Tomasz Szmid, Pierwsza bitwa Gromiego
Od zera do bohatera w XVII wiecznej Rzeczypospolitej. Nie jest źle. Zauważam ostatnio, że pojawiło się sporo beletrystyki osadzonej w czasach, określając to bardzo ładnie, okołopotopowych. Był Stawicki i jego prequel do trylogii Sienkiewicza, jest Dutka i jego Wojna Polska, jest O koronę Szwecji Kulsa. Jest Liziniewicz i jego trylogia (chyba nawet już tetralogia). Jest Antoni Chrzonstowski i jego Aquila. Bardzo mnie to cieszy, bo może wreszcie uda się zawalić Sienkiewicza innymi pracami i skończy się przekonanie, że wspaniałym pisarzem był (tak, wiem, pomarzyć mi jeszcze wolno). Szmid i jego Pierwsza bitwa Gromiego wpisują się w ten trend. Nie wiem czy świadomie.
Autor i wydanie
Pierwsza ciekawa sprawa, szukałem informacji o autorze, ale ich nie ma. Nawet na stronie wydawnictwa nie ma biogramu. Trudność sprawia też ustalenie liczby książek wydanych przez autora. Pierwsza… ma być wstępem do sagi o husarii. To nie budzi zastrzeżeń. W jej trakcie mamy trafić między innymi pod Kamieniec Podolski, a wszystko ma się skończyć pod murami Wiednia.
Jak zrozumiałem, ta część jest w przygotowaniu i jest w planach. Jednocześnie natrafiłem na informację, że Obrona Kamieńca ukazała się kilka lat temu nakładem wydawnictwa Poligraf. Jasne, jedno z drugim nie musi być powiązane, ale opis Obrony mówi, że bohaterem jest Gromi. Czyli o autorze w zasadzie nie mogę napisać ani słowa.
Pierwsza… ukazała się nakładem Novae Res w 2025 r. i jest to proste, skromne wydanie, niezbyt grubej opowieści, bo liczy sobie ona nieco ponad 300 stron. Okładka, według mnie, inspirowana obrazami Caspara Davida Friedricha. Lubię tego malarza, więc okładka na plus.
Pierwsza bitwa Gromiego – zawartość
Autor zabiera czytelnika w czasy po szwedzkim Potopie. Jan Kazimierz abdykował, jedni wrogowie już przewalają się po terenie Rzeczypospolitej, a inni właśnie się za to zabierają. Kraj ledwo wyszedł z jednej wojny, a już zaczynają się kolejne. Znamy tło historyczne. I tu pojawia się Gromi, skromny, cichy, prosty chłopak ze wsi na Pomorzu. Wyrzutek, outsider, człowiek niespecjalnie lubiany i próbujący znaleźć miejsce dla siebie.
W wyniku bolesnego dla wsi pożaru Gromi zostaje zabrany przez nowego pana, pana Jabłońskiego, na daleką od Pomorza Ukrainę. Po drodze zawitali do Krakowa, gdzie byli świadkami koronacji Michała Wiśniowieckiego. Gromi w majątku pana Jabłońskiego w Komarowie został skierowany do stajni i tam zaczął nowe życie. Wyśmiany przez nowych ludzi przechodzi przemianę zarówno fizyczną, jak i psychiczną, spotyka dziewczynę, do której uczucie powoli się rodzi, bierze udział w obronie majątku przed najazdem tatarskim.
W tle dzieją się ważne dla Rzeczypospolitej wydarzenia. Potop nadal jest otwartą raną, ale powoli się goi. Turcja w zasadzie szuka pretekstu do kolejnej rozprawy z Rzecząpospolitą i w tym celu wykorzystuje Tatarów i zawiedzione nadzieje hetmana Piotra Doroszenki. Sułtan ich wysyła przodem, a sam zbiera się powoli.
Wrażenia
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to styl i język. Szmid już na wstępie poinformował, że to powieść przygodowa, więc potraktował wiele wydarzeń w sposób skrótowy, żeby nie zaburzać opowieści i nie wprowadzać dłużyzn. Mamy zatem jasność i to zaliczam na plus. Język nie jest na siłę stylizowany na staropolski. Można rzec, jest raczej współczesny i autor jest w tym konsekwentny. Też plus.
Interesująca jest za to narracja. Jest sporo wtrętów, jakich osobiście bardzo nie lubię, czyli bohater jeszcze nie wiedział, że jego życie się zmieni. Albo jeszcze nie wiedział, że jak ważne to było. Nie lubię tego, więc to zaliczam na minus.
Często autor zamiast Gromi używa rozmaitych synonimów czy zwrotów typu nasz bohater. Są też wpisy w nawiasach, które są opiniami postaci lub tłumaczeniami czegoś. Jest to zabieg, przyznam, niecodzienny. W sumie nie umiem stwierdzić czy to źle. Mi nie przeszkadza, ale jest to tak rzadkie zjawisko, że aż rzuca się w oczy.
Trochę mi zeszło zanim zrozumiałem, jak to jest napisane. To narracja, jaką często widywałem w bajkach. Nie chodzi o infantylny język. Po prostu czasem narrator mówi coś w stylu: A teraz wróćmy do Komarowa i zobaczmy co słychać u naszego bohatera. Albo: A w tym czasie Gromi…. Znowu, bardzo rzadko to widuję, więc rzuciło mi się w oczy. W ogóle nie ma trudnych słów ani jakichś niezwykle brutalnych opisów, więc można to czytać z dziećmi.
Co mnie drażni, to opis koronacji na Wawelu. Zupełnie nie umiem sobie wyobrazić gdzie dokładnie co stało. Nie wiem czy uroczystości odbyły się w katedrze, na dziedzińcu arkadowym czy na dziedzińcu wzgórza. Złośliwym, co mi będą wytykać, że dawno na Wawelu nie byłem i guzik pamiętam z wycieczki szkolnej. Mieszkam w Krakowie i często po Wawelu oprowadzam. I właśnie dlatego, że znam topografię nie umiem sobie tego wyobrazić.
Nie ma grafik ani mapek, co zaliczam na minus. Nie ma informacji z jakich źródeł korzystał autor i nie ma właściwie komentarza historycznego. Jest króciutka informacja, że żeby nie zaburzać narracji pewne wydarzenia, które w rzeczywistości trwały znacznie dłużej są maksymalnie skrócone. Na taki komentarz uwagę zwracam zawsze i punktuję jego brak.
Jest to prosta i całkiem przyjemna, niespecjalnie skomplikowana historia chłopaka, który zaczyna z poziomu wyrzutka i dąży do poprawy swojego życia. Nawet wciąga.
Wydawnictwo Novae Res
Ocena recenzenta: 4/6
Jakub Łukasiński
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Novae Res. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.