Czy człowiek jest egoistą, a altruizm jedynie sposobem na osiągnięcie przyszłych korzyści? Simon Blackburn przestrzega przed wyciąganiem takich wniosków z teorii ewolucji. Wyjaśnienie, dlaczego określone zachowanie mogło się rozwinąć i utrwalić, nie jest tym samym co stwierdzenie, jakie motywy kierują człowiekiem.
Biologia, teoria ewolucji i neuronauka bywają przedstawiane jako dziedziny zdolne odsłonić ukrytą prawdę o człowieku. Z takich interpretacji łatwo przejść do przekonania, że altruizm nie istnieje, etyka służy jedynie egoistycznym strategiom, a ludzkimi zachowaniami ostatecznie rządzi interes genów.
Panowało kiedyś dość mgliste przekonanie, według którego mieszanka teorii ewolucji, biologii i neuronauki dostarczy argumentów na rzecz słuszności twierdzenia o powszechności egoizmu. Większość popularnych książek o etyce z pewnością należy do jednej spośród następujących dwóch grup.
Książki z pierwszej grupy mają być balsamem dla duszy, stanowią mdłą mieszaninę poklepywania po ramieniu i podnoszenia na duchu. Istnieją jednak także książki napisane przez tego czy innego specjalistę z obszaru nauk przyrodniczych, neurologa, biologa, behawiorystę zwierząt lub teoretyka ewolucji, który aż się wyrywa, by obwieścić, że „nauka” mówi, że jesteśmy tym lub tamtym. Znowu nas zdemaskowano: ludzie są zaprogramowani. Często okazuje się, że jesteśmy egoistami, altruizm nie istnieje, etyka to li stek figowy dla egoistycznych strategii działania, podlegamy warunkowaniu, kobiety są opiekuńcze, a mężczyźni to gwałciciele, chodzi nam tylko o nasze geny.
Popularność takiej literatury stanowi zarazem dobrą i złą wiadomość. Dobra wiadomość jest taka, że mamy niewyczerpany apetyt na dokonywanie autointerpretacji. Istnieje olbrzymie pragnienie wykrycia wzorców zachowań, co pozwoliłoby nam nie tylko lepiej rozumieć siebie i innych, ale może nawet kontrolować nurt ludzkiego życia. Złą wiadomość stanowi zakres, w ja kim uznajemy autorytet dowolnej osoby w białym fartuchu, nawet kiedy wyszliśmy już poza granice nauki (zobaczymy bowiem wkrótce, że mówienie o znaczeniu nauki samo nie jest nauką).
Powinniśmy zgłębiać tego rodzaju literaturę tylko po zdobyciu narzędzi pozwalających na stawienie czoła trzem rodzajom nieporozumień. Pierwsze z nich jest następujące. Jedna rzecz to wyjaśnić, w jaki sposób staliśmy się tacy, jacy jesteśmy. Inna to powiedzieć, że jesteśmy inni, niż nam się wydaje. Bardzo łatwo jednak pomylić te dwie sprawy.
Załóżmy na przykład, że teoria ewolucji mówi, iż miłość macierzyńska stanowi rodzaj przystosowania. Oznacza to, że jest skutkiem selekcji, ponieważ zwierzęta, u których występuje, rozmnażają się i rozsiewają materiał genetyczny z większym powodzeniem niż te, u których ona nie występuje. Moglibyśmy sobie wyobrazić „gen miłości macierzyńskiej”. Prowadzi to do twierdzenia, że zwierzęta z tym genem radziły sobie i radzą sobie lepiej niż zwierzęta, które mają tylko wariant (allel), który nie koduje miłości macierzyńskiej.
Możliwe nieporozumienie polegałoby na tym, że wnioskujemy stąd, że tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak miłość macierzyńska – zdemaskujmy ją zatem! Nieporozumieniem jest wnioskować, że pod maską kryje się tylko chęć bardziej skutecznego rozsiewania naszego materiału genetycznego. Taki wniosek nie tylko jest nieuprawniony, ale dodatkowo sprzeczny z twierdzeniem wyjściowym. Twierdzenie wyjściowe brzmi bowiem: „miłość macierzyńska istnieje, oto dowód”, a w konkluzji stwierdza się, że miłość macierzyńska nie istnieje.
Innymi słowy, ewolucyjne wyjaśnienie genetycznej funkcji takiego zjawiska jak miłość macierzyńska nie powinno być mylone z psychologiczną opowieścią, w której demaskuje się „prawdziwe uczucia” matki. Być może w tym przypadku nikt tak otwarcie nie popełniłby tego błędu. Ale weźmy pod uwagę pojęcie „wzajemnego altruizmu”.
Teoretycy gier i biolodzy zauważyli, że zwierzęta pomagają sobie nawzajem, kiedy wydaje się, że byłoby dla nich bardziej korzystne tego nie robić. Zadali zatem jak najbardziej uzasadnione pytanie, w jaki sposób takie zachowanie mogło wyewoluować, skoro wydaje się na starcie przegrywać z bardziej egoistyczną strategią działania. Odpowiedź brzmi (lub mogłaby brzmieć): zachowanie to jest adaptacyjne w mierze, w jakiej wywołuje odwzajemnianie pomocy u zwierzęcia, które uzyskało pomoc, lub u zwierząt, które były świadkami całego zdarzenia. Inaczej mówiąc, mamy tu do czynienia z pewną wersją zasady „podrap mnie po plecach, a ja podrapię ciebie”.
To wyjaśnienie może być całkowicie poprawne. Może zawierać powód, dla którego my sami odziedziczyliśmy skłonności altruistyczne. Może jednak dojść do kolejnego nieporozumienia, jeśli wyciągnie się stąd wniosek, że altruizm tak naprawdę nie istnieje albo że tak naprawdę nasza wzajemna troska nie jest bezinteresowna.
Tekst jest fragmentem książki Etyka, która czeka na Ciebie tutaj:
Zależy nam tylko na zwiększeniu szans na uzyska nie zwrotu z naszej inwestycji w pomocne zachowanie. Błąd jest ten sam i polega na wnioskowaniu, że nasze życie psychiczne jest czymś innym niż się wydaje ze względu na wyjaśnienia funkcjonalne, jakie można mu przypisać – w tym miejscu jednak to wyjaśnienie zdaje się bardziej pociągające, a to prawdopodobnie dlatego, że boimy się, iż jest ono o wiele częściej prawdziwe w tym przypadku niż w przypadku macierzyństwa.
Bez wątpienia istnieją sytuacje, w których pozorny altruizm skrywa nadzieje na przyszłe korzyści. Istnieją jednak oczywiście także przypadki, w których nie jest to prawdą, co pokazaliśmy za pomocą metod przedstawionych w poprzednim podrozdziale. Kierowca podwozi autostopowicza bez grosza przy duszy, gość restauracji daje napiwek kelnerowi, wiedząc, że go nigdy więcej nie zobaczy – w obu przypadkach te osoby robią te rzeczy, wiedząc, że nie ma świadków całego zdarzenia.
Aby uchronić się przed tego rodzaju nieporozumieniem przyjrzyjmy się zjawisku pożądania seksualnego. Można założyć, że odczuwanie pożądania jest adaptacyjne, a jego funkcję stanowi przedłużenie gatunku. Byłoby jednak szaleństwem zakładać, że osoby owładnięte miłosną namiętnością „naprawdę” dążą do przedłużenia gatunku.
W większości przypadków wielu z nas stanowczo tego nie chce – w przeciwnym razie nie byłoby kontroli narodzin, życia seksualnego seniorów, homoseksualizmu, masturbacji i wielu innych wariantów seksualności – a wiele osób w ogóle nie myśli o przedłużeniu gatunku. Niektórzy moraliści chcieliby, żeby było inaczej, ale tak nie jest. Nieporozumieniem byłoby więc wnioskować, że to, o co pozornie nam chodzi, nie jest tym, o co naprawdę nam chodzi tylko dlatego, że możemy znaleźć wyjaśnienia ewolucyjne.
Drugie nieporozumienie polega na wnioskowaniu, że nie możliwe jest, by coś istniało tylko dlatego, że nie ma wyjaśnienia ewolucyjnego. Takie stwierdzenie jest bezpodstawne, ponieważ dla wielu różnych dziwactw, takich jak to, że śpiew ptaków sprawia nam radość, że lubimy smak cynamonu albo że mamy łaskotki na stopach, po prostu może brakować wyjaśnień ewolucyjnych. Te cechy mogą być efektami ubocznymi innych cech, które z kolei są adaptacyjne albo mogą pochodzić od innych cech, które kiedyś były adaptacyjne, ale już takie nie są, albo mogą w ogóle nie być adaptacyjne i stanowić wynik czyste go przypadku.
Albo mogą być formą przystosowania, ale tylko dlatego, że trafiają w czyjś gust – być może przyjemnie jest być z kimś, kto ma łaskotki na stopach, a potem wkracza mechanizm „doboru płciowego”, by zwiększyć powszechność jakiejś cechy. W ten sposób dochodzimy do pytania o to, dlaczego istnieją przyjemność i preferencje, ale być może jest tak, że one po prostu istnieją. Wielkie, piękne, ale najwyraźniej niefunkcjonalne ogony samców pawia są pociągające dla ich samic, a samice irlandzkich łosi wybierają samców niemal niezdolnych do poruszania się z powodu ogromnego poroża.
Trudno zrozumieć, dlaczego właśnie tak jest, możliwe, że z pewnych względów tego problemu nie da się wyjaśnić w kategoriach doboru płciowego. Na przykład, jeżeli trudno jest nam wyjaśnić ludzkie zamiłowanie do muzyki lub sztuki, ponieważ nie można mu przypisać żadnej funkcji z punktu widzenia przetrwania, to nie pomaga wcale proponowanie twierdzenia, zgodnie z którym kobiety wolą mężczyzn uzdolnionych muzycznie lub artystycznie, a to dlatego, że nie znajdziemy wyjaśnienia, w jaki sposób występowanie takiej preferencji wśród kobiet miałoby sprzyjać przetrwaniu.
Znaczy to, że należy dalej szukać wyjaśnień. Można kontynuować, twierdząc, że kobiety potrafią rozpoznać, że zdolności artystyczne i muzykalność potencjalnie wskazują na istnienie innych cech, które sprzyjają przetrwaniu, takich jak przedsiębiorczość lub spryt, a krzykliwy ogon pawia wskazuje na brak chorób, tak jak poroże łosia świadczy o jego sile. Być może jednak chodzi tu o „drgnięcie ręki” – przypadkowe zakłócenie w procesie ewolucji, takie jak niedokładne skopiowanie genu, który zdołał się utrwalić.
Trzecie nieporozumienie, którego należy się wystrzegać, to dopatrywanie się w naturze motywacji psychologicznych, w szczególności przypisywania jej genom, by potem przypisywać je z kolei osobie, która jest nosicielem genu. Najbardziej znany przykład tego błędu zawdzięczamy książce Samolubny gen Richarda Dawkinsa.
Fakt, że geny, podobnie jak wirusy, replikują i mają różne szanse na replikację w zależności od środowi ska, jest wyrażany metaforycznie za pomocą określeń mówiących o ich samolubności lub rozkoszowaniu się uczestnictwem w pewnego rodzaju bezwzględnym wyścigu, którego celem jest pokonanie innych genów. Stąd przerażająco łatwo wysnuć wniosek, że ludzkie zwierzę samo musi być samolubne, ponieważ z jakiegoś powodu uznaje się, że to jedyna słuszna wersja życia psychicznego, jakie można przypisać wehikułom, które noszą w sobie te małe potworki. Albo można w końcu twierdzić, że nie jesteśmy samolubni, ale to tylko dlatego, że jakimś niebywałym cudem jesteśmy w stanie przekroczyć i zwalczyć presję genów.
Choć Dawkins zaproponował takie wyjaśnienie, to potem się z niego wycofał, ale zdaje się ono żyć własnym życiem.
Tekst jest fragmentem książki Etyka, Simon Blackburn, seria Krótkie wprowadzenie, tom 55, Wydawnictwo UŁ.
