewiści rzeczywiście dysponują wątłą bazą źródłową, stąd potrzebują materiału porównawczego, który rzuci odpowiednie światło na daną problematykę. Aby do niego dotrzeć, muszą niekiedy wykazać się pracowitością. Choć na pewno nie w takim samym stopniu, jak nowożytnicy, o badaczach historii najnowszej nie wspominając.
Paralipomena
Chciałbym podziękować Rafałowi Rutkowskiemu za cierpliwość w oczekiwaniu na publikację. Cieszę się, że nie zadał mi pytania – wyroku: Quousque tandem abutere, Redaktorze , patientia nostra? Jeszcze raz dziękuje.
Wywiad przeprowadził Wojciech Mazurek