Wolność zaczyna się od faktów

Wolność zaczyna się od faktów. O cenie prawdy w epoce kłamstwa

Świat, w którym każdy ma własną prawdę, nie jest światem wolnych ludzi, lecz tych, którzy już dali się oszukać. Bo wolność zaczyna się od faktów – od odwagi, by je rozpoznać, nazwać i bronić, nawet gdy nie są wygodne. Gdy znika dziennikarstwo, a miejsce lokalnych opowieści zajmuje bezosobowy algorytm, społeczeństwa tracą zdolność rozumienia samych siebie. Wtedy fałsz nie musi już nikogo przekonywać – wystarczy, że brzmi znajomo.

W epoce, w której algorytmy decydują, co widzimy i w co wierzymy, Timothy Snyder stawia proste, ale niewygodne pytanie: czy potrafimy jeszcze odróżnić prawdę od tego, co tylko wydaje się prawdą? W książce O wolności. Przewodnik po świecie, który można ocalić autor pokazuje, że wolność zaczyna się od faktów, a ich obrona to nie akademicka abstrakcja, lecz codzienny akt odpowiedzialności. Snyder ostrzega, że tam, gdzie zanika dziennikarstwo, edukacja i ciekawość, w ich miejsce wchodzą wielkie kłamstwa, które karmią się naszą obojętnością.

Podobnie jak inne formy wolności uznanie faktów wymaga wysiłku. Możemy sobie wyobrażać, że ze sporów wyło ni się prawda lub że „wolny rynek idei” zawsze dostarczy nam tego, co potrzebujemy wiedzieć. Tak jednak nie jest. Telewizja Fox wprowadziła wielkie kłamstwo do amerykańskiego społeczeństwa. Kolejnym przykładem jest zakup Twittera przez orędownika wolnego rynku – Elona Muska. O kształcie platformy decydują pieniądze, więc oś czasu wszystkich użytkowników wypełniają tweety promujące negacjonizm klimatyczny i rosyjski faszyzm. Na Facebooku fałszywe wiadomości niezawodnie wygrywają z prawdziwymi.

Wolność ma charakter pozytywny – jest walką i aktem tworzenia. Uznanie faktów zależy od ludzi, którzy są gotowi wysłuchać prawdy i jej szukać. Okazuje się, że wymóg ten wcale nie jest tak prosty, jak mogłoby się wydawać. Możemy żyć w kłamstwie. Możemy pozwalać się oszukiwać. Możemy pozować na ludzi, którzy wątpią we wszystko, a mimo to wierzyć w najbardziej skandaliczne kłamstwa. Ci, którzy chcą nas oszukać, mówią nam, że jesteśmy w stanie odróżnić dobro od zła, co oznacza tak naprawdę, że mamy uwierzyć w to, co mówią. Media społecznościowe serwują nam treści, które jesteśmy skłonni akceptować, a to nie oznacza tego samego, co prawda.

Tekst, który czytasz, jest fragmentem książki O wolności. Przewodnik po świecie, który można ocalić, która czeka na Ciebie tutaj:

O wolności. Przewodnik po świecie, który można ocalić

Fakty nie powstają same z siebie i ludzie nie zawsze w nie wierzą. Gdy wątpimy w skuteczność własnych działań, mamy tendencję do popierania teorii spiskowych. Z tego wynika, że – jak mówi Peter Pomerantsev – musimy „zbudować środowisko, w którym fakty mają znaczenie”.

Podobnie jak wolność w ogóle wolność słowa nie może być negatywna. Nie może ona polegać na pozbawieniu ludzi wszelkiej edukacji i ochrony oraz wrzuceniu ich – każdego z osobna – do dżungli, w której rządzą pieniądze, władza oraz spektakl. Wolność słowa jest pozytywna w tym sensie, że zależy od ochrony tych, którzy podejmują ryzy ko, zachęcania innych, by słuchali, oraz podtrzymywania wszystkich innych form wolności.

Wielkie kłamstwo i brak małych prawd

Pomocne mogą tu być odniesienia historyczne, gdyż bez nich nie byłbym w stanie ukuć określenia „wielkie kłamstwo” na postępowanie Trumpa w 2020 roku. Dziennikarzom zdarza się czasem nazwać i udaremnić wielkie kłamstwo. Są to jednak ich rozpaczliwe wysiłki, obrona ostatniej reduty. Wielkie kłamstwa funkcjonują w środowisku, w którym nie ma już małych prawd. Pojedyncze osoby mogą szukać tych małych prawd i kierować się nimi, zaistniał jednak problem strukturalny, którego żadna jednostka nie może samodzielnie rozwiązać. Nikt nie jest w stanie dotrzeć do prawdy na temat każdej istotnej dla życia kwestii.

Prawdziwych informacji o radzie miejscowej szkoły i lokalnych politykach nie zdobędziemy własnymi siłami, a tym bardziej nie uzyskamy sami takich informacji na temat finansowania kampanii wyborczych, ratowania upadających banków czy zagranicznych wojen. Musi to być wysiłek wspólny w tym sensie, że to społeczności sprawia ją, że wyszukiwanie faktów staje się możliwe i atrakcyjne dla jednostek. Uznanie faktów wymaga instytucji, a przede wszystkim – śledztw dziennikarskich. W ostatecznym rozrachunku, aby oprzeć się garstce wielkich kłamstw, musi my stworzyć miliony małych prawd.

Dlaczego lokalne gazety znikały po cichu?

Wskaźniki prenumeraty prasy w Stanach Zjednoczonych osiągnęły szczyt w 1984 roku, kiedy kończyłem pierwszą i zaczynałem drugą klasę szkoły średniej – zdarzało mi się wtedy zastępować kolegę roznoszącego gazety. W moim rodzinnym mieście – Centerville w stanie Ohio – wydawano dwutygodnik, w którym pojawiały się czasem reportaże.

Można było poczytać o pracy rady miejskiej, ośrodka po mocy społecznej lub urzędników odpowiedzialnych za zagospodarowanie przestrzenne bądź śledzić wyniki lokalnej drużyny baseballowej. Dayton – miejscowa metropolia, w której pracowałem jako nastolatek – miała do 1986 roku dwie gazety (co prawda należące do tej samej rodziny). W każdej z nich była sekcja reportaży, a poruszane w niej tematy dotyczyły często spraw lokalnych, a nie ogólnokrajowych. Z pomocą takich wydawnictw odkrywałem nieprzewidywalność regionalnej polityki.

Po tym, jak w 1986 roku zrobiłem prawo jazdy, przy okazji wizyt na farmach dziadków na południowym wschodzie stanu mogłem w każdej mijanej siedzibie hrabstwa kupować inną gazetę i czasami tak robiłem. Dziadkowie ze strony ojca czytali lokalny dziennik, a w niedziele – także „Cin cinnati Enquirer”. W 1976 roku zbiór kłów mastodontów i mamutów mojej babci ze strony matki opisano (pod pamiętnym tytułem Kolekcjonerka starych kłów zapomnianych mamutów) w tygodniku „Western Star” wydawanym w położonym bezpośrednio na zachód od jej hrabstwa Clinton hrabstwie Warren.

„Western Star” („Zachodnia Gwiazda”) zawdzięczał swoją nazwę temu, że Ohio było kiedyś Zachodem. Założony w 1807 roku – mniej więcej rok po tym, jak w okolicy osiedlili się przodkowie mojej matki – był najstarszym publikowanym poza pierwotnymi 13 koloniami pismem, które nieprzerwanie ukazywało się pod swoją pierwotną nazwą.

W latach 70. XX wieku, gdy dysponował jeszcze wystarczającą liczbą reporterów, by zająć się paleontologiczną ciekawostką z sąsiedniego hrabstwa, nikt nie sądził, że mógłby zniknąć. A jednak tak się stało, po prawie 200 latach na rynku. Na początku XXI wieku „Western Star” za mienił się w błyszczącą gazetkę reklamową, a w 2013 roku całkowicie zaprzestano jego publikacji. To samo dzieje się w całej Ameryce. Kolejne pisma znikają lub są wykupywane przez fundusze hedgingowe, po czym działają dalej jako zdigitalizowane, pozbawione lokalnych informacji i kolory tu wydmuszki.

Reporterzy jako strażnicy rzeczywistości

Lokalne gazety miały bez wątpienia swoje wady – ule gały czasem wpływom miejscowych elit lub były przez nie przejmowane. Umożliwiały jednak czasem jakąś robotę reporterską. Dziennikarstwo może oznaczać powołanie do poszukiwania prawdy o własnej społeczności. Ludzie często znali dziennikarzy osobiście.

Młodzi ludzie dorastający dziś w hrabstwie Warren w stanie Ohio nie wiedzą, co stracili wraz z dostępem do lokalnych wiadomości. Nie tylko ominą ich ciekawostki o kobietach z farm i ich skamielinach – nigdy nie przeczytają też reportażu śledczego na te mat (na przykład) więzień działających w hrabstwie. Kiedy nie ma nikogo, kto pomógłby nam się skoncentrować na tym, co znajduje się tuż obok nas, rzeczywistość zanika – nawet ta fizyczna.

Internet można uznać za infrastrukturę przepływu in formacji, lecz to słowo oznacza obecnie nie tyle fakty o ludziach, ile sygnał cyfrowy. Wypełniona celową fikcją autostrada informacyjna nie jest użyteczna bardziej od zwykłej drogi zatłoczonej autonomicznymi samochodami, które za programowano tak, by zderzały się ze sobą. To prawda, że młodzi ludzie mogą wyszukać w Internecie wszystko, co przyjdzie im do głowy, lecz czy wyszukiwarka pozwoli im dotrzeć do nieprzewidywalnej krawędzi własnego życia?

Czy może przynieść zaskakujące wieści jak niegdyś lokal na gazeta? Teraz, wiedząc już o reportażu, w którym opisano kolekcję skamieniałości mojej babci, czytelnik ma prawdopodobnie większą pewność, że w 1976 roku na we randzie naprawdę wisiał kieł mastodonta – i słusznie (na dal tam wisi). W artykule jest zdjęcie białej werandy, przez którą przebiegłem tamtego letniego dnia. Wszystko to można sprawdzić z użyciem wyszukiwarki, choć nie jest to ła twe – i jest możliwe tylko dlatego, że pewnego dnia przy szła tam reporterka.

Dziennikarka wniosła swoją obecnością nie tylko fakty, lecz także wartości, na przykład zachwyt, podziw, szacunek dla nauki czy dbałość o lokalny koloryt. Była tam fizycznie – jej Leib przebywało na tej werandzie i pozostawiła po sobie niewielki ślad. Nie chodzi tylko o fakty, które tracimy z oczu, gdy znika dziennikarstwo, lecz także o nasze poczucie różnorodności kraju – jego hrabstw, gospodarstw rolnych, werand i babć. Ta obfitość ludzkich historii jest również faktem, ale takim, którego nie znajdzie za nas żadna maszyna.

Dziś takich reportaży już nie ma. Jak zatem będzie w przyszłości działać wyszukiwanie w Internecie? Możemy sprawdzić bieżącą pogodę z niemal dowolnego miejsca, lecz to, co znajdujemy, zależy od kilku finansowanych przez rząd serwisów meteorologicznych. Gdyby one nie istniały, cała technologia wyszukiwania byłaby bezużyteczna.

Teraz, gdy w większej części kraju brak już lokalnych gazet, mamy do czynienia z podobną sytuacją. Internet coraz szybciej za tacza kręgi wokół coraz mniejszego zasobu wiedzy. Wyszukiwarka zapełnia ekran różnymi rzeczami, lecz nie opowie nam o otaczających nas ciekawostkach ani nie podpowie, dlaczego warto je docenić. Nie może też powiedzieć nam tego, co naprawdę powinniśmy wiedzieć.

Internet nie potrafi zdobywać informacji. Potrafi jedynie powtarzać. Gdy zaś do gry wejdzie sztuczna inteligencja (lub raczej „sztuczna inteligencja”), nie będzie ona nawet powtarzać informacji, które zdobyli kiedyś ludzie – wymyśli po prostu to, co ludzie zechcą usłyszeć.

Horyzont prawdy

Po 2008 roku upadek amerykańskiego dziennikarstwa lokalnego został przyspieszony przez kryzys finansowy. Na leżało wtedy ratować gazety – koszt takich działań byłby zupełnie niezauważalny w porównaniu z kosztem ratowania banków.

Po 2010 roku media społecznościowe pochłonęły większość przychodów z reklam, które umożliwiały kiedyś wydawanie gazet. Od 2017 roku urzędujący prezydent USA zaczął regularnie nazywać prasę „prawdziwym wrogiem ludu”.

W 2020 roku Amerykanie byli zdezorientowani w obliczu pandemii – częściowo dlatego, że brakowało lokalnych reporterów, którzy mogliby im powiedzieć o niespodziewanych zachorowaniach i pełnych szpitalach lub robić wywiady z miejscowymi lekarzami bądź pielęgniarkami (często skrępowanymi typowymi dla medycyny komercyjnej zakazami udzielania informacji). Upadek amerykańskiego dziennikarstwa postępował równolegle z innymi ważnymi zmianami społecznymi XXI wieku – pandemią koronawirusa, zmianą klimatu, oligarchizacją oraz uzależnieniem od opioidów – i skutkował przyspieszeniem tych procesów.

Gdy przestajemy się dowiadywać o lokalnych wydarzeniach i związanych z nimi nieprzyjemnych faktach, łatwo o narodową niezgodę. W miarę jak zanika poczucie regionalnej rzeczywistości, opinie Amerykanów zaczyna ją kształtować odlegli prezenterzy radiowi lub telewizyjni, a następnie – niezwiązane z żadnym miejscem algo rytmy.

W obliczu braku wspólnej lokalnej wiedzy ludzkie lęki i obawy wzbudzane są na arenie polityki ogólnokrajowej, konfliktów ideologicznych lub sporów w mediach społecznościowych. Kiedy nie ma już żadnych dziennikarzy, mówimy, że nie ufamy „mediom”, lecz cały czas kurczowo trzymamy się ich zmechanizowanych elementów, które dopasowano do naszych dotychczasowych poglądów. Po zastąpieniu lokalnych gazet Facebookiem40, jak uczynili to mieszkańcy hrabstw Warren i Clinton – i jak uczyniła to znaczna część Ameryki – dryfujemy w kierunku widmowe go świata „my kontra oni”.

Podczas kampanii wyborczej w 2016 roku ogromna licz ba Amerykanów uwierzyła w znalezione w swoich mediach społecznościowych czyste wymysły rosyjskich propagandy stów. Po wyborach w 2020 roku wielu mieszkańców kraju uznało swoje odczucia dotyczące wyborów za ważniejsze od ich faktycznego wyniku.

Nie mieli żadnych informacji z pierwszej ręki na temat oszustw wyborczych i nie mogli też liczyć na to, że nadużyciom zapobiegnie kontrola ze strony lokalnych mediów, ponieważ takich już nie było. Pod nieobecność instytucji dostarczających fakty w życiu co dziennym pozostały im tylko wzmacniane przez media społecznościowe bodźce. Sytuacja życiowa niektórych czyniła ich być może podatnymi na wyjaśniającą wszystko teorię spiskową. „Czuli”, że Trump wygrał.

Jak ujął to lord Acton: „Nie ma błędu tak potwornego, by nie znalazł obrońców wśród najzdolniejszych ludzi”. Media społecznościowe sprawnie wynajdują obrońców potwornych błędów. Wspólna wiara w wielkie kłamstwo Trumpa wytworzyła poczucie wspólnoty, przynależności do plemienia, a poczucie to potwierdziły następnie Fox i Facebook.

Uderzyło mnie wtedy, że źródłem przekonania tych ludzi o własnej słuszności były ich uczucia i że otwarcie to przyznawali. Trudno było z nimi rozmawiać o tym, co się stało, i nie zostać zaliczonym do spisku – nie stać się „nimi” w konstrukcji „my kontra oni”. Ten zerojedynkowy podział jest ściśle powiązany z naszą reakcją na strach, a metody manipulacji naszymi umysłami dodatkowo go uwypuklają.

Między poczuciem a prawdą

Jeżeli wyznajemy negatywną koncepcję wolności, praw da wydaje się frustrująca i staje się tylko kolejną barierą dla naszych impulsów. Jeżeli tracimy z oczu różnicę między „to jest prawdą” a „to sprawia, że czuję się dobrze”, nie może my być wolni – siły potężniejsze od nas zmanipulują nasze umysły, byśmy poczuli się dobrze.

Dążenie do prawdy jest pierwszą linią obrony własnego „ja”. Wiara w kłamstwo oznacza służenie panom – żywym lub cyfrowym. To możliwe zakończenie naszej historii: oszukiwani i niewolni będziemy żyć oraz umierać w nużącej alternatywnej rzeczywistości.

W tę stronę pchają nas politycy propagujący myślenie w kategoriach wieczności. Przekonują nas oni podstęp nie, że nikt nie wie, czym jest prawda, więc nie ma sensu wiedzieć czegokolwiek. Poszukiwanie faktów może ranić twoje uczucia, a tego przecież nie chcesz. Ta wersja faszyzmu okazuje się, o dziwo, bezpieczną przestrzenią. Wszystko jest z tobą w porządku i nie musisz się niczego uczyć. Dziennikarze są wrogami, gdyż mogą zakłócić twój spokój. Historyków należy ignorować, ponieważ odbierają ci wiarę w plemienne prawdy. Najlepiej byłoby uchwalić prawo, które zmusi nauczycieli do przemilczenia najważniejszych zagadnień z historii Ameryki.

Prawda jest wartością ludzką. Wartość tkwi w jej poszukiwaniu. Mówienie, że nie ma faktów, gdyż nie potrafimy zdefiniować prawdy, jest jak mówienie, że nie ma rodzin, ponieważ nie potrafimy zdefiniować miłości. Bez faktów pozwalamy się prowadzić, pozbawieni zarazem przywództwa. James Baldwin nazwał prawdę „wolnością, której nie można uchwalić, spełnieniem, którego nie można przed stawić na wykresie”. Leszek Kołakowski mówił o „horyzoncie prawdy”. Horyzont trzeba gonić – i jest to pogoń godna wolnych ludzi.


Tekst jest fragmentem książki Timothy’ego Snydera O wolności. Przewodnik po świecie, który można ocalić, s. 247-255 i powstał we współpracy reklamowej z Wydawnictwem Znak Horyzont. Opracowanie, wstęp i śródtytuły: Agnieszka Cybulska.

Fot. Newsroom gazety New York Times, wrzesień 1942, źródło: United States Library of Congress’s Prints and Photographs division

Comments are closed.