U stóp Szwedzkich Gór |Recenzja

Paweł Brudek, U stóp Szwedzkich Gór. Przeszłość warszawskiego Bemowa 1794-1945

Nigdy nie zajmowałem się Warszawą, ani jako odrębnym tworem polityczno-społecznym, a tym bardziej już nie przyszło mi do głowy, by czytać coś o Bemowie i nie istniejących już wydmach, które legenda nazwała Szwedzkimi Górami. Na szczęście z pomocą przyszedł Paweł Brudek, który w ciekawy sposób pokazuje, że lokalna historia ma w sobie coś intrygującego, coś co zawiera w sobie nie tylko lokalny koloryt, ale i część większego kawałka dziejów naszej ojczyzny.

Przyznam, że miałem obawy czy podołam takiemu tematowi. Tym bardziej, że już od początku miałem świadomość, że porywam się na coś dużego. Autor w swej pracy posługuje się nie tylko specjalistycznym językiem, ale i zdołał zawrzeć w treści mnóstwo konkretnej wojskowej wiedzy. Jest tutaj od groma ciekawostek i przemyśleń, które początkowo mnie przytłaczały. Ale w miarę postępu lektury okazało się, że tematyka publikacji jest fajna, spójna, a do tego porusza problemy większych zagadnień historycznych. I takie podejście bardzo mi się podoba.

Autor w wielu miejscach solidnie mnie zaskoczył, a do tego zmusił do zastanowienia się nad atrakcyjnością naszego nauczania w szkole. Bo wiele z poruszanych tutaj kwestii usłyszałem po raz pierwszy. Inne zaś zyskały nową interpretację – przynajmniej dla mnie – która wymaga ode mnie rewizji posiadanej wiedzy, zwłaszcza odnośnie XVIII-XIX stulecia.

Obozy wielkiego księcia

Ciekawym wątkiem dziejów Bemowa jest kwestia obozów dla wojska carskiego, którego dowódcą był wielki książę Konstanty. Dzięki tej książce miałem okazję przekonania się, że jego słynny terror istniał naprawdę, ale i że mimo wszystko nie udało mu się wyplenić wszystkich tych wad, które tak usilnie starał się wyplenić w podległych sobie wojakach. Hazard, prostytutki, malwersacje finansowe czy pojedynki, to nie jedyne sprawy, które stały się udziałem żołnierzy stacjonujących pod Warszawą. Choć zabrzmi to nieco dwuznacznie – jestem i dumny z oporu wobec carskiego b(r)ata, ale i trochę mi wstyd, że akurat w ten sposób Polacy okazywali swój upór, nonszalancję i przekorę.

„Było za co grać – dowódcy pułków dostawali z komisariatów wojennych wielkie sumy na obuwie, wyposażenie i wyżywienie dla wojska. Oszczędzało się przy tym na żołnierzu w sposób absolutny, kupując np. skóry w wielkiej ilości i po zaniżonej cenie na obuwie dla żołnierzy, potem zaś szewcami zostawali sami żołnierze, których odkomenderowywano do szwalni i – prócz musztry – zwalniało się ich ze służby liniowej. Pozostałe pieniądze wędrowały do kieszeni oficerskich. Taki system panował także w innych, bardziej od piechoty kosztownych rodzajach broni.

Wielki książę chronił swój obóz armią szpiegów, którzy uwijali się tu czy jako asystenci przy stołach bilardowych czy też w gospodach dla wojska. Formacja ta śledziła żołnierzy, donosiła o hazardzie i pijaństwie, pilnowała, by do obozu nie wchodziły kobiety lekkich obyczajów. Najtrudniej było walczyć z tym ostatnim zjawiskiem: 9 czerwca 1823 r. agenci Konstantego wykryli „potajemny burdel”, zakamuflowany jako kawiarnia w baraku nr 53 w obozie 1. Pułku Szaserów, gdzie ukryły się trzy prostytutki. O wszystkim wiedział i obiekt ten protegował rachmistrz pułkowy, kpt Obalski. Miejsce to było bardzo popularne wśród oficerów. Wielki książę był niezmiernie surowy w takich przypadkach. Kiedy indziej, gdy zostało odkrytych sześć prostytutek, ukarano je biciem, następnie ogolono im głowy na łyso, odbierając chustki, kapelusze i parasolki, a wreszcie pędzono je do miasta, gdzie z kolei karano także ich pracodawczynie” (s. 42)

I dalej: „Żołnierze za pijaństwo byli polewani lodowata wodą, płazowani szablami i chłostani rózgami. Zakazane pijaństwo i prostytucję wielki książę chciał zastąpić innymi rozrywkami, które następowały w niedzielę po południu, po mszy: dla wojska sprowadzano do obozu linoskoczków czy też urządzano pokaz puszczania balonów” (s. 43)

Takie to porządki były przyczyną wybuchu powstania niezadowolonych żołnierzy, traktowanych jak śmieci, poniżanych i eksploatowanych do granic wytrzymałości na potrzeby humoru „wielkiego” Romanowa.

Powstanie listopadowe

Chyba nie ma Polaka, który nie zdawałby sobie sprawy z mnogości błędów, niedociągnięć i zwyczajnej głupoty jakie popełnili Polacy wszczynając powstanie listopadowe. Widać je szczególnie wyraźnie w przypadku samej stolicy, która nie tylko, że nie została dostatecznie zabezpieczona (zupełnie jakby nikt nie brał tego na poważnie), ale i same przygotowania do odporu rosyjskiego ataku pozostawiono na ostatnia chwilę. Na Bemowie wprawdzie coś tam zaczęto budować, przekształcać dawne fortyfikacje, ale z braku wykwalifikowanego i przedsiębiorczego dowództwa, oraz braku żołnierzy, wszystko to pozostawiało wiele do życzenia.

Autor przetoczył w tym rozdziale więcej tego typu uwag, które zasługują na szersze rozpatrzenie. I tak naprawdę pierwszy raz znalazł się ktoś, kto zaciekawił mnie tym zrywem powstańczym. Do tej pory unikałem tego tematu, uważając, iż jest on i wstydliwy, i niezbyt interesujący. Piotr Brudek utarł mi nosa i ten stan odmienił.

„Zbliżanie się Rosjan spowodowało, że chaotycznie przyspieszono roboty. Wiele redut naprędce przebudowywano, usypywano i burzono. Część oficerów zaczęła ostro krytykować działania inżynierów, uważając ich prace za marnowanie trudu żołnierzy. Kadra oficerska polskiej armii w powstaniu listopadowym w większości nie znała się na kwestiach inżynieryjnych, dlatego lekceważyła rolę umocnień polowych i obronnego przygotowania pola bitwy przed starciem. Na nieszczęście Polaków Rosjanie znacznie wyżej cenili fortyfikacje ziemne, zawsze solidnie okopując swoje obozy i przedmościa. Wszystko to spowodowało, że po rozpoczęciu właściwej bitwy wiele obiektów trzeba było opuścić bez walki. 22 sierpnia sam dowódca Korpusu Inżynierów, gen. Kołaczkowski, musiał ustąpić ze względu na chorobę. Zapadł na cholerę, co stało się w fatalnym momencie, nikt już bowiem nie mógł zmienić jego dyspozycji” (s. 53)

Twierdza Warszawa

Pod koniec XIX stulecia Rosjanie, zdając sobie sprawę z nadchodzącego konfliktu zbrojnego o nowej jakości i skali, zaczęli postrzegać Warszawę jako jeden z kluczowych punktów przyszłej obrony, a w dalszej perspektywie punkt wyjścia do pochodu na Zachód.

Rosyjscy dowódcy zaczęli tworzyć koncepcje utworzenia szeregu twierdz, które miały zatrzymać „niemiecki walec wojenny”. Między innymi na warszawskim Bemowie zaczęto tworzyć tego typu fortyfikacje, ale w wyniku różnych okoliczności, nigdy ich nie ukończono. To co wybudowano, bezustannie przekształcano, a w ostateczności porzucano. Ot co – carska gospodarność. Ale lepiej o tym pisze sam Autor, wiec oddajmy mu głos:

„Wobec rosnącego napięcia międzynarodowego oraz coraz większego znaczenia Warszawy Rosja musiała podnieść jej status strategiczny i poziom bezpieczeństwa poprzez budowę wokół niej wielkiej twierdzy, o rozmiarach przekraczających nieodległą Twierdzę Modlin 9Nowogeorgijewsk). Tylko wielka twierdza warszawska, powiązana z modernizowaną Twierdzą Modlin i nowo budowaną Twierdzą Zegrze, mogła zabezpieczyć swobodę manewru rosyjskiej armii nad środkowym odcinkiem Wisły oraz zablokować dostęp do wnętrza Rosji. Po to ok. 1880 r. powstał tzw. Warszawski Rejon Umocniony zgodnie z planami ówczesnego ministra wojny Dmitrija Milutina. To tu, na linii twierdzy od Łomży, poprzez Modlin, Warszawę i Dęblin (Iwangorod), szef sztabu generalnego gen. Nikołaj Obrucew i kolejny minister wojny gen. Aleksiej Kuropatkin ujrzeli pole bitwy decydującej o przyszłości Rosji. Lewy brzeg Wisły miał w tym starciu się obronić i dlatego wojska zamknięto w tamtejszych twierdzach odparłszy atak, siły zbrojne Romanowów miały stąd wyruszyć na Berlin i Wiedeń.

[…] Tak miała wyglądać twierdza gotowa na przyszłą wojnę z Niemcami, którą w latach 80. XIX w. wyobrażano sobie jako wojnę obronną w pierwszej fazie. Jednak już w 1897 r. Rosja zaczęła zmieniać swoją koncepcję tego konfliktu, pragnąc działać bardziej zaczepnie. Jednocześnie stare forty wciąż wzmacniano, a nowe dobudowywano, przeistaczając Królestwo Polskie u zarania XX w. w wielki obóz warowny, którego kluczowymi liniami obronnymi były najeżone twierdzami rzeki – Wisła i Narew” (s. 73-74).

Jak się miało okazać, z tych planów nic nie wyszło. Po pierwsze – Rosjanie planując utworzenie tego typu linii twierdz, nie brali pod uwagę postępu technologicznego, który co kilka lat podwajał zasięg dział oraz moc pocisków. Po drugie – Rosjanie nie bardzo wiedzieli czego chcą. Każdy kolejny dowódca czy minister wojny, miał odmienną koncepcję odnośnie przyszłych potencjalnych konfliktów, więc wiele z planów albo zarzucano, a twierdze burzono, lub pozostawiano samymi sobie. Po trzecie – na wszystko brakowało funduszy, a carski skarbiec nie zawsze był skory do finansowania coraz kosztowniejszych budowli.

Podsumowanie

„U stóp Szwedzkich Gór” zawiera się na 316 stronach, a całość podzielona jest na czternaście większych rozdziałów. Wbrew oczekiwaniom książka jest interesująca, choć porusza sprawy trudne i raczej niedostępne dla przeciętnego zjadacza chleba. Czytałem z zaciekawieniem, choć początek wcale tego nie zwiastował. Dla mnie najciekawszy był temat tak zwanej Twierdzy Warszawa, tworu który nigdy nie został zrealizowany. Zdecydowanie to ciekawa pozycja dla miłośników dziejów naszej stolicy. Polecam.


Wydawnictwo Księży Młyn
Ryszard Hałas

Comments are closed.