Bambrzy a Niemcy. Poznański spór o pamięć i tożsamość

Bambrzy a Niemcy. Poznański spór o pamięć i tożsamość

Jedno źle dobrane słowo wystarcza, żeby uruchomić cały mechanizm nieufności, emocji i historycznych napięć. Bambrzy w Poznaniu nie chcą być czytani przez pryzmat niemieckości, choć ich historia wyrasta z migracji, nazwisk i pamięci, które trudno jednoznacznie zaszufladkować. Spór o tożsamość nie rozgrywa się tu w archiwach, lecz w codziennych rozmowach, muzealnych salach i miejskich rytuałach.

Poznańskie historie rzadko są neutralne. Każda warstwa miasta niesie ze sobą napięcia między tym, co lokalne, odziedziczone i opowiedziane na nowo. Bambrzy funkcjonują w tej opowieści jak soczewka skupiająca pytania o polskość, migrację i selektywną pamięć. Ich renesans nie wynika z mody, lecz z długiego procesu odzyskiwania narracji, która przez dekady była uproszczona, wyśmiewana albo spychana na margines.

Kulturkampf po polsku

Na początku popełniam fatalne faux pas. Dzwonię do pana Aleksandra Kubla – sekretarza zarządu Towarzystwa Bambrów Poznańskich, którego telefon znajduję na stronie internetowej organizacji. Mówię, że chciałbym się spotkać i porozmawiać o Bambrach, bo przygotowuję publikację poświęconą mniejszości niemieckiej w Polsce, i że będę w Poznaniu w najbliższym tygodniu.

Tekst, który czytasz, jest fragmentem książki Nasi Niemcy, która czeka na Ciebie tutaj:

Nasi Niemcy

– To źle pan trafił. – Pan Aleksander, skądinąd słusznie, nie kryje irytacji. W kilku oszczędnych słowach informuje mnie, że Bambrzy to nie żadna mniejszość niemiecka, a poza tym muzeum jest czynne tylko w piątki i soboty i nikt specjalnie dla mnie nie będzie go otwierać, po czym daje mi do zrozumienia, że uważa rozmowę za zakończoną.

Ach, ci Poznaniacy, klnę w duchu, uświadamiając sobie jednocześnie, jak niewiele rozumiem z lokalnych poznańskich klimatów i że trzeba uważniej dobierać słowa. Dopiero później, w miarę zagłębiania się w temat, zaczynam pojmować, jak ważna dla ludzi o bamberskich korzeniach jest opowieść o szybkiej polonizacji Bambrów i odrzuceniu przez nich niemieckości.

Polonizacja jako tarcza pamięci. Bambry bez Niemców

Postanawiam się jednak nie poddawać. Udając Greka, dzwonię do prezesa Towarzystwa Ryszarda Skibińskiego i perfidnie nie przyznaję się, że przed chwilą rozmawiałem z jego kolegą. Tym razem, nauczony doświadczeniem, zmieniam trochę narrację, nie wspominając o Niemcach. Mówię, że interesuje mnie fenomen Bambrów oraz to, dlaczego tak szybko się spolonizowali.

Pan Ryszard jest bardziej rozmowny, choć początkowo również trochę nieufny. Wyjaśnia, że – o zgrozo! – z ludźmi interesujący mi się Bambrami bywa różnie, bo zdarzają się tacy, którzy albo ze złej woli, albo z niewiedzy łączą ich z Niemca mi, czy też, nie daj Boże, z jakąś mniejszością niemiecką. To stąd ta ostrożność. Na spotkanie jednak się zgadza. Przekonuje nawet do niego pana Aleksandra.

Spotykamy się na Mostowej w Poznaniu, w budynku Muzeum Bambrów Poznańskich, stojącym na posesji Muzeum Etnograficznego, które przechodzi właśnie remont i na dłuższy czas jest zamknięte. Początek maja, wszystko pięknie kwitnie, choć – jak na majówkę przy stało – jest przenikliwie zimno.

Choć nie mam ukrytej agendy, trochę obawiam się tej rozmowy. Niekorzystne pierwsze wrażenie, a podświadomie może i stereo typy o skąpych, miłujących Ordnung i niekoniecznie gościnnych Poznaniakach robią swoje. „Gość w dom, cukierki do szafy”, „Może kawę, herbatę, a może płaszczyk?” – przypominam sobie zasłyszane kiedyś powiedzonka.

Bambrzy w muzeum

Panowie na początku są trochę spięci i nieufni. Naj wyraźniej zastanawiają się, co ten Warszawiak, który objawił się ni stąd, ni zowąd, zrobi z pozyskanymi informacjami. Ale rozmowa powoli się rozkręca. Tłumaczą mi, że Poznaniowi Bambrów przywróciła w zasadzie jedna osoba – nieżyjąca już profesor Maria Paradowska, która przez wiele lat kierowała poznańskim oddziałem Instytutu Archeologii i Etnologii Polskiej Akademii Nauk.

To ona, choć sama bamberskich korzeni nie miała, wydobyła na powierzchnię i spopularyzowała historię Bambrów. Właśnie dzięki zaangażowaniu jej i ludzi, których wokół siebie zgromadziła, potomkowie dawnych osadników odkryli na nowo własne korzenie i zaczęli być z nich dumni.

W 1996 roku powstało Towarzystwo Bambrów Poznańskich, które zaczęło organizować imprezy kulturalne, promować prawie już zapomniany w Poznaniu bamberski strój, zbierać po ludziach stare zdjęcia, dokumenty, zjadane przez mole kornety (bogato zdobione nakrycia głowy noszone przez bamberskie panny) i inne pamiątki.

Od pogardy do dumy

Siedem lat później powstało muzeum. Poznaniacy mogli po raz pierwszy uświadomić sobie, że „bamber” to nie prostacki, choć bogaty podpoznański wieśniak, jak większość dotąd myślała, tylko potomek zaradnych i pracowitych osadników z Frankonii.

Niejeden przecierał oczy ze zdumienia, mówił mi Aleksander Kubel, gdy na starych zdjęciach odkrywał własne ciotki w pysznych strojach bamberskich. Często ludzie nie zdawali sobie sprawy, że w rodzinie mieli Bambrów albo nawet że sami się z nich wywodzą.

– Wiem, kto to „bamber”, proszę pani, ale ja takich brzydkich słów nie używam – miała powiedzieć zapyta na podczas sondy ulicznej jakaś kobieta, anonimowa bohaterka anegdoty opowiedzianej mi przez Annę Plenzler, dziennikarkę i autorkę książek o Poznaniu i Wielkopolsce, w ostatnich latach związaną z Filharmonią Poznańską.

Z poświęconą właśnie Bambrom książką jej autorstwa włóczyłem się kiedyś po mieście, próbując odnaleźć pieczołowicie opisane w niej miejsca. Anna opowiadała też o właścicielce poznańskiej kwiaciarni, w której Towarzystwo Bambrów Poznańskich zamówiło pewnego razu kwiaty i poprosiło o fakturę. Kwiaciarka nie mogła wyjść ze zdumienia. „

To ci prostacy mają swoje towarzystwo?” – nie dowierzała. I trudno się jej dziwić. Przez lata bamberskość była synonimem prostactwa i zacofania, a historią potoków bamberskich osadników nikt się nie zajmował, nie mówiąc już o jej propagowaniu.

Po śmierci profesor Paradowskiej w 2011 roku sprawa nie umarła. Członkowie Towarzystwa, w większości niestety w wieku co naj mniej średnim, opiekują się muzeum na zasadzie wolontariatu. W piątki i soboty na cztery godziny otwierają przybytek, oprowadzają chętnych i opowiadają im historie o Bambrach i ich poznańskim dziedzictwie. Jak twierdzą niektórzy, trochę koloryzują, ale ludziom to nie przeszkadza.

Wolą autentyczność przekazu od profesjonalizmu. Mogą zobaczyć bamberski dom z całym wyposażeniem, czepek chrzcielny z prze łomu XVII i XVIII wieku przywieziony przez rodzinę Schneiderów z Bamberga – naj cenniejszy tutejszy eksponat – kornet z połowy XIX stulecia, rodzinne dokumenty, zdjęcia, pocztówki i bamberskie stroje kobiece, które z powodu wielu warstw spódnic były tak szerokie, że Bamberki nie mieściły się obok siebie na chodniku i musiały chodzić gęsiego.

Skibiński z Kublem narzekają, że funduszy mało, że gaz bardzo podrożał i musieli czasowo zamykać muzeum, bo nie stać ich było na ogrzewanie, że środków od miasta i dość licznych, acz umiarkowanie hojnych sponsorów nie wystarcza, żeby spać spokojnie, że muzeum mogą poświęcać się tylko w wolnych chwilach.

Na jedno się nie skarżą – chroniczny brak czasu. Cieszy ich, że uratowana w ostatniej chwili tradycja przetrwała, a dziś przeżywa prawdziwy renesans. Bez Bamberek w kolorowych strojach, które stanowią jedyny w swoim rodzaju miks tradycji regionalnych i rozmaitych stylów – od Frankonii i Saksonii, przez Łużyce i ziemię lubuską, po dziewiętnastowieczny miejski biedermeier i wielkopolskie stroje ludowe – nikt nie wyobraża sobie teraz w Poznaniu pro cesji na Boże Ciało ani obchodzonych 11 listopada Imienin Ulicy Święty Marcin.

W poznańską tradycję wrosło też wymyślone przez Towarzystwo święto bamberskie, mające upamiętniać przybycie Bambrów do Poznania, odbywające się każdego roku w pierwszą sobotę po 1 sierpnia.

Rozpoczyna je dekorowanie stojącego na rynku słynne go pomnika Bamberki z szuńdami – wiadrami na wodę – oraz uroczyste odczytanie kontraktu zawartego między władzami miasta i pierwszą grupą przybyszów z Bamberga, którzy osiedli w podpoznańskim Luboniu, a kończy paradujący po ulicach barwny i radosny korowód. Jakieś trzydzieści lat temu, na początku lat dziewięćdziesiątych, nikt nie mógł sobie tego wyobrazić.

Bambrzy byli tylko mało znanym epizodem w historii Poznania, a słowo „bamber” upowszechnionym w czasach PRL-u synonimem prostactwa. Z krajobrazu miasta znikały ostatnie bamberskie zagrody, a w parafiach na Jeżycach i Górczy nie już tylko reliktowe Bamberki przywdziewały swoje stroje na Boże Ciało. I na tym właściwie koniec.

Niemieckie nazwiska, polska codzienność

Niemcami – takimi, którzy identyfikują się z niemieckim państwem – Bambrzy nigdy się nie czuli, choć po dziś dzień noszą niemieckie nazwiska. W Poznaniu pełno jest Rauschów, Leitgeberów, Beierleinów, Schneiderów, Deierlingów, Paetzów, Trittów czy Rothów. Jeden z moich poznańskich kolegów twierdzi nawet, choć to tylko jego autorska teza niepoparta żadnymi badaniami, że większość rodowitych mieszkańców miasta może mieć niemieckie korzenie.

– Nikt się niemiecko brzmiącym nazwiskom nigdy specjalnie nie dziwił. – Anna Plenzler była nawet trochę zaskoczona, gdy zapytałem ją, czy w Poznaniu zwraca się uwagę na brzmienie nazwisk. – Ludzie są do tego przyzwyczajeni. Jako dziecko miałam świadomość, że moje nazwisko ma niemieckie korzenie, ale nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałam.

 Po prostu nie stanowiło to problemu. Niemal połowa Poznania nosiła niemiecko brzmiące nazwiska. Tylko przez krótki okres, zaraz po wojnie, ktoś o tak brzmiącym nazwisku, jeśli dodatkowo zaliczał się do zamożnych osób, był narażony na większe ryzyko, że podpadnie komunistom i straci majątek. Ale zdecydowana większość Bambrów zachowała swoje oryginalne nazwiska. Czasem tylko jakiś Schneider został Sznajderem, a Schmidt – Szmytem. Żeby było prościej.

Migracja bez Niemiec

Dokładnie te same nazwiska przewijają się w kontraktach zawieranych przed trzystu laty, czyli gdy w Polsce rządziła dynastia saska, a Niemiec jako takich nie było na mapie. Wsie pod Poznaniem były wtedy wyludnione przez wojnę północną i szalejącą zarazę. Ziemia leżała odłogiem i nie przynosiła dochodów miejskiej kasie, która świeciła pustkami.

Na pomysł ściągnięcia niemieckich osadników mieli wpaść poznańscy bis kupi, gdy odwiedzali kolegów po fachu z Bamberga – miasta położonego jakieś sześćset kilometrów na południowy za chód. Tam z kolei ludzi był nadmiar, a że obowiązywał zakaz dzielenia ziemi między dzieci (wszystko zgarniał naj starszy syn), wielu było gotowych zaryzykować daleką wyprawę. Dokładnie tak samo jak dziś w Afryce czy na Bliskim Wschodzie, z tym wyjątkiem, że przybysze z Bamberga otrzymali na miejscu nie rybę, lecz wędkę.

Aby móc wyemigrować do Polski i otrzymać tam ziemię, migranci musieli spełnić tylko jeden warunek – wyznawać religię rzymskokatolicką. Innej opcji nie było. Tak zadecydował król August II Mocny, który sam, żeby zostać władcą Rzeczpospolitej, przeszedł na katolicyzm i który wydał specjalne zarządzenie zakazujące osiedlania w Polsce innowierców.


Tekst jest fragmentem książki „Nasi Niemcy” Macieja Falkowskiego i powstał we współpracy z Wydawnictwem Czarne. Opracowanie, wstęp i śródtytuły: Agnieszka Cybulska.

Fot. Bamberka w odświętnym, tradycyjnym stroju, CC BY-SA 3.0

Comments are closed.