24 godziny w starożytnym Rzymie

24 godziny w starożytnym Rzymie |Recenzja

Philip Matyszak, 24 godziny w starożytnym Rzymie

Wystarczy jedno otwarcie drzwi o świcie, by Rzym z 137 roku naszej ery uderzył w nozdrza mokrym powietrzem, zmęczonym nocą, ale już pełnym gwaru. 24 godziny w starożytnym Rzymie wciąga czytelnika w rytm miasta, gdzie życie tyka jak zegar, a każda godzina ma własne ciało, głos i zapach. W środku książki pulsuje ten jedyny dzień – zwykły, a przez to pełny.

Są miasta, które zmieniają człowieka natychmiast: wystarczy wejść na ulicę, by hałas siadł na karku, a zapach jedzenia poprowadził w stronę, której wcale nie planowało się odwiedzić. Rzym należy do tej kategorii – współczesny, ale też ten sprzed dwóch tysięcy lat. W starożytnym da się niemal poczuć temperaturę kamieni. Matyszak korzysta z tego fenomenu, ale robi to na własnych zasadach: wybiera dobę i podkręca jej światło do maksimum.

24 godziny w starożytnym Rzymie to zwarta opowieść o jednym dniu, zbudowana z dwudziestu czterech punktów widzenia, które układają się w panoramę życia pod rządami Hadriana. Konstrukcja jest technicznie prosta, a jednocześnie zaskakująco skuteczna: o poranku miasto pachnie rybą, w południe drży od kopyt i targowej wrzawy, nocą zsuwa się w zmęczenie ludzi, którzy nie mają prawa do odpoczynku.

Matyszak nie odtwarza losów wielkich postaci, tylko konsekwentnie kieruje spojrzenie tam, gdzie źródła akademickie zwykle zerkają zaledwie przelotem: na praczki, niewolników, handlarzy, strażników nocnych, karczmarki, piekarzy, senatorów w codziennym trybie, a nie w monumentalnym ujęciu. Z sumy drobnych ról powstaje organizm – Rzym żywy, głośny, lepki, czasem odpychający, zawsze intensywny. Ta perspektywa mieści się w nurcie współczesnej mikrohistorii, w którym prym wiodą codzienność, materialność i antropologia miasta.

Styl Matyszaka można zdefiniować jako narracyjny bez popadania w fabularność. Słowa układają się w opowieść dzięki selekcji faktów, a nie literackim sztuczkom: gawędziarski ton jest tu narzędziem, nie dekoracją. Materiał źródłowy – inskrypcje, graffiti, fragmenty literackie – pojawia się wtedy, gdy musi; nie odciąga uwagi, lecz dopowiada sens. Źródła bywają rdzeniem rozdziału albo dyskretnym ornamentem, który pomaga zrozumieć realia pracy czy status bohatera wybranej godziny.

Konstrukcja dobowej osi pozwala Matyszakowi oddać zmienność chłodu, światła, zapachu i stresu typowych dla starożytnego miasta. Godzina za godziną czytelnik przesuwa się przez część społeczną, przestrzenną i ekonomiczną Rzymu: od Subury po Forum, od piekarni do domu Westalek, od ulicznych sprzeczek po rytuały senatorów.

Książka wpisuje się w tradycję rekonstrukcji życia codziennego podejmowaną wcześniej przez Alberto Angelę i autorów klasycznych przewodników po antyku, ale korzysta z bardziej dyscyplinującej struktury. Dzięki temu efekt jest gęstszy, bardziej zwart y i mniej podatny na dygresje. Miasto przestaje być muzealnym eksponatem; staje się chaosem, który rządzi się zasadą społecznego współistnienia i nieustannego negocjowania przestrzeni.

Mocne strony są widoczne od razu: świetna przystępność, przejrzysta architektura treści, intensywność detali i rzadki dar ożywiania faktów bez popadania w anegdotyczną wodę. Ilustracje – choć czarno-białe – pomagają uchwycić rytm i kształt miejsc, a indeks i dodatki sprzyjają także czytelnikowi bardziej wymagającemu.

Wad nie ma wiele, ale są zauważalne. Lekki, przystępny styl może dla części odbiorców zabrzmieć zbyt szkolnie lub zbyt „fabularyzująco”, mimo że tekst pozostaje rzetelny. Lista literatury okazuje się skromna, a przypisy bywają trudniej dostępne. Do tego część ilustracji wypada blado w porównaniu z jakością samych opisów. Są to jednak niedogodności formatu, nie konstrukcji.

Tezy Matyszaka współgrają z dominującym kierunkiem współczesnej historiografii: polityczne centrum nie tłumaczy całości świata rzymskiego, a to, co najciekawsze, dzieje się w przestrzeniach codziennych. W tej książce codzienność nie jest dodatkiem – jest kluczem do zrozumienia funkcjonowania imperium. To podejście nie pretenduje do akademickiej rewolucji, ale wpisuje się świadomie w zwrot ku mikrohistorii, antropologii miasta i materialności życia.

Efekt to obraz Rzymu, który nie jest wydestylowany; to miasto, które krzyczy, śmierdzi, poci się, kłóci i zachwyca, bo tak właśnie działały starożytne metropolie. W tej formie czytelnik nie tylko widzi świat antyku, ale zaczyna go odczuwać.

24 godziny w starożytnym Rzymie to solidna, żywa, dobrze skomponowana książka popularnonaukowa, która łączy rzetelność z lekkością i wyobraźnią przestrzenną. Ocena: zdecydowanie na plus – świetna brama do antyku dla każdego, kto woli Rzym z krwią w żyłach, a nie z marmuru.


Wydawnictwo Lira
Ocena recenzenta: 5/6
Agnieszka Cybulska


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Lira. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.