Bogdan Bartnikowski, Dni długie jak lata
Książka „Dni długie jak lata” to opowieść o trójce rodzeństwa, które jako małe dzieci, stały się mimowolnymi świadkami i uczestnikami wydarzeń II wojny światowej. To historia o tym jak wojna wpłynęła na życie zwykłych Warszawiaków, pozbawiając ich złudzeń co do przyszłości, jednocześnie hartując ducha i serce.
Przyznam, że książka jest mocna i przeczytałem ją jednym tchem (nieco ponad trzy godziny). Być może dlatego, że pisana jest z perspektywy małego chłopca i jego dwójki sióstr, którzy dopiero co uczyli się czym jest życie. A lekcja jaką otrzymali, była brutalna, mocna i w każdej chwili groziła im śmiercią. To trzeba przeczytać!
Zwykła warszawska rodzina
Główny wątek osnuty jest wokół rodziny Dymskich – matki i jej trójki małych dzieci, które zawierucha wojenna rzuciła – koniec końców – w różne części świata. Ich tata (i mąż) nigdy nie wrócił – jego los pozostaje nieznany.
Historia szokuje, jeśli zważy się, że ofiarami systemu hitlerowskiego stały się niczemu niewinne dzieci. Hanka, mająca trzynaście lat chciała być sanitariuszką, za co zapłaciła pobytem w obozie koncentracyjnym. Jej niewielkie doświadczenie, pozwoliło jednak opiekować się innymi obozowiczami w Oświęcimiu. Józek wstąpił do harcerzy, a w trakcie powstania warszawskiego brał czynny udział w walkach z Niemcami…
Mocno się zżyłem z bohaterami
Zawsze wydawało mi się, że jestem w miarę twardym facetem, którego mało co rusza. Jednak ostatnimi czasy okazuje się, że byłem dotychczas w ogromnym błędzie. Sięgając po tę pozycję nie miałem żadnych większych oczekiwań. Byłem otwarty na cokolwiek. Jednak już od pierwszych stron dałem się ponieść historii rodziny Dymskich. Z zapartym tchem, sercem szybko bijącym i gulą w gardle, z przejęciem śledziłem perypetie trójki dzielnych Warszawiaków.
Nie wiem jakby to wam przedstawić, żebyście zrozumieli. Hmm, może tak. „Dni długie jak lata” szybko zacząłem odbierać, jakby Dymscy byli częścią mojej rodziny. Były takie momenty, że wyobrażałem sobie, że to ich losy mogłyby dotknąć moje dzieci. Albo zastanawiałem się, co ja bym zrobił w ich sytuacji. Słowem – mnóstwo myśli, obaw i trosk.
Okrucieństwo, które w stolicy Polski wychylało się niemal z każdego zakątka – ulicy, domu, zza drzewa, z piwnicy, samochodu… nie da się zrozumieć. nie można go ogarnąć. Tym bardziej jestem zaskoczony ogromnym hartem ducha, jakim wykazali się Stefka, Helenka i Józek. Ich losy to niesamowita opowieść o nierozerwalnych więzach rodzinnych, o przyjaźni przez wielkie „P” i trudach życia w świecie, który chciał zniszczyć wszystko… I to dosłownie.
Książka nie jest opisana jakoś specjalnie literacko. Brak tutaj jakiś ulepszeń, koloryzacji. Publikacja ma formę pamiętnika trzech osób, które kreślą nam swoje i cudze losy z dawką niesamowicie wielkich emocji.
Nie są one jednak jakoś specjalnie podkreślone, raczej odczuwa się je podskórnie. Czytelnik niemal eterycznie odczuwa te same emocje, które towarzyszą trójce dzielnych bohaterów. Wiele rzeczy, które się im przydarzyło było nieprzewidywalnych, co tylko potęguje nasze zaskoczenie, strach o dzieci i czy tym razem, aby dadzą radę wyjść z tego cało.
Były takie momenty, że czułem się naprężony niczym cięciwa łuku, gotowa do wystrzału. I najmniejszy szelest był w stanie mnie wystraszyć, zupełnie jakby jakiś esesman właśnie miał wychynąć zza rogu drzwi… Tego nie da się opisać. Musicie to przeżyć sami, aby zrozumieć.
Jak dla mnie to książka, która świetnie nadaje się dla wszystkich grup czytelniczych. To historia, która porywa, straszy, trzyma w napięciu i daje nadzieję, że nawet w najgorszych czasach, można pozostać dobrym człowiekiem. To naprawdę coś wielkiego, ale o tym przekonajcie się sami. Być może wasza recepcja będzie zupełnie odmienna niż moja.
Ja – nadal jestem wzruszony. I łatwiej jest mi zrozumieć to, co na naszych oczach dzieje się na Ukrainie czy w Strefie Gazy. Bo świat był, jest i będzie okrutny. Zwłaszcza dla tych najmniejszych. Być może po tej lekturze ci najwięksi z krzykaczy, pójdą po rozum do głowy, i zamiast rzucać głupie hasła, zastanowią się czym jest cierpienie, milczące bohaterstwo i troska o innych. To tak niewiele, ale tyle warte!
Dni długie jak lata – podsumowanie
Książka liczy sobie 525 stron tekstu. Przyznam, że jestem pod ogromnym wrażeniem, tym bardziej, że opisuje z trzech perspektyw to, jak wyglądała wojna, ból strach i cierpienie. jednocześnie jest takim peanem dla życia – bo jej bohaterowie do końca zachowali pogodę ducha i nadzieję. Takich „twardych” ludzi chciałoby się poznać, uścisnąć dłoń, podziękować, przytulić… Gorąco wam polecam. Nawet nie zauważycie, jak szybko minął wam czas.
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.