Stefania Gander, Chyba nie jestem bogiem
Puszek trafia do nowego domu i od pierwszej strony zachowuje się tak, jakby ktoś złamał wszystkie zasady kociej godności. Klatka? Porwanie. Całusy? Tortury. Weterynarz? Zamach. Imię Puszek? Hańba dla potomka egipskich bóstw i krewniaka wielkich drapieżników. „Chyba nie jestem Bogiem” zaczyna się jak kocia komedia omyłek, ale z czasem spod tej puszystej, obrażonej narracji wychodzi opowieść o domu, przywiązaniu, starzeniu się i stracie, po której człowiek dziwnie długo patrzy na puste miejsce na kanapie.
Uwaga, spoliery.
Stefania Gander zrobiła coś bardzo prostego i bardzo ryzykownego: oddała głos kotu. Książka broni się, bo Puszek nie został napisany jako maskotka do głaskania po papierze. Ma charakter. Ma ego wielkości szafy. Ma własną logikę, własne śledztwa, własne urazy i własną listę ludzkich przewinień.
Najpierw śmiejemy się z jego dramatów. Z imienia, z transportera, z choinki, z kranu, z odkurzacza, z ludzi, którzy według niego codziennie wychodzą polować na karmę. Potem śmiech robi się cichszy. Mimi zaczyna słabnąć. Alicja dorasta. Felek staje się bliższy, choć nadal po kociemu niewylewny. Puszek, wielki samozwańczy władca domu, zaczyna chorować. I nagle okazuje się, że ta lekka, zabawna książka przez cały czas prowadziła czytelnika w stronę pożegnania.
Stefania Gander napisała historię Puszka jako kronikę życia kota widzianą z jego własnej, bardzo pewnej siebie perspektywy. Polski przekład przygotowała Julia Ratajczak-Jeziorska, ilustracje wykonała Marta Róża Żak. W dedykacji autor wskazuje koty, które stały za emocjonalnym źródłem książki, szczególnie Cindy, Minou i Marilyn.
Fabuła obejmuje całe życie Puszka w nowym domu. Mały kociak zostaje zabrany od matki, trafia do ludzi, poznaje Mimi i Felka, stopniowo oswaja przestrzeń, rytuały, karmę, kuwety, łóżko, balkon, wodę z kranu, wizyty u weterynarza i wszystkie inne elementy ludzkiego świata, które z kociej perspektywy wyglądają podejrzanie, nielogicznie albo po prostu głupio.
W tle rośnie rodzina. Dwunoga mama zachodzi w ciążę, w domu pojawia się Alicja, Mimi odchodzi, Puszek dojrzewa, Felek starzeje się razem z nim, a codzienne wygłupy powoli ustępują miejsca chorobie, lękowi i potrzebie bliskości. Gander nie robi z kota filozofa w futrze. Pozwala mu pozostać kotem: głodnym, dumnym, zazdrosnym, przestraszonym, czułym i absolutnie przekonanym, że świat powinien działać trochę sprawniej.
Największa przyjemność z tej książki wynika z konsekwencji. Puszek naprawdę wierzy w swoją wersję wydarzeń. Kiedy ludzie go zabierają, widzi porwanie. Kiedy go głaszczą i całują, podejrzewa tortury. Kiedy wołają „Puszek-Puszek”, słyszy zniewagę. Kiedy krzyczą „O Boże”, zaczyna podejrzewać istnienie tajemniczego Oboża, który być może bierze na siebie winę za jego występki.
Gander bierze zwykłe sceny z życia z kotem i przesuwa je o kilka centymetrów w bok. Człowiek widzi choinkę. Puszek widzi grę zręcznościową z kulkami do zrzucania. Człowiek widzi kran. Puszek widzi system dostępu do bieżącej wody, który ktoś zaprojektował w sposób skandalicznie niepraktyczny. Człowiek widzi odkurzacz. Puszek widzi potwora. Człowiek widzi niemowlę. Puszek widzi dziwne, różowe stworzenie, pachnące mlekiem i wymagające kontroli.
Ten humor działa, nie udaje mądrości. Wynika z charakteru narratora. Puszek myli wszystko, ale myli z takim przekonaniem, że trudno odmówić mu racji. Kto mieszkał z kotem, zna ten typ logiki aż za dobrze. Karton zawsze wygrywa z legowiskiem. Pusta miska oznacza kryzys humanitarny. Zamknięte drzwi są obrazą. Człowiek istnieje po to, żeby otwierać, nalewać, podawać, głaskać i nie przeszkadzać.
Relacja z Mimi ma w książce najczulszy ciężar. Na początku stara kotka syczy, ostrzega, trzyma dystans. Później zaczyna myć Puszka. Niby drobiazg. W kocim świecie właściwie deklaracja adopcyjna. Puszek zaczyna nazywać ją mamą, choć sam długo nie rozumie, skąd bierze się w nim ta potrzeba.
Gander świetnie pokazuje bliskość bez rozlewania lukru po stronach. Mimi nie musi wygłaszać żadnej mądrej maksymy. Wystarczy, że myje, leży obok, pozwala się wtulić. Jej późniejsza choroba i odejście uderzają tym mocniej, że wcześniej autor cierpliwie zbudował z nią codzienny rytuał. Żałoba w tej książce przychodzi przez brak: brak ciała obok, brak zapachu, brak kociej mamy na swoim miejscu.
Felek został napisany oszczędniej, ale dobrze. Przez długi czas wydaje się po prostu naburmuszonym domownikiem, który nie zamierza ułatwiać Puszkowi życia. Z czasem między nimi powstaje porozumienie bez fajerwerków. Taka kocia wersja bliskości: czasem obok, czasem razem, czasem z dystansem, ale jednak w jednym stadzie.
Alicja wnosi do domu chaos innego rodzaju. Puszek obserwuje ciążę dwunogiej mamy, później pojawienie się dziecka, płacz, zapach mleka, nieporadne ruchy, rosnącą obecność małego człowieka. Z czasem zaczyna jej pilnować. Śpi u niej, reaguje na jej smutek, włącza ją do swojego świata. Bez przesłodzenia. Bez obrazka z kalendarza. Raczej z tą domową prawdą, że więź między dzieckiem a zwierzęciem często rodzi się przez powtarzalność, zapach, dotyk i wspólne zasypianie.
Stefania Gander napisała książkę, która zaczyna się od kociej awantury o imię, a kończy pytaniem o miejsce zwierzęcia w rodzinnej pamięci. Puszek śmieszy, bo wszystko rozumie po swojemu, ale wzrusza, bo czuje bardzo zwyczajnie: boi się, tęskni, kocha, zazdrości i chce, żeby ktoś został przy nim do końca.
Humor prowadzi za rękę. Finał wbija pazury
Przez większość lektury można mieć wrażenie, że dostajemy serię zabawnych scenek z życia kota. I jasne, tych scenek jest dużo. Transporter, weterynarz, łóżko, choinka, balkon, kran, pies, odkurzacz, pusta miska, jaszczurka jako prezent. Puszek każdą sytuację zamienia w raport z pola bitwy albo akt oskarżenia przeciwko ludzkości.
Ale książka pracuje głębiej. Bardzo powoli przyzwyczaja nas do domu. Do rytmu. Do Mimi. Do Felka. Do Alicji. Do mamy i taty. Do tego, że Puszek wszędzie wchodzi, wszystko komentuje, wszystkiego się domaga, wszystkich ocenia i wszystkich potrzebuje. Dlatego finał boli.
Choroba Puszka została pokazana przez ciało: brak siły, trudność z oddychaniem, strach, pragnienie słońca, potrzebę dotyku. Przy weterynarzu wraca lęk znany z wcześniejszych rozdziałów, ale zmienia się jego sens. Dawniej zabieg oznaczał w kociej głowie zamach na godność. Pod koniec chodzi już o ulgę, o obecność bliskich, o ostatni moment bez samotności.
Epilog, w którym Puszek spotyka Mimi i czeka, jest napisany jako pocieszenie. Można uznać ten zabieg za prosty, ale w książce o zwierzęcej miłości prostota pasuje. Żałoba po kocie rzadko ma w sobie coś eleganckiego. Częściej wygląda jak pusta miska, koc na kanapie, odruch otwierania drzwi, choć nikt już za nimi nie siedzi.
Najmocniej działa język Puszka. Nadęty, obrażony, dramatyczny, czasem kompletnie bezradny. Mały kot opowiada o misce, kuwecie i drapaku tonem kogoś, kto rozważa upadek cywilizacji. Śmieszne? Bardzo. Trafne? Jeszcze jak.
Dobrze działa też przekład. „Puszek”, „Oboże”, „niepłacz” czy zbitki ludzkich słów słyszanych przez kota budują cały mechanizm świata. Szczególnie „niepłacz” jest świetnym pomysłem. Na początku brzmi zabawnie, później staje się nazwą czegoś, czego zwierzę nie rozumie, ale czego bardzo wyraźnie doświadcza u ludzi.
Ilustracje Marty Róży Żak dobrze trzymają klimat. Czarno-białe rysunki nie robią z Puszka cukierkowej maskotki. Pokazują miny, napięcia, domowe sceny i całą tę kocią mieszaninę majestatu oraz absurdu. Szczególnie sceny z choinką, kotami i codziennym domowym chaosem wspierają rytm książki.
To książka dla kociarzy, przede wszystkim. Dla ludzi, którzy wiedzą, że kot potrafi wejść do domu po cichu, a potem przejąć całą przestrzeń, rozkład dnia, język rodziny i emocjonalny środek ciężkości.
Dla czytelników szukających lekkiej prozy z drugim dnem. Rozdziały są krótkie, narracja płynie szybko, humor robi swoje, ale pod spodem siedzi rzecz poważniejsza: opowieść o wspólnym życiu ze zwierzęciem od pierwszego strachu po ostatnie przytulenie.
Dla tych, którzy lubią książki prezentowe z sercem, ale bez plastikowej słodyczy. Trzeba tylko pamiętać, że końcówka nie zostawia człowieka z samym uśmiechem. Raczej z uśmiechem, gulą w gardle i nagłą potrzebą sprawdzenia, gdzie aktualnie śpi kot.
„Chyba nie jestem Bogiem” Stefanii Gander jest ciepłą, zabawną i zaskakująco mocną emocjonalnie książką o kocie, który przez całe życie próbuje zrozumieć ludzi, choć oczywiście z góry zakłada, że ludzie są istotami dość ograniczonymi. Najlepsze fragmenty mają w sobie komizm dobrze znany z domów, gdzie koty podejmują decyzje strategiczne z poziomu parapetu, a człowiek udaje właściciela mieszkania.
Pod koniec śmiech przycicha. Zostaje dom, rodzina, choroba, czułość i pytanie, jakim cudem zwierzę ważące kilka kilogramów potrafi zostawić po sobie pustkę rozmiarów salonu.
Bardzo dobra książka dla ludzi, którzy kochają koty. Lekka w czytaniu, mocniejsza w przeżyciu. Puszek zaczyna jako mały terrorysta od kartonów, kończy jako bohater, po którym człowiekowi mięknie głos. Jeśli jesteś kociarzem, będziesz ryczeć.
Wydawnictwo Znak JednymSłowem
Agnieszka Cybulska
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Znak JednymSłowem. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.