Hajota. Skacząc w przepaść okładka

Hajota |Recenzja

Weronika Wierzchowska, Hajota. Skacząc w przepaść

Książka Hajota. Skacząc w przepaść Weroniki Wierzchowskiej opowiada o losach polskiej pisarki Heleny Janiny Boguskiej, być może znaną czytelnikom jako Hajota. Jej kariera zdaje się rozkwitać, aż do momentu, gdy wraz ze swym małżonkiem, znanym podróżnikiem Stefanem Szolc-Rogozińskim nie trafia do Afryki. To, co tam odkryje zmieni całej jej życie. Cała przemyślność, wszystkie talenty zbledną w obliczu tajemniczych, czasem tragicznych losów miejsca, gdzie przyjdzie jej żyć. Co więcej, proza zycia zda się ją przytłoczyć. Ale do rzeczy.

Jak wygląda życie ludzi, którzy wygnani z własnej ojczyzny, muszą zamieszkać w miejscu o kolonialnej przeszłości? Czy lokalna społeczność, pełna sprzeczności, animozji, skorodowana nieumiejętnością wypracowania najmniejszego porozumienia, będzie w stanie przyjąć w swe grono, tych, którzy różnią się od nich pod każdym względem? Milczeniem pominę próbę głównej bohaterki wspięcia się, jako pierwsza kobieta w ogóle, na szczyt trzeciej z najwyższych gór na Czarnym Lądzie. Skupmy się jednak na wątkach pobocznych.

Dlaczego warto przeczytać?

Książka spodobała mi się z kilku powodów. Po pierwsze – główna bohaterka jest personą interesującą. Niby arystokratka, z całym bagażem kulturowym swego stanu, a jednak wyróżnia się pod wieloma względami. Choć początkowo wziąłem ją za kolejną arystokratyczną trzpiotkę, szybko okazało się, że jest to obraz nieprawdziwy. Tytułowa Hajota jest bowiem kobietą nowego czasu – inteligentną, przedsiębiorczą, z sercem po prawidłowej stronie. Świetnie sobie radzi w świecie kolonialnych intryg, zazdrości i nienawiści. A wierzcie mi – to wcale nie jest takie proste i oczywiste.

Co więcej, nasza bohaterska Polka natrafia na ślad tragedii, która rozegrała się dziesięć lat wcześniej, w jej nowym miejscu zamieszkania. Wydarzenie było tak tragiczne, że szybko obrosło w legendę. Przewijają się w niej zarówno czary, brutalność małżeńska oraz spora doza wymyślonych historyjek. Wszak każdy stara sobie wytłumaczyć to, co zdaje się być niewytłumaczalne. A jak wiecie, jeśli coś Polkę zainteresuje, to wpadnie po pas w kłopoty, po to, by zagadkę rozwikłać. I dlatego tak lubię powieści.

Po drugie – Autorka w świetny sposób oddaje realia afrykańskiej kolonii gdzieś w środku Czarnego Lądu. Choć sama wyspa nie była mi znana, w jej czeluściach, niczym w krzywym zwierciadle, odbijają się wszystkie kolonialne mankamenty i niuanse.

Wierzchowska sprawnie pisze o dramacie tak zwanych „kolorowych” – na wpół niewolników, którzy dla Europejczyków stanowią ludzi drugiej, jeśli nie nawet trzeciej kategorii. Ci kulturalni przybysze z Europy, do cna zepsuci, ukazują się tutaj jako zakała ludzkości. Ich jedyną rozrywką jest poniżanie podbitej ludności, tarzanie się w pijaństwie i celebrowanie własnego nieróbstwa. Oczywiście istnieją wyjątki od tej reguły, ale nie ma ich zbyt wielu, i z czasem upodabniają się do reszty.

Postaci tubylców również oddają nastawienie tych, którzy zostali wykluczeni „z cywilizowanego społeczeństwa”. Ich postawa wobec „panów” jest mocno dwuznaczna. Niby słuchają rozkazów i poleceń, ale ich praca jest wykonywana niedbale, bez przekonania. Pod wieloma względami zdają się być flegmatykami, ale to tylko poza wobec Europejczyków. We własnym gronie, ich życie tętni od gwałtownych emocji i doznań.

Spodobało mi się również, że Autorka wiele razy podkreślała niemal całkowite podobieństwo pomiędzy losem Afrykanów, a ich odpowiednikami na polskiej wsi, czyli chłopami. Obie grupy, mimo oddalenia geograficznego, mimo odmiennej przynależności rasowej czy kulturowej, były traktowane przez panów z równą dozą okrucieństwa, poniżenia i nienawiści. Jak widać – człowiek człowiekowi wszędzie wilkiem…

Kolejnym plusem jest kreacja wewnętrznych tarć w podzielonej społeczności wysepki Fernando Po. Ciekawą kreacją jest niejaka Lea, kobieta prowadząca własny interes. To na wpół-Europejka, na wpół-Afrykanka, która aspiruje do awansu społecznego. Jednocześnie posiada w sobie ogromny mrok i okrucieństwo, nad którymi ledwo potrafi panować. Opisy tego, jak biła swe pracownice jest naprawdę… mocny. Jej postać jest ogromnie dwuznaczna – nieustannie kłamie, intryguje tylko po to, by osiągnąć swe cele. Jakie? Tego to musicie dowiedzieć się sami.

I kolejny plus za ukazanie ewolucji w związku małżeńskim. Bo często bywa tak, że nawet jeśli na początku ludzi łączy ogromna wspólna pasja i fascynacja seksualna, z czasem różnice biorą górę. Myślę, że Autorka w cudowny i rzeczowy sposób dała temu popis. Jeśli nasi bohaterowie na początku nie potrafili bez siebie żyć, a tak początkowo się zdawało tytułowej Hajocie, szybko okazało się, że miłość ta jest mocno jednostronna.

Czemu? Stefan Szolc-Rogoziński kocha tylko wyprawy, kolejne ekspedycje. A przecież samotność nie powinna być domeną żadnej kobiety. Ale o co dokładnie chodzi, najlepiej przekonać się samemu. Ja pozwolę sobie tylko na to krótkie, enigmatyczne wprowadzenie.

Autorka w fascynujący sposób kreśli swą fabułę. Wszystko jest dopracowane, i pomimo faktu, że nie porywa, jednocześnie nie nudzi. Wszystko, co zostało opisane w powieści, zdaje się być rzeczywistością. Całość jest bardzo spójna, logiczna. Choć książka nie porwała mnie, to jednak nie potrafiłem jej odłożyć. Autorka w swej powieści umieściła swoisty magnetyzm, który przyciąga czytelnika. Nie wiem, czy to zasługa rezolutnej głównej bohaterki, czy kreacji wszelkiej maści antagonistów. A może wszystkiego po trochu.

Hajota. Skacząc w przepaść – podsumowanie

Czy polecam? Tak, jak najbardziej. W powieści znajdziecie pełno nieszablonowych postaci. Jedne będą prostolinijne, inne zagmatwane, ale wszystkie mają w sobie coś z prawdziwego życia. Tętni w nich od emocji, nadziei, trosk a nawet zła.

Przyznam, że czas spędzony na lekturze szybko pędził. Nawet nie zwróciłem uwagi, gdy poranek przemienił się w wieczór. I powiem wam, że świetnie się bawiłem. Nie było tam jakiejś sztuczności, przerysowań, nadinterpretacji. Autorka przedstawiła nam świetną historię i jeśli dalej pójdzie tą drogą, wieszczę dla niej świetlaną przyszłość jako pisarki.

Książka zawiera się na 421 stronach. Całość podzielona jest na siedem rozdziałów. Co warte uwagi, Wierzchowska w swej powieści skreśliła los prawdziwej osoby, ale nam może ona być znana pod swym drugim nazwiskiem – Helena Janina Pajzderska. Odrobinę poszperałem, i okazuje się, że była dosyć ciekawą kobietą. Literatka, podróżniczka, tłumaczka… słowem jedna z ciekawszych postaci epoki Młodej Polski.


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.