Czesław Miłosz, Traktat poetycki
Traktat poetycki Czesława Miłosza, wznowiony przez ZNAK, to świetna lektura dla gotowych na intelektualny wysiłek i brak łatwych odpowiedzi. Pięknie wydany wolumen dla czytelników, którzy od poezji nie oczekują emocjonalnej ulgi. Traktat poetycki w najnowszej edycji krakowskiej oficyny to nie tyle utwór literacki, to raczej doświadczenie graniczne — między literaturą, historią i filozofią. Przy tym przypomnienie, że liryka naszego noblisty wciąż jest jednym z istotniejszych tekstów kultury XX wieku i że nadal możemy sporo odkryć sięgając po tę poezję.
Historia literatury według Miłosza
Miłosz to lubił. Oj, lubił… oceniać, omawiać, porządkować, klasyfikować. Polemiki, dyskusje literackie były jego naturalnym żywiołem. Pisząc w 1955 roku Traktat poetycki chętnie prowadził spór, który dawno zdawałoby się, że wygasł. On sam jest emigrantem, przebywa wówczas w Paryżu, wielu poetów już nie było, a w tekście wciąż pobrzmiewały jego konflikty z czasów II wojny światowej, zwłaszcza ten z Andrzejem Trzebińskim czy Tadeuszem Gajcym. Miłosz lubił subiektywizm, nie stronił więc od ocen, w tym i tych niesprawiedliwych. Trochę megaloman i trochę mizantrop z tego Miłosza! Ale dzięki temu w jakiejś mierze mamy tę niepowtarzalną i potencjalnie wciąż inicjującą nową dyskusję, oryginalną historię poezji polskiej XX wieku.
Kiedy Czesław Miłosz opublikował swój utwór w paryskiej „Kulturze” w 1956 roku, to w stopniu wówczas niespotykanym, wprowadził do współczesnej poezji elementy krytyki literackiej, przedstawił autorską wersję dwudziestowiecznej liryki polskiej. Wywołał po imieniu pisarzy oraz wyłożył czym – w jego rozumieniu – winna być twórczość poetycka. Poddał również osądowi relację sztuki tworzenia do dwóch największych żywiołów HISTORII i NATURY.
W poemacie podmiot liryczny wciela się w wiele ról, co stwarza efekt swoistego migotania, niezwykłą pulsację różnorodnych pierwiastków: lirycznych i epickich, obok refleksyjnych i opisowych, a także ironicznych i retorycznych. Dodatkowo Miłosz nasycił, a nawet przesycił swój utwór aluzjami literackimi. Wprowadził w strukturę tekstu fragmenty naśladujące cudze głosy, bogatą obecności cytatów (Horacy, A. Mickiewicz, T. Czyżewski) oraz liczne parafrazy, zwłaszcza poezji klasycystycznej oraz liryków J. Słowackiego. Z analizy historycznych kontekstów polskiej poezji, ze swojej prywatnej historii literatury, wyprowadził pytania na temat konieczności dziejowej i jej miejsca w świadomości artysty. Traktat ten uznawany jest za najbardziej „polski” utwór poety. Bowiem w nim dokonuje spektakularnego rozrachunku z polską historią i tragicznym losem pokoleń literatów w obliczu niszczycielskiej hekatomby dziejów. Miłosz polemizuje z ubóstwem narzuconych ideologii, ale i utopią szczęśliwego bytowania w przyrodzie poza kulturą. W takim kontekście poemat o liryce staje się traktatem filozoficzno – politycznym.
Zbiór przegranych powinności
We wstępie sam autor bardzo klarownie określił tematykę utworu „Treścią jego są dzieje poezji polskiej w dwudziestym wieku, a raczej refleksja nad jej miejscem wśród wydarzeń historycznych tego stulecia.” Planując strukturę dzieła, konsekwentnie systematyzował zagadnienia. Kompozycyjnie wyodrębnił cztery części, które prowadzą czytelnika poprzez „Piękne czasy”, „Stolicę”, „Ducha Dziejów” i kończą się „Naturą”. Tym samym trzon Traktat poetyckiego stanowią cztery wielkie napięcia i one tworzą artystyczny kwartet aksjologiczny Miłosza.
Pierwszy wyznacza spotkanie historii i jednostki, ze smutną konstatacją, że jednostka zawsze przegrywa z mechanizmami dziejów. Kolejny przynosi pojedynek dwóch postaw: wiary i zwątpienia. Jednak Miłosz nie rozstrzyga jednoznacznie, bowiem jego zdaniem religia albo ideologia nie daje prostych odpowiedzi, raczej wprowadza komplikację. Następne natężenie przeciwstawia językowi – prawdę. Według Miłosza słowo poetyckie nie nadąża za doświadczeniem „Myśl odsuwając i myśl oszukując.” Jako ostatni zaprezentował kontrast pamięci oraz zapomnienia. I uznał, że niepamięć okazuje się najbardziej podstawową formą zdrady. Kolejna po „Zniewolonym umyśle” (1951 r.) odsłona „heglowskiego ukąszenia” i studium świadomości niemocy twórczej.
Jak już zauważyliśmy wcześniej Miłosz lubił nazwiska i życiorysy – swoje i nieswoje. Wplatał biografie poetów, tworzył patchwork postaci. I co ciekawe, nie układa z tego systemu filozoficznego, raczej prowadzi poetycki „proces poszlakowy”. Każdy fragment jest jak dokument z archiwum katastrofy literackiej. Poetę intrygują zmiany, fascynują przemiany biografii, figury na scenie życia, upadki i wzloty. „Przykładem jego maestrii – jak pisze A. Franaszek – są wielobarwne portrety Skamandrytów, w których na przestrzeni ośmiu linijek udaje mu się pochwycić esencję losu Iwaszkiewicza czy rozpięcie egzystencji Kazimierza Wierzyńskiego: od naiwnie ekstatycznej radości tomu Wiosna i wino” – po amerykańską gorycz wygnańca”. Niestety, stawia nad wyraz pesymistyczną diagnozę, że poezja nie ocala, lecz jedynie świadczy. Natomiast samo dawanie świadectwa bywa bardziej oskarżeniem niż pocieszeniem. „Uczy się czytać długowłosa Muza (…) / I wie już odtąd, co poezją nie jest.”
Rana i wina
Recenzowanie Traktatu poetyckiego to zadanie zazwyczaj ryzykowne. Łatwo popaść albo w nabożną egzaltację, albo w akademicką martwotę wtórności. Tymczasem tekst autora „Doliny Issy” nie znosi ani jednego, ani drugiego. Gdyby pisać o tym dziele w duchu publicystyki historycznej, należałoby powiedzieć jasno: to nie jest utwór „do czytania”. To książka do konfrontacji, ponieważ Czesław Miłosz nie daje komfortu interpretacyjnego. Jego diagnoza kultury jest bezlitosna: nowoczesność nie tyle zawiodła, co ujawnia własną pustkę. W tym sensie i dzięki zastosowanej ironii, Traktat poetycki pozostaje tekstem niepokojąco aktualnym, przejmująco bliskim współczesności. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że lektura bywa hermetyczna, momentami przytłaczająca erudycją i świadomie „chropawa”. To nie jest poezja, która chce się podobać, lecz raczej taka, która chce zostać zapamiętana jak rana.
Wydanie ZNAKu z 2025 roku przypomina, że Traktat poetycki nie jest „poematem o poezji”, ale czymś znacznie bardziej niewygodnym: poetyckim rozrachunkiem z XX wiekiem. To utwór, który — jak trafnie zauważono w materiałach wydawcy — traktuje poezję jako „sposób myślenia” oraz jako rozmowę z historią. Miłosz pisze jak świadek, który nie wierzy w niewinność świadków, w tym i swoją. W jednym z najbardziej gorzkich fragmentów konstatuje: „Mowa nasza jest jak mowa skazańców”. To zdanie określa ton całości tekstu: język nie jest narzędziem wolności, lecz tworem skażonym przez ideologię, ideę lub idealizm. Poeta nie próbuje go oczyścić, woli demaskować jego winę.
„… pomiędzy Formą i formą…”
Najbardziej oryginalnym sposobem czytania tego wydania jest potraktowanie go jako akt oskarżenia przeciw cywilizacji europejskiej. Oczywiście nie w sensie ideologicznym, lecz egzystencjalnym. Miłosz zdaje się mówić: „Nie pytajcie, czym jest poezja — pytajcie, dlaczego jeszcze istnieje”. Właśnie to pytanie czyni Traktat poetycki dziełem, które nie tyle opisuje historię, ile ją ocenia, poddaje bezlitosnym mechanizmom dialektyki. Miłosz trochę straszy heglowską tezą, antytezą, bo nie odnajduje syntezy. “Miasto, w którymśmy żyli, nie istnieje / Tylko w pamięci, i to jest największa / Zdrada, jakiej dokonał czas.”
Podmiot mówiący utworu prowadzi nieustający spór z determinantą dziejów, ale też i formą. Miłosz tworzy swój dyskurs prywatny z tyranią historii i dyktatem poetyki. Często stosował do tego regularne metrum np. bezrymowy jedenastozgłoskowiec, który sprzyjał perswazyjnemu tonowi utworu. Wywołuje więc J. Przybosia, czołowego twórcę Awangardy Krakowskiej. Przywołuje J. Czechowicza, katastrofistę i twórcę tzw. „trzeciego wyrazu”, czyli II Awangardy. Analizuje postawę i poezję L. Szenwalda, przed wojną związanego z grupą „Kwadryga”, a po wojnie zaciekłego stalinisty. Obok niego wymienia Wł. Sebyłę, który „…lubił wieczorem wyjąć z szafy skrzypce / Kładąc futerał na tomach Norwida.” I który zginął zamordowany przez Sowietów strzałem w tył głowy w katyńskim lesie.
Wielu twórców, bardzo wielu, liczba mnoga zwielokrotniona. Autor „Ziemi Urlo” przywołuje ich poetkę, styl, formę, wplata fragmenty urwanych biografii. Są i młodopolanie „To nasz początek”, są ożywieni legendą skamandryci, jest i M. Pawlikowska – Jasnorzewska, J. Wittlin, A. Ważyk, Wł. Broniewski, K. I. Gałczyński… etc. Wszak… „Nigdy nie było tak pięknej Plejady”.
Potrzebne są formy, niezbędni poeci, potrzebna z nich tkana misternie kultura, jednak nie jako cel, ale środek służący próbie zrozumienia i przyjrzenia się determinancie czasu oraz tragizmowi dziejów. Życiorysy wielkie i kalekie to historia XX wieku, to również dzieje pisarzy. Intryguje Miłosza wzlot i upadek, czyli dialektycznie w sprzecznościach zawsze możliwy grzech i świętość form, poetyk, literatury. „Awangardzistów było bardzo wielu. (…) Awangardziści raczej się mylili. / Wskrzeszając stary krakowski porządek, / Więcej powagi przypisując słowom, / Niż słowa unieść mogą bez śmieszności.”
Trzy traktaty
Traktat nie należy do najczęściej pojawiających się gatunków literackich, w poezji gości rzadko. Zazwyczaj traktat był fundamentem dyskursu naukowego i filozoficznego, często pisany po łacinie. Usystematyzowana rozprawa poświęcona omówieniu jakiegoś tematu, to zdawałaby się mało atrakcyjna poetycka formuła.
Termin ten bywał używany również po to, by podkreślić wagę albo powagę utworu literackiego lub wyeksponować ironię jako kategorię estetyczną dzieła sztuki. Ten wymiar zachęcił chyba Miłosza najbardziej. W teorii literatury stworzono nawet pojęcie poezji traktatowej. Jej styl zakładał wprowadzenie do wypowiedzi poetyckiej elementów typowego dyskursu, służącego przekazaniu określonych racji lub treści. Wypracowując ten sposób pisania Miłosz wzorował się na tradycjach osiemnastowiecznej literatury oświeceniowej. Jest przecież autorem trzech poematów o tytule TRAKTAT. Zaczął od Traktatu moralnego (1948), poprzez Traktat poetycki, aż do opublikowanego w tomiku pt. „Druga przestrzeń” – Traktatu teologicznego (2002).
Gdy spojrzymy na tę trylogię, kiedy zapragniemy zrekonstruować jej syntezę, to dostrzegamy przede wszystkim zbiór trzech poematów filozoficzno-refleksyjnych, które powstawały na przestrzeni ponad pięćdziesięciu lat. Dzieła tworzą spójną całość, w której noblista mierzy się z wyzwaniami historii, moralnością, polską tożsamością oraz ostatecznymi pytaniami o sens istnienia i wiarę.
Intrygują go sprawy wielkie. Pierwszy traktat poświęca interpretacji komunistycznej ideologii i etyce conradowskiej. Traktat moralny powstał tuż po II wojnie światowej, napisany został w Waszyngtonie i był poetyckim studium moralnej diagnozy świata pogrążonego w chaosie oraz sceptycyzmu wobec narzucanych ideologii totalitarnych.
Natomiast w Traktacie teologicznym przywołuje uniwersalne i tradycyjnie – od romantyzmu – polskie „wadzenie się z Bogiem”. Miłosz, w zmaganiu z własną wiarą i wątpliwościami, prowadzi dojrzały dialog z Bogiem i pisze swój trzeci poemat. To niezwykle osobista spowiedź i przywołanie – jak w dramacie J. W. Goethego – faustowskich wątpliwości twórcy. Ton konfesyjny, próba uchwycenia tajemnicy istnienia oraz sensu wszechświata dopełnia obraz starego już wtedy poety .
Edycja jako interpretacja
Krakowski ZNAK zaproponował edycję Traktatu poetyckiego w formie osobnego wolumenu. Nawiązał tym samym do tradycji publikowania poematu zainicjowanej w 1957 roku przez Instytut Literacki w Paryżu. Warto nadmienić, że za podstawę tekstową tego wydania przyjęto autoryzowaną przez Czesława Miłosza redakcję poematu z 2002 roku. Publikacja została poszerzona o wstęp autora oraz posłowie Andrzeja Franaszka pt. „W letniej błyskawicy”. Dodatkowo edycja wzbogacona jest reprintami rękopisów Miłosza oraz jego bardzo szczegółowym komentarzem i autorskimi przypisami.
Książka nie jest neutralna. Włączenie komentarzy (m.in. Andrzej Franaszek i Mateusz Antoniuk) oraz materiałów rękopiśmiennych, uczyniło z publikacji coś w rodzaju laboratorium tekstu. I to jest ogromną wartością dodaną.
Wydanie nie zmienia samego tekstu — ale zmienia sposób jego odbioru. Dzięki aparaturze krytycznej i formie edytorskiej dostajemy nie tylko poemat, lecz mapę powstawania, literacką kartografię. Możemy jako czytelnicy śledzić to twórcze narastanie, piętrzenie słów i znaczeń jakbyśmy dążyli do jakiejś intelektualnej kulminacji. Otrzymujemy szansę kolejnej analizy, gry konwencją czy interpretacji nowej lub dawnej. Wszystko przed odbiorcą. Wpisana została jakaś nieokreślona transgresja, przekroczenie, które otwiera szereg możliwości. Układamy wędrówkę patrząc na mapę lub eksperymentując w laboratorium poezji. To ważny aspekt, bo przecież Traktat poetycki nie jest dziełem zamkniętym. To raczej proces myślenia. Czytelnik dostrzega jak poeta „dochodzi” do własnych sądów, koncepcji, a nie tylko je wygłasza.
W tym kontekście – czy warto po raz kolejny lub pierwszy czytać Traktat poetycki Czesława Miłosza? Oczywiście, że tak, przecież zawsze „…więcej waży jedna dobra strofa / Niż ciężar wielu pracowitych stronic”.
Polecam szczerze i zgodnie z najbardziej fundamentalną prawdą, zapisaną przez redaktora londyńskich „Wiadomości”, Michała Chmielowca: „Czytajmy KLASYKÓW!”, od nich wszystko się zaczyna!!! Żyjemy wszak w rzeczywistości, w której „… coraz to mniej rzeczy warto mówić”, a czytać należy więcej, więcej… wciąż od nowa, z uważnością i troską o słowo, każde słowo .
Cytaty pochodzą z „Traktatu poetyckiego” Czesława Miłosza.
Pozostałe cytaty mają podanego autora lub są utrwalonymi w kulturze idiomami.
Wydawnictwo Znak
Jolanta Szacik – Jankowska