Andrzej Chwalba, Maj 1926. Zamach, którego miało nie być
Z zamachem majowym jest pewien paradoks. Funkcjonuje w świadomości jako wydarzenie oczywiste, niemal banalne w swojej strukturze: Piłsudski rusza na Warszawę, kilka dni walk, władza się zmienia. Taki skrót dobrze działa w podręczniku, ale rozjeżdża się z rzeczywistością, kiedy spróbować go rozwinąć. Prof. Chwalba w swojej najnowszej książce Maj 1926. Zamach, którego miało nie być rozciąga maj 1926 w czasie i pokazuje, że nie ma tu żadnego jednego momentu, który wszystko tłumaczy. Zamiast punktu zwrotnego dostajemy długi proces narastania napięć, które w pewnym momencie przestają się mieścić w istniejących ramach państwa.
Najważniejsze, że książka od początku ustawia swoje granice i się ich trzyma. Autor wyraźnie zaznacza, że interesuje go droga do zamachu, jego przebieg i bezpośrednie domknięcie polityczne, zakończone wyborem Ignacego Mościckiego. Nie ma tu ambicji opowiedzenia całej historii sanacji ani długofalowych skutków przewrotu. To decyzja, która porządkuje narrację i chroni ją przed rozlewaniem się na wszystko naraz. Dzięki temu opowieść jest skupiona i konsekwentna.
Najmocniejszy fundament tej książki powstaje jeszcze zanim padną pierwsze strzały. Chwalba wraca do czasów Legionów i robi rzecz, którą łatwo byłoby potraktować jako zbędne cofanie się w czasie, a która okazuje się kluczowa. Konflikty między dowódcami, różnice doświadczeń wojskowych, odmienne wyobrażenia o roli armii i państwa… To wszystko nie znika po 1918 roku. Przeciwnie, przechodzi w nowe realia i zaczyna działać w przestrzeni politycznej II Rzeczypospolitej.
W tej części dobrze widać, jak bardzo personalne są te napięcia. Spory Piłsudskiego z innymi oficerami, różnice między środowiskami legionowymi, nieufność i pamięć dawnych konfliktów to nie abstrakcyjne „podziały polityczne”, tylko konkretne relacje między ludźmi, które później przekładają się na decyzje podejmowane w sytuacji kryzysowej.
Do tego dochodzi polityka już niepodległego państwa: rozdrobniona scena partyjna, brak stabilnych większości, narastające zmęczenie sposobem funkcjonowania systemu. Wybór Narutowicza i jego konsekwencje pogłębiają podziały, a odmowa Piłsudskiego, by wejść w rolę prezydenta, pokazuje jego dystans wobec istniejącego układu.
Dzięki temu maj 1926 przestaje wyglądać jak nagły wybuch. Bardziej przypomina moment, w którym napięcie osiąga poziom, przy którym dalsze funkcjonowanie systemu w dotychczasowej formie przestaje być możliwe.
Kiedy książka przechodzi do samego zamachu, zmienia się tempo, ale nie zmienia się sposób opowiadania. Prof. Chwalba nie skraca tej części do kilku efektownych scen. Rozpisuje wydarzenia dzień po dniu, pokazuje ruchy oddziałów, decyzje dowódców, wahania i błędy. Widać, jak sytuacja rozwija się w czasie rzeczywistym, bez pełnej kontroli którejkolwiek ze stron. To nie jest opowieść o jednej, precyzyjnie zaplanowanej operacji.
Autor bardzo wyraźnie zaznacza, że popularne przekonanie o wcześniej przygotowanym, w pełni rozpisanym planie zamachu nie znajduje solidnego potwierdzenia w źródłach. Wskazuje, że część takich interpretacji opiera się na niepewnych przesłankach. W efekcie obraz wydarzeń przesuwa się w stronę mieszanki przygotowania i improwizacji. To ważne przesunięcie, bo odbiera całej historii pozór oczywistości i wprowadza element niepewności, który lepiej odpowiada realiom działania ludzi w sytuacji kryzysowej.
Bardzo wyraźnie pracuje też przestrzeń miasta. Walki nie są jednorodne, nie obejmują wszystkiego w jednakowy sposób. Warszawa ma swoje konkretne punkty napięcia, swoje strefy względnego spokoju, swoje miejsca kluczowe dla przebiegu wydarzeń. Dzięki temu obraz nie rozmywa się w ogólnym „starciu w stolicy”, tylko zachowuje konkretny wymiar.
Najciekawsze rozszerzenie perspektywy pojawia się w części poświęconej cywilom. W tym momencie książka wychodzi poza klasyczną narrację polityczno-wojskową. W centrum pojawia się miasto jako zbiorowość: ludzie obserwujący wydarzenia, reagujący na nie, angażujący się w różny sposób. Obok poparcia i sympatii pojawiają się też zachowania mniej heroiczne — chaos, grabieże, wykorzystywanie sytuacji.
To właśnie tutaj widać, że zamach majowy nie był wydarzeniem zamkniętym w kręgu elit. Nastroje społeczne miały znaczenie i wpływały na rozwój sytuacji. Warszawa nie jest biernym tłem. Jest środowiskiem, które reaguje i które współtworzy dynamikę wydarzeń.
Ostatnia część książki nie próbuje konkurować z wcześniejszymi fragmentami intensywnością. Jej siła polega na uporządkowaniu skutków. Pojawiają się losy pokonanych, bilans ofiar, ale przede wszystkim proces legitymizacji nowej władzy. Wybór Mościckiego zamyka opowieść w sposób logiczny i konsekwentny. To moment, w którym przesilenie przestaje być sytuacją wyjątkową, a zaczyna funkcjonować jako nowy porządek.
Z punktu widzenia konstrukcji całość jest bardzo dobrze kontrolowana. Nie ma tu rozproszenia, nie ma prób opowiadania wszystkiego naraz. Każda część pełni swoją funkcję i prowadzi do kolejnej. Autor pisze jasno, bez nadmiaru retoryki, bez prób dramatyzowania ponad materiał źródłowy. Deklaracja o naukowej treści i popularnej formie znajduje potwierdzenie w praktyce. Narracja jest przystępna, ale nie upraszcza tego, co z natury jest złożone.
Najważniejsze wrażenie po lekturze pozostaje dość jednoznaczne. Zamach majowy w tym ujęciu traci swoją „legendową prostotę”. Zostaje z niego ciąg napięć, które narastają przez lata, decyzji podejmowanych w warunkach niepewności i systemu politycznego, który stopniowo traci zdolność do stabilnego działania. Sam maj 1926 nie jest początkiem tej historii i nie jest jej jedynym punktem ciężkości. Jest momentem, w którym wszystko się kumuluje i zmienia kierunek.
I to chyba największa wartość tej książki. Nie daje prostych odpowiedzi, ale porządkuje to, co zwykle bywa opowiadane zbyt szybko.
Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 5/6
Agnieszka Cybulska
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.