W świecie, w którym życie Żydów liczone było jak „figury”, a śmierć przychodziła szybciej niż nadzieja, on wybrał wiedzę jako broń. To nie był bohater z karabinem ani partyzant z lasu – to był naukowiec, który z laboratorium uczynił pole walki. A gdy obóz zamieniał się w kostnicę, historia zapisała niezwykły rozdział. Jak Ludwik Fleck oszukał nazistów, zamieniając myśl i naukę w tarczę dla siebie i innych? Poznaj tę niesamowitą historię, sięgając do książki Fleck. Ocalony przez naukę Wydawnictwa Agora, której fragmenty znajdziesz poniżej.
Biografia Ludwika Flecka to jednak przede wszystkim opowieść o żydowskim Polaku, bo właśnie to zdeterminowało jego losy. Niepodległa II Rzeczpospolita go nie chciała. Niemiecki faszyzm skazał na zagładę. Polska Ludowa zrobiła z niego zakładnika. Nawet powojenny atak ze strony byłego współwięźnia obozu koncentracyjnego miał rasistowskie, antysemickie podłoże. Żeby więc realizować swoje pasje i osiągnąć sukces, musiał starać się bardziej, pracować ciężej, myśleć szybciej niż ci, w których żyłach płynęła ta lepsza krew. Trudności, jakie napotykał, wykształciły w nim siłę i determinację.
Książka czeka na Ciebie tutaj:
Ludwik Fleck wyrastał ponad przeciętną. Nie wyskakiwał z pędzącego pociągu, nie kładł wrogów serią z karabinu, nie strzelał celnie z tysiąca metrów. By przeżyć, sięgnął po wiedzę i naukę. Po myślenie – szczególny rodzaj heroizmu wobec oprawców, którzy za nic mieli żydowskich naukowców, filozofów, lekarzy, artystów. Wykorzystał ich poczucie wyższości i propagandę, by z nimi wygrać. Miał zginąć w 1942 roku, najdalej w 1943, a uratował nie tylko siebie, ale też swoją rodzinę i przyjaciół. Odstępstwa od przewidywanego scenariusza – podyktowanego historią XX wieku – decydują o wyjątkowości historii Ludwika Flecka.
Z rozdziału KTO CHCIAŁ
Pod pretekstem eksperymentalnej wakcynacji Kurzrockowi i Fleckowi udało się przeniknąć do miejsc pilnie strzeżonych, gdzie niemieccy nadzorcy nie chcieli nikogo wpuszczać. Takim miejscem był obóz pracy zwany janowskim. Przeciwtyfusowe szczepienia żydowskich więźniów w tym miejscu to epizod nadzwyczajny w rozgrywce z nazistami. Wspomnienie „janowskiego”, tak samo jak pogromy z początku okupacji, przewija się niemal we wszystkich relacjach lwowskich Żydów.
Położony tuż obok kleparowskiego węzła kolejowego obóz pracy przymusowej DAW zajął teren dawnej fabryki maszyn młyńskich. Zamieniona w zakład zbrojeniowy fabryka zatrudniała Żydów w warsztatach ślusarskich, stolarni, składzie drewna, warsztacie samochodowym i administracji – tu również kobiety. Przez kilka pierwszych tygodni okupacji Żydzi uważali, że to bezpieczne miejsce pracy, które gwarantowało dobre papiery dla „przydatnych”. Rano zgłaszali się do pracy, wieczorem wracali do domów. Po miesiącu obóz zamknięto, a robotnicy usłyszeli, że odtąd będą tu mieszkać bez prawa opuszczania fabryki i bez kontaktu z rodzinami.
Obóz janowski szybko zamienił się w obóz śmierci. Młodzi, silni mężczyźni umierali na „zawał”, „niewydolność serca”, „ogólne wycieńczenie” i „starczy uwiąd” – tak Niemcy wpisywali w papiery. Rodziny odbierające ciała, rzucone w kostnicy żydowskiego cmentarza mieszczącego się na wzgórzu nieopodal, widziały pogruchotane czaszki, połamane żebra, które przebijały skórę niemiłosiernie skatowanych ludzi. Za ciało syna, brata, męża trzeba było zapłacić.
W języku nadzorców więźniowie, żywi i martwi, to „figury”. Same ofiary w grypsach przesyłanych do getta nazywały siebie „wróblami”.
*
Od wiosny 1942 roku przewinęły się przez „janowski” tysiące ludzi. Niemcy zwozili Żydów ze sztetli i wiosek dystryktu, czasem tylko po to, by wcisnąć ich na kleparowskim peronie do towarowych pociągów jadących prosto do obozu zagłady w Bełżcu. Albo po to, by ich rozstrzelać nieopodal obozu, w piaszczystym wąwozie u podnóża Kortumowej Góry. Naziści urządzili tam miejsce masowych egzekucji. „Na piaskach”, „w dolinie śmierci”, jak nazywano to miejsce, mordowano ofiary setkami.
Naziści dużo wysiłku włożyli w to, by nikt i nic – ani człowiek, ani informacje o tym, co dzieje się w obozie – nie wydostawało się na zewnątrz. Więźniów pilnowali esesmani z kryminalną przeszłością. Regina Kaas, która dwa lata pracowała w DAW jako pomoc kuchenna i służąca w budynku mieszkalnym dla funkcyjnych, wspominała: „Wielu esesmanów, poprzednio więźniów z wyrokami karnymi, wojną zwolnionych, była zadowolonych, gnębiła ich tylko rozłąka z rodzinami. Polska nie podobała im się, »brudno«, »verflucht«, klimat dokuczał. Tęsknili za swoimi gospodarstwami i miastami”. Załogę „janowskiego” stanowiła, nawet jak na realia obozów III Rzeszy, wyjątkowa zbieranina sadystów i dewiantów.
(…)
*
Fritz Gotthard Gebauer był ucieleśnieniem nazistowskiego snu o sukcesie. Miał 35 lat, gdy objął stanowisko szefa obozu janowskiego we Lwowie.
W przeciwieństwie do innych mrocznych bohaterów III Rzeszy nie był ani wykształconym, ani oczytanym miłośnikiem muzyki klasycznej. Urodzony w Breslau prosty mechanik wszedł w dorosłe życie w Niemczech po traktacie wersalskim. Dorastał w erze kryzysu, w ogólnonarodowym poczuciu klęski i upokorzenia. Pierwszą pracę w fabryce Siemensa stracił po trzech latach, w 1930 roku. Godność odzyskiwał w brunatnej koszuli SA. Później wstąpił do NSDAP i zasilił szeregi SS. Był obdarzony tak zwaną życiową inteligencją, która podpowiadała mu, jak zamienić nędzną egzystencję w los nadczłowieka o godnych apanażach. Partyjne zaangażowanie dało mu awans, władzę i wielki majątek.
(…)
Gebauer odbierał życie na wiele sposobów. Lubił dusić. Szalikiem, paskiem, butem na gardle ofiary. Katował i znęcał się nad więźniami wiele godzin. „W pierwszych dniach stycznia na apelu Obersturmbann-führer wybrał 7 ludzi zdrowych, silnych i kazał im przy 20-kilku
stopniowym mrozie wejść do beczki zimnej wody, którą przed kilku minutami przywieźli. Po dwóch godzinach odrąbano od tych ludzi lód” – relacjonowała Kaas.
Więźniów liczono na porannych i wieczornych apelach. Obóz zaplanowany na kilkuset robotników po jednym dniu potrafił liczyć ledwie setkę.
Jedną z kar nakładanych przez Gebauera na więźniów był zakaz korzystania z Waschraum (umywalni). To szybko doprowadziło „janowski” do sanitarnej zapaści. W kilka tygodni w lwowskim DAW rozszalał się tyfus. Ludwik Fleck notował: „W obozie na Janowskiej chyba 100 procent [chorych]”.
Z rozdziału KRANKENHAUS
Powierzoną mu misję naprawy sytuacji sanitarnej w obozie nowy komendant Gustav Willhaus zaczął od wyrzucenia chorych między baraki, na śnieg. Dogorywali tam, nie doczekawszy pomocy. Nadzorcy próbowali ukrywać obozowe zbrodnie, jednak prawda o losach żydowskich robotników szybko się rozeszła po Lwowie. Nie wiadomo, z czyjej inicjatywy doszło do spotkania, ale Gustav Willhaus wkrótce po objęciu nowego stanowiska pojawił się w getcie, w siedzibie Judenratu. Poznał tam doktora Maksymiliana Kurzrocka, który jako dyrektor największego żydowskiego szpitala zaoferował pomoc – opanowanie epidemii jest w interesie wszystkich – a on jest gotów przyjąć każdego chorego do swojej placówki, choćby dzisiaj. Willhaus, o dziwo, zgodził się na transport chorych do szpitala. Ale nie za darmo.
Codziennie pod obóz podjeżdżała dorożka załadowana pakunkami. Jak wspominali świadkowie, nie brakowało tam ptasiego mleka, byle zaskarbić przychylność komendanta i wydobyć chorych z obozu. Ale dorożka wracała pusta. W obozie zmieniło się tyle, że odtąd zarażonych tyfusem nie tylko wyrzucano na śnieg, ale również rozstrzeliwano. Pytania Judenratu o chorych komendant zbywał, zasłaniając się Fritzem Katzmannem, który miał zabronić wywożenia zarażonych z lagru. Ale może być coś w zamian – barak szpitalny na terenie obozu i dostęp do chorych. Znów nie za darmo. Ten łaskawy gest kosztował Żydów luksusowo urządzone mieszkanie w willi przylegającej do lagru, do którego wprowadzili się komendant, jego żona i córeczka.
„Gazeta Żydowska” ogłosiła rychłe otwarcie szpitala obozowego, który miałby liczyć 200 łóżek. Do kontroli nowej placówki upoważniony został Maksymilian Kurzrock.
*
Zamiast 200 łóżek było pięć, a „szpital” okazał się baraczkiem z trzema niewielkimi izbami. Bez wyposażenia, tylko proste prycze i miejsce dla obozowego lekarza. Ale najważniejsze było to, że udało się przeniknąć do hermetycznego świata obozu janowskiego. „Szpital” szybko stał się ważnym ogniwem w obozowym ruchu oporu.
Wiadomości, grypsy, żywność, pieniądze i lekarstwa przedostawały się tędy do lagru, również dzięki wizytom personelu ze szpitala przy Kuszewicza. Sanitarni wizytatorzy mieli bardzo dobre papiery, które pozwalały swobodnie poruszać się po mieście. Zwykle przyjeżdżali tramwajem lub wozem zaprzęgniętym w konie. Droga z getta do „janowskiego” zajmowała im około 20 minut. Znów pomógł tyfus – esesmani ze strachu omijali szpital szerokim łukiem, więc Kurzrock, Fleck i ich pomocnicy mieli ułatwione zadanie.
Jednym z lekarzy w obozowym szpitalu był więzień, Samuel Drix. Relacjonował: „Półlegalnie dostawaliśmy z getta lekarstwa i zastrzyki, którymi próbowaliśmy pomóc takiemu więźniowi. (…) W związku z szalejącą epidemią tyfusu próbowali pomagać – zastrzyki z kofeiny, strychniny – pomóc czymkolwiek można było. Żeby gotować strzykawki – nie wchodziło w rachubę w obozie. Przynosił swoją wygotowaną strzykawkę – ale taki sterylny zastrzyk dostawał tylko pierwszy więzień, potem już kolejni dostawali zastrzyki strzykawką używaną, ryzykując infekcję. Środki dostawaliśmy od dr Kurzrocka, miał zezwolenie od komendanta Willhausa, raz na miesiąc czasami krócej, czasami dłużej, przyjeżdżał wozem – taką platformą zaprzężoną w konia z materiałem opatrunkowym, z lekarstwami, z personelem sanitarnym i udzielał pomocy na miejscu ludziom którzy potrzebowali pomocy. Ale to trwało krótko, jakąś godzinę. (…) Oprócz tego nam, lekarzom wydawał materiały opatrunkowe i lekarstwa tak, żebyśmy mogli udzielać pomocy (…). Czasami udawało się [Kurzrockowi] wyciągnąć ludzi ciężko chorych do szpitala, co było zbawieniem (…)”.
O doktorze Kurzrocku więźniowie „janowskiego” mówili, że to bardzo porządny człowiek.
Wizyty Kurzrocka i Flecka zapamiętała zaangażowana w komitet pomocy więźniom Stanisława Gogołowska. „[Kurzrock] potrafił zaskarbić sobie względy zarównoGebauera jak i Wilhausa. Lawirował tak, by więźniów jak najdłużej przetrzymywać w szpitalu. Udało mu się również wyjednać pozwolenie na szczepienie więźniów przeciwko tyfusowi plamistemu – wspominała. – W oznaczone dni przychodził do obozu profesor Fleck, znany naukowiec – mikrobiolog, wynalazca nowej szczepionki przeciwtyfusowej. Kurzrock wmówił władcom obozu, że dobrze ją będzie wypróbować właśnie na więźniach”.
Sam Fleck twierdził, że razem z Kurzrockiem zaszczepili w „janowskim” około pięciuset osób. „Akcja ta przeprowadzona za zezwoleniem władz niemieckich miała z naszej strony przede wszystkim na celu niesienie pomocy lekarskiej, której obóz wówczas nie posiadał. D-rowi Kurzrockowi udało się urządzić w związku z nią mały szpitalik w obozie, w którym chorych durowych obserwowaliśmy, leczyliśmy i zbieraliśmy mocz (…)”.
Fleck pisze o moczu do produkcji szczepionki, mamy więc pewność, że produkcja przeciwtyfusowej wakcyny musiała i tutaj być jednym z pretekstów, który ułatwił dostęp do więźniów „janowskiego”. Trudno sobie wyobrazić, by zbiórka moczu i transport do laboratorium mogły się odbywać bez wiedzy i zgody nazistów.
Statystyki, które wówczas prowadził, i opracowywane przez jego zespół dane zaginęły w wojennej zawierusze. Ale Ludwik Fleck zapamiętał, że różnica w liczbie zachorowań między więźniami szczepionymi a niechronionymi wakcyną była duża. Wprawdzie wśród uodpornionych występował tyfus poronny, czyli niepełnoobjawowy, ale wielu więźniów nie chorowało wcale, mimo ciągłego zagrożenia w zawszonym obozie. Zanotował również, że wśród więźniów niezaszczepionych zachorowalność wynosiła prawie 100 procent, i to już w pierwszym miesiącu pobytu.
Powyższy tekst stanowią fragmenty książki Anny Wacławik i Marii Ciesielskiej, Fleck. Ocalony przez naukę i został opublikowany we współpracy z Wydawnictwem Agora.
Fot. Ludwik Fleck ze swoim zespołem. Zdjęcie z książki
