Trzewia

Trzewia |Recenzja

Aleksandra Paduch, Trzewia

W polskich domach przez wiele lat miłość i troskę okazywano w jedzeniu. W jedzeniu także skrywano traumy, problemy i choroby, a także je przekazywano. Żeby było dobrze musiało być dużo jedzenia. Wszyscy są brzuchami, pochodzą od brzucha i brzuchem się stają. Pamiętam, że kiedyś widziałam sztukę George’a Tabori Courage mojej matki. SS-mann wypowiada tam słowa (cytuję z pamięci, więc może niezbyt dokładnie): „Jezus mieszka w moich jelitach”. I choć skojarzenie Trzewi Aleksandry Paduch wybitną sztuką o Holokauście może wdawać się kompletnie nie do pomyślenia, to jednak to krótkie zdanie wydaje mi się najlepiej pasować do tej wiwisekcji polskiej rodziny dźwigającej swe dzieje w brzuchu. I gdzie odmowa zjedzenia to całkiem dobry powód jeśli nie do wydziedziczenia, to do karczemnej awantury.

Prywatne sto mgnień

Recenzowana pozycja to zbiór stu krótkich mgnień, w których przewija się atawistyczne podejście do wyżywienia rodziny. Nie jest to wyrafinowane, wysmakowane podejście do życia Ocaleńców z wielu miejsc drugowojennej kaźni. To próba odnalezienia i zakotwiczenia siebie sprowadzona do prostej czynności jedzenia. I tak samo jak poszarpana jest nasza pamięć, jak szarpie się wolno gotowaną wieprzowinę, autorka poszarpała swoją powieść.

Schodząc w kolejnych rozdziałach od setki do jedynki napotykamy bardzo krótkie impresje. Jest w niej to wszystko, co zna bardzo wiele osób wychowanych w latach 90. Coś, z czego się dzisiaj nabijamy (zapamiętaj słowa matki zjedz mięsko zostaw ziemniaczki etc.), ale też coś co wpędziło wielu w nas w niezdrową relację z jedzeniem czy otyłość.

Na drugim biegunie mamy tutaj intymność. Aleksandra Paduch postawiła na maksymalną prywatność. Pewne problemy, jak dziadek z Chodzieży/domów dziecka/Gdańska są dla czytelnika niezbyt czytelne. Oczywiście wiemy, że dziadkowie bohaterki należą do tej znakomitej większości polskich obywateli, którymi wichry wielkiej Historii miotały po całym kraju, jednak poznajemy dokładnie kim byli i jakie są ich losy. Czy jest to autofikcja czy wpuszczenie nas „za kotarę”, do własnej jadalni?

Lekka nie-lekkość

Choć poruszony w Trzewiach temat należy do tych ciężkiego kalibru, to samą książkę czyta się nadzwyczaj lekko. Lektura trwa tyle, co usmażenie schabowych dla całej rodziny. Narracja rozpięta jest pomiędzy dwoma uproszczonymi biegunami: głodem i sytością. Wszystko, co pomiędzy nimi sprowadza się do prostych opozycji. Można powiedzieć, że spłaszcza to narrację i powoduje ciągłe żonglowanie dość błahymi stwierdzeniami.

Aleksandra Paduch niewątpliwie ma talent pisarski. Jej obrazy są plastyczne, a krótka forma konsekwentnie zachowywana. Jednak nie można odrzucić od siebie myśli, że tak naprawdę mamy do czynienia z dość oczywistym tekstem, który wziął to, co ostatnio modne: traumy dziedziczone i nabywane, widmo II wojny światowej i kilka obyczajowych scenek. I wrzucona w to wszystko bohaterka, która nadal boryka się z tym, co zaszczepił jej dom rodzinny. W tym przypadku napychaniem trzewi. A więc nihil novi sub sole.

Czy warto?

Być może książka powstała zbyt szybko. Być może nie odleżała się w nomen-omen trzewiach autorki. Jednak w tej formie przypomina bardziej przygrywkę do historii „typowych Kowalskich”. Osobiście trudno mi ją polecić czy odradzić. Zostałam po niej z nie do końca napchanym brzuchem.


Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 3/6
Daria Czarnecka


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Czytaj również:

Comments are closed.