Jeżdżąc ze starostą, sporo się na temat działalności „Rysia” nasłuchałem. Pewnego razu w 1946 r. wiozłem starostę Czesława Kawęckiego, pracownika Komitetu Powiatowego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i funkcjonariusza UB do Chodla, gdzie miały się odbyć wybory wójta gminy. Po wyborach zaproszono nas na kolację. Wracaliśmy późno w nocy. Zapytałem się starosty, czy moglibyśmy skręcić w bok do mojego szwagra, który prowadził skup owoców między Chodlem a Opolem. Wyraził zgodę. W tym czasie minęliśmy najpierw motocyklistę jadącego w kierunku Lublina, a następnie wóz półciężarowy z owocami również zmierzający w tamtą stronę. Zostaliśmy na noc u szwagra, a nazajutrz dowiedzieliśmy się, że gdybyśmy pojechali dalej, to w kamieniołomach wpadlibyśmy w zasadzkę. Nieznani sprawcy wzięli półciężarówkę z owocami, która nas wyprzedziła, za nasz samochód i obrzucili ją granatami. Zginęły trzy osoby. Kto dokonał tego zamachu, nie wiadomo. Nie zrobił tego żaden oddział podziemia antykomunistycznego, w którym dbano o dyscyplinę i morale żołnierzy. Zachowanie niegodne żołnierza podziemia niepodległościowego było surowo karane. Za napady rabunkowe jeden z członków oddziału został rozstrzelany. Częste akcje na różnego rodzaju kasy czy banki, które oddział „Rysia” także przeprowadzał, wynikały z konieczności zdobywania środków na utrzymanie jego członków. Chłopom trzeba było płacić za jedzenie, kupować od nich prowiant, bo oni sami nie mieli go za dużo.
Sytuacja wszystkich oddziałów na Lubelszczyźnie z miesiąca na miesiąc stawała się coraz trudniejsza. Oddziały topniały. Dowódcy zdawali sobie sprawę z beznadziejności dalszej walki. Wyprowadzenie jednak ludzi z lasu nie było łatwe. Ci działacze podziemia, którzy się ujawnili w czasie pierwszej amnestii w październiku 1945 r., często byli aresztowani pod zarzutem, że nie przerwali działalności konspiracyjnej i oszukali władze. Aresztowany został m.in. Zygmunt Winiarczyk „Szerszeń”, dowódca patrolu u „Rysia”, którego ujawnienie uznano za nieuczciwe. Aresztowań tych dokonywano głównie po to, by torturami wydobyć z tych ludzi jak najwięcej informacji na temat podziemia. Zdarzali się tacy, co pod wpływem bicia, załamywali się. Gotowi byli przyznać się do wszystkiego, żeby tylko przestano się nad nimi znęcać. Zdarzały się też przypadki, że UB nie aresztowało tych, którzy się ujawnili najwcześniej, tylko skrytobójczo ich mordowało. Ginęli oni zastrzeleni przez „nieznanych” sprawców. Tak stracili życie m.in. kapitan Rejmak „Ostoja”, dowódca oddziału partyzanckiego z okolic Łukowa.
W lutym 1947 r. oddział „Rysia” liczył około dwudziestu ludzi i był największy wśród tych, które podlegały „Zaporze”. Działał on na terenie wyjątkowo trudnym, bo tuż za rogatkami Lublina. Tak jak w czasie okupacji niemieckiej funkcjonował on w oparciu o placówki terenowe: Zemborzyce, Krężnica Jara, Konopnica, Jastków i Motycz. Organizacja cywilna stanowiła zaplecze dla oddziału partyzanckiego. W jego rejonie była prowadzona praca propagandowa, działała sprawna sieć kontrwywiadu i wywiadu. Dlatego też oddział nigdy nie wpadł w zastawione zasadzki i skutecznie wymykał się obławom.
Decyzję o rozwiązaniu oddziału podjęło dowództwo obwodu po konsultacji z „Zaporą” i pozostałymi oficerami po amnestii na początku 1947 r. Została ona wykonana w kwietniu 1947 r. Sam „Ryś” się jednak nie ujawnił i opuścił teren Lubelszczyzny razem z „Zaporą” i innymi oficerami, którzy podjęli próbę przedostania się na zachód.
Ja „Rysia” ostatni raz widziałem w lipcu 1947 r. Wtedy to na podwórku Jana Grodkowskiego „Człowieka” z Krężnicy Jarej zakopaliśmy broń oddziału. W operacji tej brali udział „Ryś”, czyli Stanisław Łukasik, jego zastępca, Władysław Misztal „Bór”, Stanisław Misztal „Skała”, ja i oczywiście gospodarz. Broń zakopaliśmy na podwórku w izolowanej papą i słomą skrzyni. Umieściliśmy ją trzy metry od studni, między domem a zabudowaniami gospodarczymi. Przeleżała ona w skrzyni czterdzieści sześć lat. UB i SB nigdy się o niej nie dowiedziały. Wydobyliśmy ją w 1993 r., już w wolnej Polsce. Nikt nie zdradził tego miejsca.
„Ryś”, jak wiadomo, wpadł w Nysie razem z „Zaporą”, „Stefanem”, „Żbikiem”, „Mundkiem”, „Zawadą”, „Junakiem” i „Białym”. Został skazany na śmierć 15 listopada 1947 r. 7 marca 1949 r. wyrok wykonano. Na terenie jego rejonu działał jeszcze pięcioosobowy patrol Kalickiego. Po jego śmierci dowodził nim Tadeusz Szych „Tadzio”.
W latach 1944–1949 przez władze komunistyczne zostali zamordowani, oprócz „Rysia”, Aleksander Jurkowski „Igiełka”, Tadeusz Trzciński „Sosna”, Władysław Misztal „Bór”, Zygmunt Paszkowski „Mir”, Edmund Tudruj, pseudonim „Ażurowski”. Z rąk UB, a także w lubelskiej katowni na zamku zginęli członkowie patrolu, który wyłonił się z oddziału „Rysia”. Jego ostatni dowódca, czyli Tadeusz Szych „Tadzio”, został stracony na zamku w 1954 r. Był ostatnim, na którym wykonano w tym miejscu wyrok śmierci.
Ze wspomnień Mariana Sobczyka
Książkę można nabyć w księgarni historycznej Wolum.pl – Żołnierze Wyklęci – Złapali go i dostał czapę